JORDANIA

Do niedawna kierunek raczej ekskluzywny, dziś – z latającymi także z Polski low-costami – dostaniemy się tam nawet za kilkadziesiąt złotych. Ale na miejscu, jak w ogóle na całym Bliskim Wschodzie, jest stosunkowo drogo, o czym warto pamiętać zachłysnąwszy się prawie darmowym przelotem.

Niemniej kraj jest bezpieczny, dobrze zorganizowany i – bardzo ciekawy. Jordania pojawiła się na liście Lonely Planet, wśród miejsc polecanych do odwiedzenia w tym roku, autorzy wydawnictwa polecają transjordański szlak pieszy, do pokonania w 36 dni, obejmujący cały kraj, z Morzem Martwym, Sodomą, czy oczywiście Petrą, i jestem pewien, że właśnie teraz czy za moment, w szczycie sezonu turystycznego, ów szlak zapełni się turystami, których i w styczniu doprawdy nie brakowało.

Kiedy jechać? Właściwie bez znaczenia, wyłączywszy lato. Wówczas kraj stacza się w letarg, bo normalne życie, a co dopiero zwiedzanie, jest trudne przy +50 stopniach. A takie temperatury nie są niczym niezwykłym w tym miejscu i o tej porze. Najprzyjemniej jest właśnie wiosną i jesienią, ale jesienią może dość mocno padać, w zeszłym roku, jak pamiętacie, okolice Petry zostały zalane przez powódź. Zimą jest w ciągu dnia przyjemnie, ale nocą BARDZO zimno, więc wybierając nocleg w Internecie zwróćcie uwagę, czy ma ogrzewanie/klimatyzację. Bo popadając w stan hibernacji o 3 rano możemy sobie wyrzucać, że wybraliśmy lokum tylko po taniości.

Do Jordanii potrzebujemy wiz. Można je kupić na lotniskach, kosztują 40 JOD (1 JOD to ok. 5.4 PLN), jeśli zamierzacie zwiedzać kraj intensywnie, opłaca się kupić w Internecie przez przylotem Jordan Pass, wymagane minimum pobytu to 4 noce, koszt, wliczywszy już wizę, to 70 do 80 JOD, zważywszy na absurdalną jednak cenę biletu wstępu do Petry – daje ów Jordan Pass pewne oszczędności.

Zaczynamy od stolicy. Amman jest młodym, zaledwie ponad stuletnim, ponad dwumilionowym miastem, zaryzykuję jednak, że umiarkowanie interesującym, acz całkiem przyjemnym. Poza Cytadelą i rzymskim teatrem, i – dla zainteresowanych – muzeum narodowym, naprawdę nic tu nie ma. Co naturalnie jest najlepszą rekomendacją dla każdego miejsca. Można się bowiem włóczyć po Ammanie oglądając „normalne” życie Jordańczyków, można się szwendać po gwarnych sukach, są fajne galerie ze sztuką współczesną, są knajpki zarówno z humusem i falafelami, jak i te z kawą. Jedzenie zwykle dość tanie i znakomite, kawiarnie potrafią mieć ceny nieledwie paryskie, ceny piwa – jak w Norwegii, a nawet chyba wyższe. No więc Amman tak na dwa-trzy dni jest jak znalazł. Można też potraktować jordańską stolicę jako bazę wypadową i stąd ruszać na zwiedzanie. Wycieczki do każdego miejsca w kraju, które może być interesujące dla turystów, dostępne są w każdym właściwie hotelu.

Część turystów z Ammanu jedzie nad Morze Martwe, by tam się popluskać w błocie, może to ostatnia szansa na tego rodzaju zabieg, bo akwen ów wydaje się być zdecydowanie zbyt mocno eksploatowany, wysycha, a i – co ze zdumieniem odkryjecie – kosmetyki na bazie lokalnego błota, także w Jordanii są zdumiewająco drogie. Po drodze jest Sodoma. To znaczy uznaje się, że w tym miejscu była, śladów brak, więc trzeba sobie hm… wyobrazić co też tam się działo.

Jedziemy do Petry. Z Ammanu jest rano bezpośredni autobus, taki turystyczny. Podróż trwa około 4 godzin, wliczywszy postój. A na miejscu… No cóż, słusznie jest uznawana za jeden z siedmiu cudów świata. Rzadko poddaję się urokowi zabytków, które „trzeba zobaczyć”, bo zwykle są rozczarowujące, wielkość jednak, monumentalność, niezwykłość i urodę tego miejsca nie przekaże żadna fotografia ani żaden film. Faktycznie robi to wrażenie. Starożytne miasto jest dość rozległe, ale spędzenie tam dwóch czy nawet trzech dni, co robią niektórzy, uważam jednak za przesadę, no, chyba, że ktoś bardzo potrzebuje. W ciągu jednego dnia można bez zbędnego pośpiechu całość zwiedzić, niektóre szlaki wymagają lepszej kondycji, inne – w tym ten najpopularniejszy – są zupełnie chilloutowe. Warto mieć dobry przewodnik, bądź dobrego przewodnika wynająć, żeby choć mniej więcej wiedzieć, o co w tym wszystkim chodziło, na miejscu są kafejki, pamiątki i knajpy, gdzie można zjeść lancz. Jak ktoś się zmęczy, można wziąć donkey-taxi, bądź zwiedzić Petrę z perspektywy konia albo wielbłąda. W każdym razie spędziłem tam 8 godzin i z czystym sumieniem mogę napisać, że Petrę zwiedziłem. Bilet wstępu kosztuje 50 JOD. To jest 270 złotych. Uhm. Ci, którzy są na jednodniowej wycieczce z Izraela i nie nocują w Jordanii, płacą 90 JOD, choć – z ciekawości się wsłuchiwałem w kolejce – kasjer nikogo o to nie pytał. Tak, również uważam, że jest to cena absurdalna, mimo wszystko. Słusznie, nikt nikogo nie zmusza, prawda? Niemniej – jako się rzekło – warto.

Po południu odjeżdża z Petry busik do Aqaby, gdzie spędzam trzy dni na leniuchowaniu nad Morzem Czerwonym, jest tam dość miło, można dobrze zjeść, noclegi są na każdą kieszeń, wielu turystów wybiera się na jednodniową wycieczkę do Wadi Rum, także wpisaną na listę Unesco, ja miałem za sobą doświadczenie saharyjskie, więc tę pustynię już sobie darowałem.

More from Rafał Turowski

Nasze Żony w komedii

Od razu mówię, że o żonach w tym spektaklu za wiele się...
Czytaj wiecej