J.J. Abrams – człowiek, który jest wszędzie

Adam Driver, J.J. Abrams, Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie, Disney, Lucasfilm
Adam Driver i J.J. Abrams na planie IX epizodu "Gwiezdnych wojen: Skywalker. Odrodzenie", fot. Lucasfilm
Jedni go kochają, inni nienawidzą – niezależnie od tych uczuć większość ogląda jednak jego dzieła. J.J. Abrams to bez wątpienia jeden z najbardziej zapracowanych obecnie twórców w amerykańskim przemyśle rozrywkowym, którego pozycja w branży rośnie z roku na rok.

Być może mówienie o miłości i nienawiści brzmi przesadnie, ale wbrew pozorom nie są to zbyt mocne słowa. Po tym, jak J.J. Abrams rozpoczął nową trylogię w świecie “Gwiezdnych wojen”, trudno było o tonowanie nastrojów. W końcu dotknął jednej z największych filmowych marek i zrobił z niej… no właśnie. Już tu zaczyna się pierwszy spór. Część fanów uważa, że “Przebudzenie mocy” było świetnym hołdem dla klasycznej trylogii. Inni wytykają natomiast reżyserowi, że tak naprawdę odtworzył “Nową nadzieję”, zmieniając co nieco dla niepoznaki. W tej gwiezdnej wojnie zapominamy jednak, że to niejedyny ważny tytuł, na który wpłynął J.J. Abrams.

Nie ma przypadku w tym, że młody Jeffrey Jacob zainteresował się sztuką filmową. Jego rodzice działali w branży od dekad – oboje byli producentami. Siostra natomiast została scenarzystką, choć do sukcesów brata jej daleko. Nie zapatrzenie w rodziców, lecz wycieczkę z dziadkiem do studia Universal J.J. Abrams uznaje jednak za impuls, który skierował go na właściwe tory. Miał zaledwie osiem lat, ale już wiedział, co robić. Z biegiem lat rozwijał swoje umiejętności, kręcił sporo amatorskich filmów, które wysyłał na konkursy, a następnie obrał odpowiednią ścieżkę edukacji.

Początkowo realizował się jako scenarzysta. Na początku lat 90. na bazie jego pomysłów powstały takie filmy jak: “Odnaleźć siebie” z Harrisonem Fordem czy “Wiecznie młody” z Melem Gibsonem. Pierwszym przełomem był dla niego jednak dopiero rok 1998. Wówczas J.J. Abrams dołączył do ekipy produkującej serial “Felicity”. Był scenarzystą, producentem, ale też otrzymał szansę reżyserskiego debiutu. W tym samym roku do kin trafił też “Armageddon” Michaela Baya, którego scenariusz współtworzył Abrams.

(Pierwsze) pięć minut

Tom Cruise, Mission: Impossible III, Paramount Pictures
Tom Cruise i J.J. Abrams na planie “Mission: Impossible III”, fot. Paramount Pictures

Filmy Baya nie cieszą się szczególną popularnością – ale kojarzy je większość fanów kinowej rozrywki. Dla Abramsa “Armageddon” był jednak trampoliną do sukcesu. Na początku XXI wieku dołączył do ekipy realizującej “Agentkę o stu twarzach”. Podobnie jak w przypadku “Felicity” bywał scenarzystą, reżyserem i producentem poszczególnych odcinków. W 2004 nastąpił kolejny wielki przełom w jego karierze. “Zagubieni”, którzy pozwolili wybić się przede wszystkim Damonowi Lindelofowi, Abramsa także wyniosły o klasę wyżej. Dwa lata później do kin trafił natomiast pierwszy wyreżyserowany przez niego film – “Mission: Impossible III”.

Warto przy tym zaznaczyć, że J.J. Abrams poważnie odmienił nieco zmęczoną już wówczas markę. Tom Cruise w dużej mierze dzięki sukcesowi trójki do dziś kręci kolejne jej odsłony. Świeżo upieczony reżyser pomógł filmowi, który przez kilka lat znajdował się w produkcyjnym limbo, ale i sobie. Jeśli bowiem dotychczasową, trwającą już wówczas piętnaście lat karierę uznamy za wspinaczkę na szczyt, lata 2006-2011 (bądź 2015) możemy nazwać bardzo udanym atakiem szczytowym. W tym czasie Abrams wyprodukował między innymi “Projekt: Monster”, serial “Fringe” i rozpoczął odświeżanie kolejnej po “M:I” dużej marki – “Star Treka”. Wreszcie jednak w 2011, niemal dokładnie dekadę temu, zaprezentował światu swój autorski film – “Super 8”.

