“Irlandczyk” – nie tylko o “malowaniu domów” [Recenzja]

Kunszt Rodrigo Prieto jest widoczny w niemal każdym ujęciu (w kadrze Joe Pesci i Robert De Niro), fot. Netflix
Kunszt Rodrigo Prieto jest widoczny w niemal każdym ujęciu (w kadrze Joe Pesci i Robert De Niro), fot. Netflix
"Słyszałem, że malujesz domy" to słowa, od których rozpoczęła się znajomość Franka Sheerana i Jimmy'ego Hoffy, ale zabijania (do którego odnosi się to slangowe określenie) jest w "Irlandczyku" stosunkowo niewiele. Zamiast tego Martin Scorsese wraz z bądź co bądź wybitnymi Pacino, De Niro oraz Pescim wznoszą się na wyżyny, by raz jeszcze nakręcić film gangsterski – taki, jakich dziś już się nie robi.

Ocena nie może być inna, zatem niecierpliwych od razu poinformuję: “Irlandczyk” to czyste złoto; film, który z miejsca mógłby wskoczyć na ring, by stoczyć walkę wieczoru z “Chłopcami z ferajny” – dla wielu najlepszym filmem w dorobku Martina Scorsesego. Coś mi jednak mówi, że niecierpliwi raczej nie zainteresują się tym dziełem. Nie dlatego, że film trwa trzy i pół godziny, ani nawet nie dlatego, że wbrew obecnym trendom (czy może już standardom?) nie jest banalną i naprędce opowiedzianą historyjką dla odbiorcy masowego. Niecierpliwych zwyczajnie znuży pierwsze dwadzieścia minut, po których wyłączą Netflixa i – jak to zwykle bywa – zapytają internety: “co ci cholerni krytycy filmowi biorą, że zachwycają ich takie filmy?”. Tak, “Irlandczyk” zdecydowanie jest jednym z tych filmów, do których potrzeba odpowiedniego, świadomego podejścia.

Mistrzostwo formy…

Martin Scorsese podczas kręcenia jednej ze scen, fot. Netflix
Martin Scorsese podczas kręcenia jednej ze scen, fot. Netflix

Porównania do “Chłopców z ferajny” są o tyle trafne, że nawiązania widoczne są zarówno w tematyce, poziomie, jak i formie. Już sam wstęp – powolne przemierzanie korytarza domu spokojnej starości w rytm chwytliwej melodii “In the Still of the Night” zespołu The Five Satins z lat 50., a więc okresu, gdy toczy się znaczna część filmu, budzi skojarzenia z bodaj najsłynniejszą sceną “Chłopców…”, w której Henry prowadzi Karen przez kolejne pomieszczenia restauracji Copacabana. Nie mówimy tu jednak o wtórności czy choćby powtórce z rozrywki, lecz wyraźnym puszczeniu oka do widowni. Tych będzie zresztą jeszcze wiele, ale sęk w tym, że Scorsese świadomie wprowadza widzów w swój film. Wysyła im sygnał: “to kino gangsterskie jak za dawnych lat”. Jednocześnie reżyser nie rezygnuje z eksperymentów, a nawet elementów komediowych, mimo wszystko tworząc film bez wątpienia odmienny.

Zwieńczeniem wspomnianej sceny jest nasz pierwszy kontakt z Frankiem Sheeranem, tytułowym Irlandczykiem. To on jest narratorem całej historii, co zresztą w bezpośredni sposób odwołuje się do książki “Słyszałem, że malujesz domy”. Charles Brandt (autor) to uznany prawnik i nauczyciel akademicki, specjalizujący się w metodach i technikach przesłuchań. Wiedza ta z pewnością przydała mu się, gdy na przełomie XX i XXI wieku wysłuchiwał swego rodzaju spowiedzi Sheerana. O książce od lat się dyskutuje, zwłaszcza na temat autentyczności słów, które ten wyznał niemalże na łożu śmierci. To jednak sprawa drugorzędna, bo “Irlandczyk” nie jest filmem dokumentalnym, lecz gangsterskim.

