“Nie czas umierać” – nieparzyste zawsze lepsze? [Recenzja]

Daniel Craig, James Bond, Nie czas umierać, Cary Fukunaga, EON Productions
Daniel Craig jako James Bond po raz ostatni wracający z emerytury, fot. EON Productions
Lata mijają, a "Bondy" z Danielem Craigiem nie przestają zaskakiwać, nadszedł jednak czas długo wyczekiwanego finału tej historii. Z półtorarocznym opóźnieniem do kin trafiła 25. odsłona serii, a zarazem zwieńczenie bondowskiej przygody blondwłosego Anglika będącego szóstym 007.

W końcu się doczekał – można by pół żartem, pół serio podsumować pożegnanie Daniela Craiga z licencją na zabijanie. Nie jest jednak tak, że Anglik z(a)robił swoje i bez żalu odchodzi – “Nie czas umierać” to bodaj najlepszy z jego występów w roli 007. Dwudziesta piąta odsłona rozwijanego od niemal sześćdziesięciu lat cyklu o najsłynniejszym Agencie Jej Królewskiej Mości, a zarazem piąta (i ostatnia) z udziałem jedynego jak dotąd blond-Bonda, to spektakl niezwykle udanie łączący przeszłość z teraźniejszością.

Seria powstaje na tyle długo, że większość z żyjących dziś osób może sobie pozwolić na mówienie o swoim Bondzie. Wiadomo, że dla większości fanów niedoścignionym wzorem pozostają tu pierwsze odsłony z niezapomnianym Seanem Connerym. To on przez lata stanowił wzór męskości – niezwykle szarmanckiego, choć niestroniącego od problemów, kobiet i alkoholu jegomościa o zabójczych umiejętnościach. Wiele osób, które miały okazję śledzić serię od początku, z trudem znosiło jego następców. Nie każdy zresztą udźwignął tę rolę. Zabawne, że spośród starych Bondów pamięta się dziś co drugiego. George Lazenby i Timothy Dalton przepadli zupełnie. Roger Moore pamiętany jest przede wszystkim z bardziej humorystycznej strony, a Pierce Brosnan – mój Bond – niejako wracał do korzeni, wprowadzając 007 w nową erę.

Paradoksalnie “Nie czas umierać” jest natomiast zarazem najmniej i najbardziej klasyczną z nowych opowieści o 007, którą koniecznie muszą zobaczyć zarówno fani serii, jak i antyfani Bondów z Danielem Craigiem. Z uwagi na okoliczności pozwolę sobie, by recenzję nowego filmu przepleść z przeglądem ostatnich piętnastu lat historii cyklu – a więc ćwierci jego istnienia. Sporą część tych faktów najwięksi fani z pewnością znają, lecz nie sposób przemilczeć je – choćby z kronikarskiego obowiązku.

Najwidoczniej Craig lubi obstawiać nieparzyste

Gdy Brosnan ogłosił, że kończy swoją przygodę, zostawiał serię w dziwacznym miejscu. James Bond wszedł w XXI wiek, ale filmy o nim jakby zatrzymały się w poprzedniej epoce. Zmianę odtwórcy głównej roli potraktowano więc jak szansę na zupełnie nowy początek. Wybór Daniela Craiga do roli 007 od samego początku jednak krytykowano. Blondyn Bondem? Może to zabawne, ale piętnaście lat temu był to problem równie palący, jak pojawiające się w ostatnich latach plotki, jakoby kolejnym Bondem miał być aktor ciemnoskóry lub kobieta. Najbardziej wierni klasyce fani po prostu nie znoszą tego typu zmian – a włosy nie były jedynym, co zmieniła epoka Craiga.

Aktor swoją przygodę w służbie Jej Królewskiej Mości rozpoczął w 2006 roku. Nowy rozdział symbolicznie zaczęto od adaptacji pierwszej z bondowskich powieści Iana Fleminga – “Casino Royale”. Był to film niezwykle klimatyczny – Craig z jednej strony pokazał, że potrafi odegrać tę rolę w klasyczny sposób, z drugiej jednak wyraźnie rozpoczął nadawanie postaci własnych rysów. To też ostatnia odsłona, na którą nie narzekali fani connery’owskiej epoki. “Quantum of Solance” z 2008 roku okazało się natomiast jednym z najmniej wyrazistych filmów w historii cyklu. Dziś wręcz mało kto o nim pamięta. Te dwie części były jednak zaledwie rozgrzewką dla Daniela Craiga.

Tak naprawdę dopiero “Skyfall” z 2012 postawiło grubą kreskę. Trzeci film Craiga w roli 007 był przełomowy – to już nie były próby nadania bohaterowi nowego charakteru. To wywrócenie do góry nogami wszystkiego, co wiedzieliśmy o bondowskim świecie. Wrócili znani ze starszych odsłon Q (Ben Whishaw) i Moneypenny (Naomie Harris), a świat w końcu stał się namacalny. Zabrano nas jednak do współczesności, gdzie z wrogami nie walczy się twarzą w twarz, lecz w cyberprzestrzeni. Z serii o uwielbiającym alkohol, kobiety i samochody agencie wykiełkował twór o wiele poważniejszy – choć oczywiście nierezygnujący z tych klasycznych atrybutów. “Spectre” z 2015 jedynie podbijało te mroczniejsze akcenty. Można wręcz powiedzieć, że do przesady, na dobre zmieniając odbiór współczesnych filmów o Bondzie.

