John Frusciante oferuje na płycie “Maya” słodkie, clubbingowe wspomnienia

John Frusciante, Maya, Timesig
John Frusciante – "Maya", fot. Timesig
Gitarzysta Red Hot Chili Peppers znów pozwala sobie na ujawnienie prywatnych muzycznych obsesji, tym razem odtwarzając krajobraz sceny klubowej lat 90. w niezwykle malowniczy sposób.

John Frusciante od zawsze przywołuje wiele zaskakujących skojarzeń w swoich solowych wydawnictwach. Amerykański muzyk, znany szerszej publiczności ze współpracy z zespołem Red Hot Chili Peppers, traktuje swoje autorskie projekty jak treningi kreatywności. Płyty, które firmuje własnym nazwiskiem, sprzedają odważne pomysły; zbyt brawurowe, by znalazły schronienie w dyskografii RHCP. Nowojorczyk za dnia gra rockowe piosenki dla przedstawicieli klasy średniej, a nocą przeistacza się w awangardowca śmiało miksującego wpływy folku, estetyki lo-fi i elektroniki. Jego najnowszy projekt najmocniej nawiązuje do tego ostatniego gatunku. Dziewięć premierowych utworów gitarzysty pulsuje energicznym rytmem muzyki jungle oraz drum and bassu.

Frusciante flirtujący z klubowym brzmieniem to oczywiście nic nowego

Elektroniczne pląsy Frusciante ozdobione dynamicznym klipem

Krążki takie jak “PBX Funicular Intaglio Zone” czy “Renoise Tracks 2009-2011” definiowała przecież miłość do syntezatorów oraz instrumentalnego hip-hopu. “Maya” natomiast wyróżnia się przede wszystkim niezwykłą przystępnością kompozycji. Tak radosnych i beztroskich utworów Frusciante nie pisał nigdy.

Oczywiście spec od riffów Red Hotów nie mógł odmówić sobie choćby odrobiny ryzyka. Napisał list miłosny do zapomnianych melodii przeszłości, czyli elektronicznych dźwięków lat dziewięćdziesiątych. Taka archeologia clubbingu oczywiście trafia do bardzo wąskiego grona poszukiwaczy niszowych wrażeń lub po prostu imprezowych weteranów pamiętających DJ-skie sety sprzed kilku dekad. W pozornie lekkostrawnym albumie kryje się więc pierwiastek szaleństwa. Trzeba mieć obłęd w oczach, by w 2020 roku smażyć beaty niepowiązane w żaden sposób ani z elektropopem lat osiemdziesiątych, ani z trapowo-kodeinową spuścizną Three 6 Mafii.

“Maya” to jednak w gruncie rzeczy album lekki, łatwy i przyjemny

John Frusciante znajduje radość w połamanych rytmach

Projektowi przyświeca właściwie tylko jeden cel – zachęcenie słuchaczy do tańca. Patronująca płycie idylliczność wywołuje u odbiorcy uczucie nostalgii za mitycznymi starymi, dobrymi czasami. W tym wypadku czasami sielankowego clubbingu reprezentowanymi przez przyjemne melodie oraz słodkie sample wokalne. Przewijające się co jakiś czas głosy brzmią jak duchy przeszłości, próbujące odtworzyć euforyczną atmosferę dawnych imprez. Jednakże rzeczone zjawy nie są tak melancholijne, jak anonimowi bardowie w utworach Buriala. Sprawiają raczej wrażenie istot pogodzonych ze swym losem.

Efektowna kombinacja radosnych rytmów z kolażem głosów wypada interesująco również przez wzgląd na dzisiejsze, trudne realia. Kompilacja przebojowych dźwięków przywodzi na myśl promienną zabawę w głębi dzikiego tłumu. Puls piosenek przypomina o tym, że dotyk, oddech i spojrzenia umacniały więzi klubowej społeczności przed erą COVID-u. Kwarantannowa rzeczywistość powoli zamienia te wspomnienia w abstrakcyjne stopklatki. 

Wydaje się, że najnowszy eksperyment gitarzysty RHCP ma dużo wspólnego ze współczesnymi muzycznymi trendami. Utwory poddają recyklingowi przestarzałe motywy, a ponadto prowadzą metanarrację bezpośrednio komentującą gatunkowe klisze. Dzieło Frusciantego wyróżnia się jednak na tle szeregu postmodernistycznych przedsięwzięć rozczulającym optymizmem. Jeśli przyjmiemy, że teraźniejsza muzyka elektroniczna wyznaje filozofię mrocznego cyberpunku Williama Gibsona, to clubbing według “Mai” promuje z kolei naiwny retrofuturyzm “Jetsonów”. Być może lekarstwem na apokaliptyczne czasy nie jest równie apokaliptyczna sztuka, a widowiskowa technoutopia. Kusząca wizja, nieprawdaż?

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Wszystkie moje popkulturowe grzechy

"Guilty pleasure” oznacza grzechy popkultury, którymi uwielbiamy się rozkoszować, oczywiście, gdy nikt...
Czytaj wiecej