Jak “Rosyjskie tancerki” Degasa zostały Ukrainkami

Edgar Degas – Ukraińskie tancerki, 1899, The National Gallery
Edgar Degas – "Ukraińskie tancerki" (c. 1899, fragment obrazu), fot. The National Gallery
Londyńska National Gallery wykonała pierwszy krok w kierunku ukrócenia leniwej praktyki przypisywania rosyjskiego pochodzenia dziełom sztuki, które w ubiegłych stuleciach powstawały na terytoriach kontrolowanych przez Cesarstwo Rosyjskie i Związek Radziecki. W końcu.

Nie, to nie antywojenny happening. Rzecz jest jak najbardziej poważna, choć liczące przeszło sto dwadzieścia lat “Rosyjskie tancerki” dość nieoczekiwanie okazały się pracą przełomową. Geneza tego obrazu jest prosta, a zamieszanie, jakie wywołał, zaskakuje trywialnością. Paradoksalnie mowa bowiem o dziele, które nigdy nie cieszyło się szczególnie dużym uznaniem czy popularnością.

Jak wiadomo, Edgar Degas w swojej twórczości wiele uwagi poświęcał tancerkom, zresztą to właśnie dzięki niezwykłej umiejętności uchwycenia postaci w ruchu francuski impresjonista dołączył do panteonu największych malarzy swoich czasów. Od kilku dni ten malarski klasyk znów jest na ustach artystycznego świata, choć nie z powodu odkrycia nowych prac czy – jak to zwykle bywa – rekordowej kwoty, za jaką wylicytowano któreś z jego dzieł. Powodem jest zwykłe faux-pas, które w glorii postanowiono odkręcić, powtórzę: po przeszło stu dwudziestu latach.

Oczywiście nie ma przypadku w tym, że “Rosyjskie tancerki” zostały dotknięte rewizjonizmem historycznym właśnie teraz. Trzeba zresztą przyznać, że nie jest to zmiana w żadnym stopniu zaskakująca. Władze National Gallery wspominają, że nad tytułem obrazu debatowano od lat – teraz jedynie postanowiono przejść od słów do czynów. Pastele namalowane prawdopodobnie w okolicy roku 1899 przedstawiają wędrowną trupę taneczną, która do Paryża dotarła z Cesarstwa Rosyjskiego. Jak jednak wiadomo – Rosjanie nie od dziś lubują się w podbojach terytorialnych.

Kluczowym elementem obrazu, który był źródłem głosów niezadowolenia, są niebiesko-żółte wstążki we włosach uchwyconych przez Degasa tancerek. Jasny sygnał, że choć zamieszkiwały one tereny Imperium, pochodziły nie z Rosji, a z Ukrainy. Przemianowanie dzieła na “Ukraińskie tancerki” nie powinno zatem wzbudzać kontrowersji. Odpowiadając więc na zawarte w tytule pytanie: rosyjskie tancerki nie zostały Ukrainkami – zawsze nimi były. Ten gest National Gallery otworzył jednak drzwi do szafy pełnej ofiar rosyjskiego imperializmu wspieranego zachodnią obojętnością.

“Rosyjskie tancerki” to typowy przykład zachodniej ignorancji

Edgar Degas – Ukraińskie tancerki, Rosyjskie tancerki, 1899, The National Gallery
Edgar Degas – “Ukraińskie tancerki” (c. 1899), fot. The National Gallery

Czy to za czasów caratu, czy Związku Radzieckiego Rosjanie zwykli najeżdżać, grabić i wchłaniać terytoria państw ościennych. Taka już ich natura – my także tego doświadczyliśmy. Co gorsza, w czasach współczesnych niewiele się pod tym względem zmieniło. Imperialistyczne zapędy tego narodu przez setki lat wpływały na życia milionów ludzi, podczas gdy świat przyglądał się jego nikczemności. Gestów obojętności na rosyjskie poczynania było wiele, ale jednym z najokrutniejszych stało się ujednoznacznienie Rosji i państw Europy Środkowo-Wschodniej. Wiecie – wszechobecny śnieg i niedźwiedzie w centrach miast od Dolnego Śląska aż po Syberię.