Nic już nie będzie takie samo

James Bond, Daniel Craig, Madeleine Swann, Léa Seydoux, Nie czas umierać, Cary Fukunaga, EON Productions
James Bond (Daniel Craig) i Madeleine Swann (Léa Seydoux) w scenie otwierającej “Nie czas umierać” (reż, Cary Fukunaga, 2021), fot. EON Productions

Już pierwsza scena “Nie czas umierać” mówi nam wprost: to nie jest kolejny film o Bondzie. Tradycyjne otwarcie pokazujące 007 w brawurowej akcji ustępuje miejsca najpierw retrospektywie Madeleine (Léa Seydoux), którą poznaliśmy w “Spectre”, a następnie wycieczce jej i Bonda do Włoch. Koniec końców emerytowany agent MI6 oczywiście nie uniknął walki, ale ta przybrała zupełnie inny niż dotychczas charakter. Niezwykle symboliczne są zresztą dalsze losy Bonda.

Byłego agenta spotykamy pięć lat później na Jamajce – miejscu szczególnie istotnym. To właśnie tam Ian Fleming pisał bowiem powieści o Bondzie. W trakcie jednego ze zwyczajnych dni bohater trafia na swojego dawnego przyjaciela – pracującego dla CIA Felixa Leitera (Jeffrey Wright). Niedługo potem poznaje też nową 00 w szeregach swojego byłego pracodawcy. Oczywiście oboje znajdują się tam nieprzypadkowo. Felix prosi Bonda o pomoc w akcji na Kubie, Nomi (Lashana Lynch) z kolei ostrzega, że jeśli ten wejdzie jej w drogę, nie będzie sentymentów.

James Bond, Daniel Craig, EON Productions
James Bond spędzający emeryturę na Jamajce – kadr z “Nie czas umierać”, fot. EON Productions

“Nie czas umierać” jest dzięki temu świetnym zwieńczeniem zarówno swoistej trylogii, jaką wraz z nim stworzyły wspomniane już “Skyfall” i “Spectre”, jak i pentalogii zapoczątkowanej przez “Casino Royale”. Reżyserujący to widowisko Cary Fukunaga (“Maniac”) oraz wspierający go scenarzyści wykonali tytaniczną pracę, by w spójny sposób przepleść najistotniejsze wątki. Tym, co szczególnie mnie urzekło, są jednak igraszki z opinią publiczną. Wspomniałem już o kontrowersjach związanych z blond-Bondem oraz plotkach dotyczących następcy Craiga. W ostatnim filmie mamy natomiast wyraźne rozróżnienie między Bondem a 007 – bohaterem a cyfrą, którą mianuje się agenta brytyjskiego wywiadu. Bez wątpienia czeka nas jeszcze więcej spekulacji na temat przyszłości serii.

Paloma, ach, Paloma

James Bond, Daniel Craig, Paloma, Ana de Armas, Nie czas umierać, Cary Fukunaga, EON Productions
James Bond (Daniel Craig) i Paloma (Ana de Armas) podczas akcji na Kubie, fot. EON Productions

“Nie czas umierać” nie odbiega jakoś znacząco od tradycyjnych konstrukcji poprzednich odsłon tej serii. Światu znów zagraża niebezpieczeństwo, a nasz bohater skacze po mapie, szukając poszlak i walcząc z kolejnymi wrogami. Bez wątpienia najciekawsza jest natomiast wspomniana akcja na Kubie, na którą Bond oczywiście ruszył – z kim? O tym musicie się przekonać sami. Tam też spotykamy najciekawszą dziewczynę Bonda, jaką widziała ta seria. Grana przez Anę de Armas Paloma jest kwintesencją silnej, pełnej wdzięku kobiety, w jakich przecież 007 gustował od zawsze. Sceny z nią, choć jest ich stosunkowo niewiele, w nienachalny sposób wnoszą niemałe odświeżenie i olbrzymi ładunek humorystyczny do poważnego świata mendesowo-fukunagowego Bonda.

Poprzednie dwa filmy wyreżyserowane przez Sama Mendesa nadały bondowskiemu światu zupełnie nowego charakteru – bardziej mrocznego, niebezpiecznego i rzeczywistego. Seria pozostała oczywiście w ramach kina sensacyjnego, ale zdecydowanie przesunięto akcenty. To już nie filmy o dowcipnym lowelasie, który między kolejnymi drinkami i romansami ratuje świat przed przerysowanymi bandytami. Cary Fukunaga rozwija ten pomysł.

