Johan Renck o adaptacji “The Last of Us”

Grafika promująca "The Last of Us: Part II", fot. Naughty Dog
Grafika promująca "The Last of Us: Part II", fot. Naughty Dog
Adaptacje gier to temat bardzo drażliwy zwłaszcza dla fanów wirtualnej rozrywki, bo – bądźmy szczerzy – niezmiernie rzadko zabierają się za nie osoby, które w ogóle miały styczność z grą. Większość prób do tej pory była przez to najwyżej średnimi filmami, które zdecydowanie nie zdobyły uznania wśród fanów pierwowzoru. Z "The Last of Us" może być jednak inaczej.

Gra studia Naughty Dog to już klasyk, mimo że premiera miała miejsce zaledwie siedem lat temu. Tytuł ekskluzywny dla PlayStation, jak większość mieniących się w ten sposób produkcji, po prostu zachwycał. “The Last of Us” zarówno pod względem mechanik, klimatu, jak i stylistyki zdecydowanie przypadła graczom do gustu, a historia i genialny soundtrack zapewniały niemalże filmowe doznania. Wykreowana przez Neila Druckmanna postapokaliptyczna opowieść o losach Ellie i Joela potrafiła chwytać za serce czy wręcz przerażać. Dziś, gdy fani czekają na premierę kontynuacji gry, wiemy natomiast, że niedługo zobaczymy jej bohaterów także na małym ekranie. I choć serial wciąż owiany jest tajemnicą, coraz więcej informacji na jego temat daje nadzieję, że ma szansę okazać się hitem.

Serialowe “The Last of Us” może zmienić wszystko, co wiemy o adaptacjach gier

Grafika promująca "The Last of Us", fot. Naughty Dog
Grafika promująca “The Last of Us”, fot. Naughty Dog

Gra “The Last of Us: Part II” trafi na PS4 19 czerwca, choć już zdążyła wywołać sporo kontrowersji. Jako że postaci stale ewoluowały na naszych oczach, przechodząc rozterki i wewnętrzne metamorfozy, trudno było oczekiwać, by w kontynuacji hitu z 2013 roku oglądać te same osoby. Tyczy się to przede wszystkim Ellie, która na przestrzeni lat dorosła, więc w nowej odsłonie gry będzie już zupełnie inną osobą niż niewinne dziecko, które prowadziliśmy przez zdewastowane Stany Zjednoczone przed laty. To zaś zarówno problem dla śmiałków, którzy postanowili podjąć się adaptacji, jak i pewien trop, którym mogą podążyć.

Adaptacje gier to temat rzeka i choć wiele o nich powiedziano, wciąż potrafią one dzielić środowisko graczy. Tyczy się to jednak przede wszystkim filmów, które mają przecież zdecydowanie mniej czasu na opowiadanie historii niż seriale. To już duży plus, który może nie zarobi od ręki 500 milionów dolarów w ciągu kilku tygodni od kinowej premiery, ale da scenarzystom szansę, by spełnić oczekiwania fanów oraz zainteresować nową widownię. Warto wspomnieć, że w produkcję zaangażowany jest też Neil Druckmann, a więc nie powinna nas martwić dbałość o wierność oryginałowi. Współtwórcą serialowego “The Last of Us” jest natomiast Craig Mazin, który udowodnił w zeszłym roku, że jego talent wykracza poza komedie pokroju “Strasznego filmu” czy “Kac Vegas”. Pieczę nad wszystkim trzyma zaś HBO, a więc swoisty gwarant serialowej jakości.

Wiadomo coraz więcej – nic nie zwiastuje tragedii

Screen z "The Last of Us: Part II", fot. Naughty Dog
Screen z “The Last of Us: Part II”, fot. Naughty Dog

Choć informacje są nam dawkowane bardzo powoli, wiadomo coraz więcej. HBO na potrzeby serialu zakontraktowało choćby Gustavo Santaolallę, który odpowiadał za soundtrack gry. Z jego udziałem adaptacja od razu zyska więc sporo klimatu, choć Druckmann przestrzega, że zadanie będzie bardzo trudne:

[Pracując nad serialem – przyp. red.] Musisz wiedzieć, w jaki sposób [telewizja] komunikuje swoje pomysły czy opowiada historie. W jaki sposób uczynić opowieść wyjątkową dla innego medium, usuwając jej interaktywność? To ciekawe wyzwanie i myślę, że może mnie to nauczyć wielu rzeczy… Craig [Mazin] ma wiele ciekawych pomysłów dotyczących adaptacji, zresztą to intrygujące pracować z twórcą, którego się podziwia. […] A robić to pod skrzydłami HBO…