Pokłosie tego ignoranckiego podejścia Zachodu widać w popkulturze, ale i w świecie sztuki, czego zaledwie symbolicznym przykładem są już ukraińskie, choć jeszcze do niedawna rosyjskie tancerki, którym godność przywrócono po przeszło stu dwudziestu latach. Nic więc dziwnego, że na brytyjską National Gallery po zmianie tytułu i tak spadła krytyka. Trudno bowiem odmówić instytucjom kultury opieszałości. Dziś “Ukraińskie tancerki” są na ustach całego artystycznego świata, nie wiadomo jednak, jak wiele innych dzieł oddano Rosjanom tylko dlatego, że ich twórcy czy bohaterowie mieszkali na terenach przez nich zagarniętych.

Każda wycieczka do londyńskich galerii czy muzeów z eksponatami o sztuce lub kinie z ZSRR ujawnia – celową lub po prostu leniwą – błędną interpretację regionu jako jednej niekończącej się Rosji. Tak, jak chciałby to widzieć obecny prezydent Federacji Rosyjskiej. Kuratorzy nie mają problemu z przedstawieniem sztuki i artystów żydowskich, białoruskich czy ukraińskich jako rosyjskich. W rzadkich przypadkach, gdy Ukraińca nie przedstawia się jako Rosjanina, określa się go mianem »urodzonego na Ukrainie«.

– dr Olesya Khromeychuk, historyczka i dyrektorka Instytutu Ukraińskiego w Londynie

Opór na miarę naszych czasów?

Ołeksandr Dowżenko
Ołeksandr Dowżenko – jeden z pionierów ukraińskiej kinematografii, który do dziś bywa nazywany rosyjskim reżyserem

Sztuka rosyjska stała się na Zachodzie terminem niezwykle pojemnym. Swoistym parasolem, pod którym zgromadzono wszelkie problematyczne pod względem pochodzenia utwory. Zabieg ten jest jednak krzywdzący, fałszuje bowiem rzeczywistość i replikuje fakty niezaistniałe, utrwalając je w świadomości społecznej. Co natomiast najgorsze, tym działaniem niejako legitymizuje się rosyjskie zapędy do odbudowy Imperium. Jedna Rosja jest dla odbiorcy łatwiejsza do ogarnięcia niż wyliczanka pomniejszych państw i regionów, ale też jest dla Rosji korzystna – skłania bowiem do przymykania oczu.

Po przeszło miesiącu od rozpoczęcia przez Rosję bestialskiej inwazji na Ukrainę obudziły się artystyczne elity Wielkiej Brytanii, które w sposób jawnie ostentacyjny postanowiły zrobić coś, co zrobić należało już dawno. Gest ten, choć symboliczny, był jednak niezwykle potrzebny. Zadaje bowiem kłam dotychczasowej narracji. Pokazuje, że nie ma Jednej Rosji. Choć w sensie formalnym niewiele różni się to od górnolotnych deklaracji polityków i wzajemnego poklepywania się po plecach za udzieloną Ukraińcom pomoc (choćby czysto hipotetyczną), decyzja National Gallery może wywołać rzeczywisty efekt.

Nic więc dziwnego, że internet zalała fala rewizjonistycznego entuzjazmu. Zaczęto udostępniać prace, które – wbrew dotychczasowym przekazom – nie były dziełem Rosjan. To niewiele, ale wywołuje jakże potrzebny w dzisiejszych czasach szum, bez którego żadne wydarzenie istnieć nie może. Oczywiście władze National Gallery już zapowiedziały, że bacznie będą się przyglądać innym zgłoszeniom niewłaściwie sklasyfikowanych prac, niejako zrzucając na miłośników sztuki brzemię rewizjonizmu. Jeśli jednak okaże się, że w ich ślady pójdą też inne – nie tylko brytyjskie – instytucje, nawet opieszałość i niechlujność można będzie im wybaczyć (choć równie niespiesznie).

Autor artykułu
More from Damian Halik

Brian Johnson wróci do AC/DC?

Półtora miesiąca temu fani AC/DC musieli przełknąć gorzką pigułkę – nie dość,...
Czytaj wiecej