…i doskonała forma Mistrzów

Russell Bufalino (Joe Pesci) i Frank Sheeran (Robert De Niro) – jedni z głównych bohaterów filmu "Irlandczyk", fot. Netflix
Russell Bufalino (Joe Pesci) i Frank Sheeran (Robert De Niro) – jedni z głównych bohaterów filmu “Irlandczyk”, fot. Netflix

Tuż po tym, jak naszym oczom ukazuje się osiemdziesięcioletni Frank Sheeran (Robert De Niro), mężczyzna zaczyna snuć swą opowieść. Ku zaskoczeniu wielu “Irlandczyk” rozpoczyna się jednak jako quasi-kino drogi, co zresztą uważam za zabieg genialny. Scorsese postanowił namieszać w chronologii zdarzeń, by nieco urozmaicić dość monotonny, ale doskonale oddający charakter postaci granej przez Roberta De Niro, sposób. Pomijając sceny w domu spokojnej starości, właściwa akcja filmu rozpoczyna się w połowie lat 70., gdy Frank i Russell Bufalino (Joe Pesci) wraz z żonami ruszają w drogę do Detroit, gdzie ma się odbyć ślub. Już na samym początku tej drogi Frankowi zbiera się jednak na wspominki, jak poznał się z Russellem – tak cofamy się do lat 50., a momentami i 40., które przypominają, że Sheeran to weteran wojenny.

Sposób prowadzenia narracji, zwłaszcza w jej głosowej formie, wiele mówi o głównym bohaterze. Jego ton jest podobny zarówno wtedy, gdy opowiada o rodzinie, jak i przyznaje nam się do zabójstw. To zaś zarysowuje obraz postaci wyraźnie tłumiącej emocje; szorstkiej z zewnątrz i trzymającej wszystko w sobie; ale też wysyła do widza sygnał, że być może nie wszystko, co staruszek mówi, jest prawdą. Najistotniejsze zdają się natomiast relacje Franka z jego córką Peggy oraz z granym przez Ala Pacino Jimmym Hoffą. O ile bowiem Bufalino to druh, towarzyszący Irlandczykowi od początku, o tyle ich znajomość sprowadza się raczej do relacji zawodowych. Hoffa to natomiast emocje, które rozsadzają momentami ekran i “budzą” widownię, przy okazji pokazując ludzką twarz Franka.

Chłopcy z Pensylwanii?

"Irlandczyk" (fragment plakatu promującego film), fot. Netflix
Fragment plakatu promującego film, fot. Netflix

Pomijając wszelkie nieścisłości, warto zwrócić uwagę na historyczny aspekt filmu. “Słyszałem, że malujesz domy” Brandta przez wielu jest traktowane jako fikcja, ale mimo wszystko doskonale zarysowuje sytuację polityczno-społeczną Stanów Zjednoczonych na przełomie lat 50. i 60. Związki zawodowe, zwłaszcza Teamsterzy, którym przewodził Jimmy Hoffa, trzęsły krajem. Politycy często byli uzależnieni od ich poparcia, podobnie jak oni w dużej mierze zależeli od… mafii. Opowieści Sheerana można traktować jak bajki. Nieprzypadkowo jednak jego nazwisko przewija się w rządowych raportach sporządzonych za czasów Roberta Kennedy’ego. Dokumenty z lat 60. wymieniają Irlandczyka jako jednego z zaledwie dwóch nie-Włochów wysoko postawionych w strukturach La Cosa Nostry. Na taką pozycję trzeba zapracować.

Zważywszy na pewne głosy sprzeciwu, podejście Martina Scorsesego wydaje się więc słuszne. Historia Sheerana, który przydomek “Irlandczyk” zyskał ze względu na pochodzenie, to zaledwie punkt wyjścia, którego nawet nie trzeba traktować poważnie. Ale warto! Dzięki temu zobaczymy bowiem obraz człowieka, który zasłaniając się myślami o dobru rodziny, potrafi z zimną krwią zabić niewygodną osobę. Ba, robi to nawet w miejscu publicznym; w obecności rodziny ofiary, stwierdzając: “tak będzie lepiej, niech widzą, co grozi za gadanie“. Przy okazji ujawnia się tu momentami czarny humor, także doskonale pasujący do rysu psychologicznego tej postaci. Tym sposobem Robert De Niro pokazuje natomiast swoim krytykom, że mimo grywania w tanich komedyjkach, wcale nie stracił swojej charyzmy. Zwyczajnie traktuje takie występy jako swego rodzaju odskocznię, zabawę aktorstwem, swoją pozycją.