Ten ostatni tytuł to bez wątpienia film, który w pełni pozwolił określić styl Abramsa. Był to z jednej strony jego autorski projekt, z drugiej zaś hołd dla twórczości Stevena Spielberga, który zresztą współprodukował ten film. Dawka nostalgii i powrotu do przygodowego science fiction rodem z lat 80. oczywiście nie każdemu przypadła do gustu. Tytuł zebrał jednak pozytywne recenzje, określając przy tym styl ukształtowanego już wówczas reżysera i scenarzysty.

J.J. Abrams – Midas z Nowego Jorku?

George Lucas, J.J. Abrams, Wikimedia Commons
George Lucas dyskutujący z J.J. Abramsem (2007), fot. Wikimedia Commons

Niedługo po tym sukcesie ogłoszono, że J.J. Abrams rozpocznie nową gwiezdnowojenną trylogię. “Przebudzenie mocy” do kin trafiło w 2015 roku i – ponownie – podzieliło fanów na miłośników nostalgii i osoby, które wymagają czegoś więcej nawet od kina typowo rozrywkowego. Kolejne lata upływały mu natomiast na produkcji następnych części “Star Treka”, “Mission: Impossible” i “Gwiezdnych wojen”, aż w końcu – dość nieoczekiwanie – powrócił on za kamerę w dziewiątym epizodzie kultowej space opery. Ilu reżyserów może pochwalić się tyloma słynnymi markami w portfolio?

Na tym etapie J.J. Abrams bez wątpienia mógł już być zadowolony z siebie. Intensywne lata kariery wyniosły go na szczyt. Tam, gdzie kilka dekad wcześniej siedział jego wielki idol – Steven Spielberg. Nieoczekiwanie jednak ogłoszono, że Bad Robot Productions – firma Abramsa – podpisała kontrakt z Warner Bros., a więc największym konkurentem Disneya na każdej płaszczyźnie. Spodziewano się, że niczym Midas zmieni kulejące DCEU w złoto, choć efektów tej współpracy na razie brak. Wiadomo jednak, że w produkcji są dwa tytuły superbohaterskie, w które zaangażował się Abrams – “Justice League Dark” i “Black Superman”.

Dodatkowo zbliża się premiera serialu “Historia Lisey” na Apple TV+, który J.J. Abrams produkuje, a w wywiadach zapowiada, że pracuje obecnie nad kilkoma oryginalnymi pomysłami. Nie wiadomo, czy wyprodukuje je we współpracy z Warner Bros., czy jakąkolwiek inną wytwórnią. Wracając jednak do marek podlegających braciom Warner – nie zapominajmy o HBO. Abramsa zaangażowano między innymi do produkcji (wraz z Mattem Reevesem i Bruce’em Timmem) animowanego “Batman: Caped Crusader”, które ma trafić na HBO Max. Do tego potwierdził on ostatnio, że zapowiadana od lat adaptacja “Portalu” jednak doczeka się realizacji.

Wygląda więc na to, że choć za kamerą J.J. Abrams staje okazjonalnie, jego scenopisarskie zacięcie po ponad trzydziestu latach nie słabnie. Co więcej, z uwagi na pozycję, jaką sobie wypracował, w coraz więcej tytułów zaangażowany jest jako producent bądź producent wykonawczy.

Czy to dobrze? Dla wytwórni, z którymi współpracuje, z pewnością tak. Ani braku rozmachu, ani tym bardziej umiejętności wytknąć mu przecież nie sposób. Przemysł rozrywkowy ma dziś nowego Spielberga i skrzętnie z tego korzysta. Fani zaś głosują portfelami i nie wydaje się, by mieli coś przeciw takiej formie nostalgiczno-kinowego widowiska.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Polacy najlepsi w prestiżowym “2017 Skyscraper Competition”

2017 Skyscraper Competition to już dwunasta edycja prestiżowego konkursu architektonicznego, organizowanego przez...
Czytaj wiecej