KALININGRAD

KALININGRAD
KALININGRAD
Niespełna 400 kilometrów, 40 minut lotu albo 6 godzin jazdy autem z Warszawy, w zależności od kolejki na granicy. Prawda, że blisko? I jednocześnie na tyle daleko, że Kaliningrad jawi się miejscem dość egzotycznym, bo trudno dostępnym. Postanowiłem w końcu te trudności pokonać, korzystając z lotniczej promocji spędziłem w Kaliningradzie weekend i… było bardzo miło.

Miasto jest przygotowane do przyjęcia turystów. Nie tylko obficie zaopatrzono je w tablice informacyjne w trzech językach (po angielsku i niemiecku oraz oczywiście rosyjsku), ale także w drogowskazy do najbardziej interesujących miejsc. O znakomicie działającym biurze informacji turystycznej, z mapami, wycieczkami itd., już nie wspominając. To pokłosie Euro, które było rozgrywane także tutaj, i do którego Rosjanie faktycznie bardzo starannie się przygotowali. Zgoda, miasto nie jest może piękne, zostało zburzone podczas wojny i odbudowano je w znanym nam stylu, ale ślady pruskie, czy też hanzeatyckie, w Kaliningradzie są nie tylko widoczne, ale – dzięki gigantycznym pieniądzom, jakie wpłynęły tu przed mistrzostwami, zrobiono z nich perełki. Odwiedzający są właściwie zgodni – miasto jest nie do poznania w porównaniu z czasami „sprzed Euro”.

Noclegi, ceny, jedzenie…

Noclegi dostępne są na każdą kieszeń, można wybrać między hotelami sieciowymi, jak i małymi butikowymi. Ja wybrałem przez Internet niewielki hotel w ścisłym centrum miasta – kosztował około 100 złotych za dobę ze śniadaniem. Można i taniej. Tani jest także miejski transport, ale pozostałe ceny w Kaliningradzie mogą nieco zaskakiwać, bo jest wyraźnie drożej niż w Polsce. Także ceny w restauracjach są dość wysokie, ale… dawno tak dobrze nie zjadłem, jak właśnie tam. A propos jedzenia – z racji nadmorskiego położenia Kaliningrad słynie ze świeżych ryb, a szczególnie ze śledzi. Warto jednak spróbować czegoś, co jest specjalnością rosyjską – dotychczas sądziłem, że syberyjską, ale jest dostępne w każdej właściwie kaliningradzkiej knajpie. Jest to stroganina. Plasterki zamrożonej surowej ryby podawane są w towarzystwie doprawionej cebuli w oleju i z pieczywem. Jest to klasyczna zakąska pod wódkę, dopiero pół godziny po zjedzeniu zrozumiałem – dlaczego. Otóż wódka ma zniwelować dość ciekawe, dla niektórych dziwne uczucie zimna w żołądku po zjedzeniu tejże potrawy. Smakuje – no cóż, jak ryba. Tak też pachnie. Moim zdaniem pyszne, ale zdania są podzielone.

Co zwiedzić w Kaliningradzie?

Miasto jest idealnej wielkości do zwiedzania pieszo, bo większość atrakcji jest oddalona od siebie o nie więcej niż 2 kilometry. Centrum miasta to Plac Zwycięstwa (Pobiedy) z ekskluzywnymi centrami handlowymi, mnóstwem knajp, butików i monumentalną Cerkwią Zbawiciela. Ale szczególną uwagę warto zwrócić na Amalienau – to najlepiej zachowana dzielnica Kaliningradu. Piękne wille z czasów pruskich, oryginalne przedwojenne bruki, miejsce bardzo fotogeniczne i ładnie utrzymane. Oczywiście trzeba zobaczyć miejsce ostatniego spoczynku najbardziej znanego mieszkańca Królewca, jakim był Immanuel Kant. W ogóle wyspa Kanta z XIV-wieczną katedrą i grobem filozofa jest wizytówką miasta. Podobnie jak miejskie bramy i świetne muzea, a wśród nich Muzeum Bursztynu i… Światowego Oceanu, w którym można zwiedzać zacumowaną na nadbrzeżu emerytowaną łódź podwodną, co – uwierzcie – jest atrakcją nie tylko dla małoletnich fanów podmorskich podróży. Warto także, szczególnie w porze letniej, wybrać się na cały dzień nad Bałtyk, do kaliningradzkich kurortów. Można taką wycieczkę kupić sobie w biurze informacji turystycznej albo pojechać samemu.

Z Kaliningradu przywiozłem kilka bursztynowych drobiazgów i kilka tabliczek marcepanu (na miejscu jest fabryka). Zostało we mnie silne wspomnienie smaku stroganiny i bardzo miłych, ciepłych gościnnych ludzi, którzy nie rozumieją, dlaczego Polacy tak rzadko przyjeżdżają. I są dość zdumieni, że potrzebujemy wiz. Wszystko jest polityką. Wszystko.

A propos wiz.

Rosja jest jedynym krajem w Europie, do którego musimy mieć wizy – bez względu na cel wyjazdu. Można wizę wyrobić we własnym zakresie, zlecić to agencji bądź biurze pośrednictwa. W obu tych wypadkach za usługę płacimy dodatkowo. Jeśli chcemy zrobić to sami – najpierw znajdujemy nocleg, np. na jednym z portali rezerwacyjnych w Internecie, następnie musimy wyrobić sobie tzw. voucher, dokument, na podstawie którego otrzymamy wizę. Vouchery można wyrobić w Polsce lub przez Internet – ta opcja wydała mi się tańsza. Podajemy do vouchera adres naszego pobytu w Rosji i otrzymujemy w zamian dokument, który wraz z ubezpieczaniem na czas naszego pobytu i z wypełnionym wnioskiem wizowym oraz zdjęciem składamy w konsulacie, dokąd na wizytę umawiamy się on-line. Konsulat dokumenty przyjmuje, za wizę płacimy z góry ok. 150 zł i po tygodniu ją odbieramy.

Tak, nie jest łatwo. Ale dla chcącego…