“Irlandczyk”, czyli film w starym stylu, który korzysta z dobrodziejstw współczesności

Frank Sheeran, czyli tytułowy "Irlandczyk", którego losy dzięki CGI i charakteryzacji Robert De Niro odegrał na przestrzeni sześciu dekad, fot. Netflix
Frank Sheeran, czyli tytułowy “Irlandczyk”, którego losy na przestrzeni sześciu dekad odegrał Robert De Niro, fot. Netflix

Lata lecą nieubłaganie, a tuzy kina gangsterskiego powoli zbliżają się do kresu swych karier. Mowa zarówno o Martinie Scorsese – jednym z najwybitniejszych reżyserów nie tylko w ramach tego gatunku, ale i ogółem – jak i jego gwiazdach, z którymi zna się do dekad i pracował już nieraz: Robercie De Niro, Alu Pacino, Joe Pescim czy Harveyu Keitelu. Ten ostatni w “Irlandczyku” pojawia się jako postać epizodyczna. Pacino zaś gra… samego siebie, ponownie wcielając się w osobę temperamentną, ale nie szczędząc przy tym emocjonalnych momentów. Choć Jimmy Hoffa pojawia się w filmie stosunkowo późno, ekspresja Ala Pacino nie pozwala przejść obok tej postaci obojętnie. Najlepiej, moim skromnym zdaniem, wypada tu jednak Joe Pesci.

Jimmy Hoffa, czyli Al Pacino jakiego wszyscy znamy (i kochamy), fot. Netflix
Jimmy Hoffa, czyli Al Pacino jakiego wszyscy znamy (i kochamy), fot. Netflix

Nie chodzi nawet o zbędne porównania, które w tak genialne odegranym spektaklu nie mają najmniejszego znaczenia. Chodzi o zarys postaci – cichego, opanowanego, ale za to pociągającego za sznurki mafioza. Sposób, w jaki Pesci zapisuje się w pamięci widza, to kwintesencja dobrego aktorstwa. Ale skoro już o nim mowa, podoba mi się też otwartość Martina Scorsesego na nowe technologie. Każdą z tych trzech najistotniejszych dla fabuły postaci widzimy w różnych okresach ich życia. O ile Pacino trzeba było jedynie nieco odmłodzić, by zróżnicować wygląd Hoffy między latami 60. a 70., o tyle specjaliści od CGI i charakteryzacji musieli zdziałać cuda w przypadku postaci granych przez De Niro i Pesciego. Co jednak najważniejsze, efekty w najmniejszym stopniu nie psują widowiska. Spektaklu, które z taką pieczołowitością przygotowali reżyser, operujący kamerami Rodrigo Prieto oraz szereg artystów odpowiedzialnych za stroje i scenografię.

Chyba już tylko w kategorii ciekawostek traktować można fakt, że “Irlandczyk” powstawał przez piętnaście lat.

Książka Brandta w roku 2004 roku zafascynowała Roberta De Niro, który zaraził wizją Martina Scorsesego. Już wówczas pojawiły się plany jej adaptacji, a film wydawał się przynależeć do grupy murowanych hitów. Lata jednak mijały, a kolejne wytwórnie kręciły nosem na rozmach i artystyczne wizje reżysera. Dopiero Netflix dał Scorsesemu pełną wolność twórczą, co skończyło się wyprodukowanym za 160 milionów dolarów, trzyipółgodzinnym filmem. Co ważne, Scorsese i De Niro przez te wszystkie lata razem dążyli do jego realizacji!

Nie mam wątpliwości, że żadna wytwórnia nie zgodziłaby się na taki format, choćby przez trudność sprzedania tak długiego obrazu widowni kinowej. Scorsese natomiast odwdzięczył się serwisowi streamingowemu kolejnym monumentalnym dziełem, które – być może – powalczy w przyszłym roku o Oscary. Powiem więcej – czasy się zmieniają, kinematografia także, ale brak nominacji w tym przypadku byłby niemałym skandalem i kolejnym etapem wojenki między Hollywood a Netflixem. To jednak nie powinno grozić “Irlandczykowi”.

Oczywiście na film można spojrzeć też znacznie bardziej krytycznym okiem

Doszukiwać się wtórności w kreacji niektórych postaci poboczny; zarzucać tej nietypowo opowiedzianej historii monotonność, a Scorsesemu zbytnie lanie wody. Można, ale stereotypy i bazujące na nim kalki nie biorą się znikąd, a kino gangsterskie wcale nie musi opierać się na wartkiej akcji i ogromie przemocy. „Irlandczyk” nie jest natomiast opowieścią o złych i dobrych, lecz wielowątkową historią wyborów i borykania się z ich konsekwencjami na różnych płaszczyznach. Głębokie, pozbawione generalizowania i prostych odpowiedzi, mocne.

Autor artykułu
More from Damian Halik

“Slice of Life” – “Blade Runner” z Kickstartera?

Skoro cyberpunkowa tematyka wróciła do łask, nie może dziwić olbrzymia ilość produkcji...
Czytaj wiecej