“Ultra Mono” ukazuje IDLES buntujących się na wesoło

Idles, Ultra Mono, Partisan Records
IDLES – "Ultra Mono", fot. Partisan Records
Punkowcy z Bristolu po raz trzeci zarażają nas swoją pasją do wybuchowych melodii oraz nośnych sloganów. Tym razem są nawet jeszcze bardziej przyjaźni masowemu odbiorcy niż kiedyś.

Swoją trzecią płytą Brytyjczycy udowadniają, że punkrockowy bunt w XXI wieku ma sens. Warunkiem jest jednak sprzedawanie go z przymrużeniem oka. Wydane nakładem Partisan Records “Ultra Mono” opiera się na nośnych sloganach, które nie wnoszą zbyt wiele do socjopolitycznego dyskursu, ale są za to efektownie wykrzyczane.

Tym razem teksty utworów są jeszcze prostsze i bardziej instynktowne

Do tej pory utwory IDLES mogły kojarzyć się z klasycznymi punk-hymnami. Dziś przywodzą natomiast na myśl hashtagi malujące rzeczywistość z podziałem na uproszczoną czerń i biel. Nie ma w nich potencjału debatowego. Zamiast tego słuchacz dostaje energetyczną pigułę, nadrabiającą niedostatki merytoryczne wysoką temperaturą melodii. Sloganowość liryki nie wywodzi się zresztą znikąd.

Angielscy rock’n’rollowcy całkiem niedawno pojawili się gościnnie na krążku The Streets. Z kolei na “Ultra Mono” chwalą się kooperacją z Kennym Beatsem (producentem m.in. Danny’ego Browna). Innymi słowy, IDLES zaczynają coraz dosadniej flirtować z hip-hopową estetyką. Na dokładkę wokalista Joe Talbot nie dość, że rzuca łatwymi do skandowania bon motami, to jeszcze gimnastykuje aparat mowy licznymi, przerysowanymi onomatopejami (“Wa-ching!/ That’s the sound of the sword going in”, “Fee fee fi fi fo fo fum/I smell the blood of a million sons”). Zachowuje się rzeczywiście jak raper pełną gębą.

Mikrofonowe cwaniactwo frontmana momentami zbliża krążek do brawurowego stand-upu. Hardzi chłopcy z Bristolu bronią praw kobiet i przejmują się losami klasy robotniczej, ale nie mają wywrotowych ambicji Joego Strummera. Trochę jak Stewart Lee – żywa legenda brytyjskiej komedii – ograniczają swój nonkonformizm do rzucania ciętymi ripostami. Na tyle błyskotliwymi, że z miejsca porywają publikę.

Frywolna poezja na “Ultra Mono” przenika także warstwę muzyczną

W porównaniu z albumami “Brutalism” i “Joy as An Act of Resistance” “Ultra Mono” zdaje się o wiele łagodniejszym projektem. Częściej pojawiają się tu elektroniczne eksperymenty czy melancholijne, balladowe wstawki. Czy to znak czasów? Czyżby współczesna popkultura miała zabić resztki agresji u punkowej formacji? Być może. Albo po prostu IDLES pokornieją, by skuteczniej trafić pod strzechy.

Trzeci album w dorobku Anglików sugeruje rewoltę skalibrowaną pod wymagania teraźniejszości. Szybkostrzelna liryka i rytmy potulnego punk rocka dostosowują się do nowych zasad – opakowanie produktu jest istotniejsze niż jego zawartość. Nie powinniśmy się jednak gniewać na Brytyjczyków. Sam pakunek wygląda bowiem bardzo dobrze. Z kolei to, co ukryte wewnątrz, może nie zaprowadzi nikogo na barykady, ale na pewno wbije do głowy kilka capslockowych haseł. 

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Pokochajmy pastiszową słodycz serialu “Community”

Od pierwszego kwietnia polscy użytkownicy platformy Netflix mają możliwość zorganizowania sobie wieloodcinkowego...
Czytaj wiecej