„Jurassic World: Dominion” – seria skazana na wymarcie [Recenzja]

Chris Pratt, Jurassic World: Dominion, Colin Trevorrow, 2022, Universal Pictures
Chris Pratt w filmie "Jurassic World: Dominion" (reż. Colin Trevorrow, 2022), fot. Universal Pictures
Dinozaury znów przejmują kina! Colin Trevorrow stanął za kamerą filmu wieńczącego serie "Jurassic Park" i "Jurassic World". Czy epickie zakończenie sagi o dinozaurach spełniło oczekiwania?

W „Jurassic World: Dominion” powracają bohaterowie znani zarówno z oryginału Stevena Spielberga, jak i postaci z drugiej trylogii. Na pierwszy plan wysuwa się wątek szarańczy niszczącej plony, którą zaprogramowała genetycznie wielka korporacja. Ten problem próbują rozwiązać Alan Grant (Sam Neill), Ellie Sattler (Laura Dern) i Ian Malcolm (Jeff Goldblum). Równolegle Owen Grady (Chris Pratt) i Claire Dearing (Bryce Dallas Howard) szukają swej porwanej córki. Nie zgadniecie, gdzie przetną się drogi bohaterów…

Opuszczony lunapark

Kadr z „Jurassic World: Dominion” (reż. Colin Trevorrow, 2022), fot. Universal Pictures

„Jurassic Park” Stevena Spielberga na podstawie książki Michaela Crichtona był dla wielu widzów formującym doświadczeniem kinowym. Perfekcyjnie wyreżyserowane widowisko – uwodzące przygodą, zachwycające efektami specjalnymi – doskonale stopniowało napięcie i ukazywało magię ekranu. Spotkanie z nieznanym było determinowane przez majestatyczność dinozaurów, które stworzono przy pomocy komputera i praktycznych efektów. Film do dziś wywołuje emocje – od gęsiej skórki, gdy Alan Grant i Ellie Sattler pierwszy raz widzą dinozaura, przez nerwowy niepokój w scenie ataku Tyranozaura, po wielki uśmiech, gdy tylko do uszu widza dociera motyw przewodni Johna Williamsa.

Żadna z pięciu kolejnych części nie powtórzyła sukcesu pierwowzoru. Powstające taśmowo sequele cierpiały na wiele problemów, jednak dopiero najnowsza część dobitnie pokazała, że twórcy nie mają na tę serię pomysłu. „Jurassic World: Dominion” wygląda jak z automatycznego generatora sequeli. Mamy tu jeszcze więcej akcji, jeszcze większe dinozaury i jeszcze mniej sensu. Jest tłoczno, wątki się przeplatają, film trwa prawie dwie i pół godziny. Mimo to trudno pozbyć się wrażenia, że produkcja jest sztucznie napompowana.

Wprowadzenie bohaterów z oryginału to chwyt marketingowy, skok na nostalgię widzów. Z punktu widzenia fabuły nie ma jednak sensu. Grant, Sattler i Malcolm plączą się po ekranie bez większego celu. Aktorzy, pozostawieni sami sobie i zmuszeni do odgrywania postaci sprzed trzydziestu lat, są zagubieni i wyraźnie zmęczeni. Ja czułem się podobnie, widząc kolejne niepotrzebne i wysilone nawiązania do oryginalnego „Parku Jurajskiego”.

Przygniatające dziedzictwo

Obsada „Parku Jurajskiego” trzydzieści lat później w „Jurassic World: Dominion”, fot. Universal Pictures

Dziedzictwo serii ciąży Colinowi Trevorrowowi na barkach. Trudno nie zestawiać jego filmu z kultowym oryginałem. Sceny akcji zrealizowano sprawnie, jednak daleko im do spielbergowskiego wyczucia. Wszystko inne wydaje się nieistotne. Bohaterowie irytują, ilekroć otwierają usta. Stawka przestaje mieć znaczenie, gdy intryga jest ledwie naszkicowana, a napięcie trudno zbudować, gdy w filmie pojawia się piętnaście identycznych scen ratunku w ostatniej chwili. Nawet dinozaury schodzą na drugi plan, a zmieniające wszystko zakończenie „Upadłego królestwa” w ogóle tu nie wybrzmiewa. Cukierkowy finał to już wisienka na torcie leniwego pisania scenariuszy.

Całość jest po prostu nudna, nie wywołuje praktycznie żadnych emocji, a przez większość seansu widzowi towarzyszy poczucie zażenowania. Dobrym podsumowaniem „Jurassic World: Dominion” jest jedna z finałowych scen, gdzie najnowszy twór inżynierii genetycznej – Giganotosaurus, największy spośród dinozaurów – staje do walki z samcem alfa znanym z pierwszej części – Tyranozaurem. Ten drugi, choć potężny i przerażający, wydaje się nie równać z większym, bardziej agresywnym dinozaurem. Tu mały spoiler: mimo to Tyranozaurowi udaje się zwyciężyć w nierównym starciu. Może „Jurassic World: Dominion” miało większy budżet, może jest bardziej efekciarskie i posiada więcej bohaterów, scen akcji i efektów komputerowych, ale to właśnie „Jurassic Park”, stosunkowo skromny na tle filmu Trevorrowa, jest wciąż niekwestionowanym królem kina rozrywkowego o dinozaurach.

Autor artykułu
More from Jan Sławiński

„Ostatniej nocy w Soho” – mroczna strona swingującego Londynu [Recenzja]

Edgar Wright powraca z nowym filmem. Tym razem jednak proponuje widzom opowieść...
Czytaj wiecej