– Neil Druckmann w wywiadzie dla “Entertainment Weekly”

Pomysły Mazina rzeczywiście bywają zbawienne dla produkcji. Przekonaliśmy się o tym w zeszłym roku, gdy stworzony właśnie dla HBO “Czarnobyl” po prostu pozamiatał. Miniserial z miejsca stał się hitem, promując zresztą nie tylko Mazina. W “The Last of Us” zaangażowano bowiem także współtwórcę “Czarnobyla” – Johana Rencka. Szwed został producentem wykonawczym, ale też powierzono mu reżyserię odcinka pilotażowego.

“The Last of Us” nie będzie jak “Czarnobyl”, ale porównań nie uniknie

Johan Renck podczas Tribeca Film Festival, fot. The Times
Johan Renck podczas Tribeca Film Festival, fot. The Times

Z racji tego, że oficjalnych informacji na temat serialu wciąż jest jak na lekarstwo, od samego początku fani snują domysły. Jedną z istotnych niewiadomych jest forma, w jakiej miałaby zostać opowiedziana historia. Miniseriale są coraz popularniejsze, choć w tym przypadku pewnie ten format nie sprawdziłby się najlepiej. Johan Renck jest jednak kolejną osobą związaną z projektem, która sugeruje, że możemy otrzymać pełnoprawny serial. Ten wątek przewijał się już w przeszłości, gdy wywiadów udzielali inni członkowie ekipy. Renck ostatnio przyznał jednak to wprost podczas rozmowy z “Discussing Film”. Patrząc w ten sposób, serialowe “The Last of Us” może okazać się następcą “The Walking Dead”.

Wiadomo też, że sporo problemów rodzi wprowadzanie na nowo postaci, których wizerunek został już wykreowany. Sporo na ten temat wiedzą twórcy “Wiedźmina”, ale nie o tym dziś. Na pytanie dotyczące podobieństw w adaptowaniu postaci historycznych i wcześniej istniejących Renck odpowiedział:

To na wielu poziomach bardzo trafne pytanie. W przypadku »The Last of Us« mamy postaci znane osobom, które w to grały. Oni doskonale wiedzą, jak ta postać wygląda, jak mówi, jak się zachowuje i tak dalej. Inny projekt, nad którym pracuję, to serial bazujący na »Magu« Johna Fowlesa. Mimo że bohater powieści jest postacią fikcyjną, czytelnicy będą mieli jego wizję – w dodatku każdy własną. Z drugiej strony, akurat ten przykład został ujęty tylko na kartach książki, więc nie będzie dobrej ani złej formy jego ukazania z wyjątkiem pomysłu na to, kim on jest.

– Johan Renck w wywiadzie dla “Discussing Film”

Tym, co nie pozostawia wątpliwości, jest słuszność zatrudnienia twórców “Czarnobyla”. Nie chodzi nawet o to, że są na fali, ale zeszłoroczny hit pokazał, że potrafią kreować wydarzenia na ekranie w spokojny, ale bardzo dramatyczny sposób. I choć tragedia z 1986 roku nie zaowocowała zniszczeniem świata, postapokaliptyczny klimat “The Last of Us” wcale nie będzie aż tak odbiegać od tego. Duet Mazin-Renck to świetny prognostyk dotyczący adaptacji, a obecność na pokładzie twórcy oryginalnej historii sprawia, że nie powinniśmy się martwić o jej związki z serialem.

Na razie o fabule serialowego “The Last of Us” wiadomo niewiele. Pierwsze zapowiedzi sugerują jednak, że na małym ekranie wrócimy do momentu, gdy rozpoczyna się gra. Na nowo ukazane zostanie spotkanie Joela i Ellie, ale też zyskamy szansę, by zobaczyć znacznie dokładniej zarysowane tło tej historii. A ponieważ niemal pewne już jest, że mówimy o pełnowymiarowym serialu, fanów gry bardziej powinna martwić zależność między oboma mediami. Może się bowiem okazać, że niczym w przypadku “Gry o Tron”, serialowa fabuła prześcignie oryginał.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Galeria ART HUB Rydzowa powraca z wystawą “Ȝ x Ƹ”

Otwarcie galerii ART HUB Rydzowa niefortunnie zbiegło się z wybuchem pandemii, ale –...
Czytaj wiecej