Daniel Craig, James Bond, EON Productions
James Bond w finale “Nie czas umierać”, fot. EON Productions

Mimo mniej lub bardziej oczywistych nawiązań do klasyki “Nie czas umierać” przede wszystkim pokazuje jednak Bonda-człowieka. Jeszcze mocniej zarysowano tu jego relacje z innymi postaciami, w szczególności z Madeleine. Pozostali bohaterowie także nabrali bardziej ludzkiego charakteru. Sceny walki są oczywiście równie mocno odrealnione, co wcześniej. Te bardziej intymne, gdzie Craig ściąga maskę nieposkromionego agenta, sprawiają, że zwyczajnie można się z nim utożsamiać.

Kropla cykuty w tym wyśmienitym martini

Lyutsifer Safin, Rami Malek, EON Productions
Lyutsifer Safin (Rami Malek) – przeciwnik Bonda w “Nie czas umierać”, fot. EON Productions

Scenariusz i reżyseria “Nie czas umierać” to doskonały kompromis między niemalże magicznym realizmem znanym z wcześniejszych odsłon a dramatem pełnymi bohaterów z mięsa i kości. Przede wszystkim to jednak wciąż kino sensacyjne. Nie chcę więc zagłębiać się w szczegóły, czepiać pewnych nieścisłości czy detali – nie po to przecież idzie się na Bonda. Jest jednak rzecz, na którą seria zawsze mogła liczyć – charakterystyczni przeciwnicy.

W najnowszej odsłonie głównym antagonistą jest niejaki Lyutsifer Safin (Remi Malek). Syn trucicieli, którzy przed laty pracowali dla Spectre, ale w końcu zostali przez organizację wyeliminowani – on jeden ocalał. Nic więc dziwnego, że jego głównym celem jest zemsta na złowrogiej instytucji i przewodzącym jej Ernście Blofeldzie (Christoph Waltz). Plan Safina jest zaś niezwykle współczesny – do realizacji swojego celu chce bowiem wykorzystać najnowsze odkrycie medycyny, a więc nanoroboty.

Zapytacie: jak przeciwnikiem Bonda może być wróg jego wroga? Nie wiem – i zapewne nikt tego nie wie. Kreacja Maleka, a mówimy przecież o niezwykle utalentowanym aktorze, jest niczym nieudany miks wspomnianego Blofelda ze “Spectre” czy Silvy (Javier Bardem) ze “Skyfall”. Sposób formułowania zdań i ich wypowiadania, niespieszne dążenie do celu, który – zdawać by się mogło – jest już w zasięgu ręki. W przeciwieństwie do bodaj najciekawszego z przeciwników Bonda czy postaci granej przez Christopha Waltza nie otrzymujemy tu jednak właściwego tła, które pomogłoby nam zrozumieć, co kieruje tą postacią. Zamiast tego otrzymujemy pseudofilozoficzne frazesy od jednego z najbardziej przerysowanych bondowskich złoczyńców w historii. Co gorsza – przerysowanego nieintencjonalnie.

Wróćmy jednak do Daniela Craiga, bo w końcu to jego żegnamy w “Nie czas umierać”

James Bond, Daniel Craig, M, Ralph Fiennes, Nie czas umierać, Cary Fukunaga, EON Productions
James Bond na dywaniku u M (Ralph Fiennes), fot. EON Productions

Wspomniałem, że moim Bondem był Brosnan – ale tylko dlatego, że to na jego występach się wychowałem. Kreację Craiga uznaję jednak za zdecydowanie ciekawszą, bo bliższą moim osobistym preferencjom. Odrobina realizmu w tak szalonym świecie jest – moim zdaniem – odpowiednim kierunkiem rozwoju serii. Mam nadzieję, że kolejne jej odsłony także podążą tym tropem.

Z perspektywy czasu może się to wydać zabawne – Craig już po “Skyfall” nosił się z zamiarem porzucenia roli. Podnosząc mu gażę, producentka Barbara Broccoli co rusz przedłużała tę przygodę, choć nie zawsze z odpowiednim skutkiem. Po “Spectre” Anglik zebrał zasłużoną krytykę za swoją grę, ale pozwolił rozwinąć ten świat. Na pożegnanie natomiast zaserwował jedną z dwóch najlepszych ról w swojej karierze – w zależności od tego, czy jako fani klasyki wolicie jego kreację z “Casino Royale”, czy może jednak iść z duchem czasu.

Po piętnastu latach i pięciu filmach możemy już być pewni, że Daniel Craig na dobre pożegnał się z gadżetami od Q i całą resztą atrybutów Agenta Jej Królewskiej Mości. “Nie czas umierać” jest natomiast filmem, który po prostu trzeba obejrzeć. To przede wszystkim godne pożegnanie, ale też jedno z najlepszych zwieńczeń w historii serii.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Snøhetta kreuje przyszłość zrównoważonej architektury

Topowa norweska pracownia architektoniczna Snøhetta zaprojektowała ekologiczny biurowiec, będący najbardziej energooszczędnym budynkiem...
Czytaj wiecej