To jest już koniec (Kanye West – “Donda”)

Kanye West, Donda, G.O.O.D. Music, Def Jam Recordings
Kanye West – "Donda", fot. G.O.O.D. Music/Def Jam Recordings
Donda, Donda, Donda, Donda, Donda, Donda Donda, Donda, Donda, Donda, Donda, Donda Donda, Donda, Donda, Donda, Donda, Donda Donda, Donda, Donda, Donda, Donda, Donda Donda, Donda, Donda, Donda, Donda, Donda Donda, Donda, Donda, Donda, Donda, Donda Donda, Donda, Donda, Donda, Donda, Donda Donda, Donda, Donda, Donda, Donda, Donda Donda, Donda, Donda, Donda, Donda, Donda Donda, Donda, Donda, Donda, Donda, Donda.

Album “Donda” ekranizuje huśtawkę nastrojów rządzącą najnowszymi stronicami biografii autora. To niechlujny fresk namalowany przez artystę panicznie bojącego się podejmowania kluczowych decyzji. Efektem jest płyta, która próbuje zrymować ze sobą wszystko i nic. Znajdziemy na niej hip-hop, trap, gospel, r&b, autotune’owe emo, minimalizm, maksymalizm, wulgaryzm i chrześcijaństwo. Udaje jej się zrymować jedynie patos z megalomanią.

“Donda” jest szpetną poczwarą zrodzoną przez erę kompilacji

Jeden z bardziej energetycznych momentów albumu

To bakteria pasożytująca na chorym cielsku playlistowym. Album wyolbrzymia estetyczne rozedrganie “The Life of Pablo” i nawet nie prosi o dostrzeżenie w nim iskierki spójności. Nazwać go szkicem, byłoby obrazą dla niedbałych, ale jednak charakternych trzech ostatnich płyt Ye. “Donda” jest bowiem projektem zakochanym we własnej niestaranności. Projektem, który nawet nie domaga się poprawek, gdyż ewentualne korekty musiałyby mieć charakter syzyfowy.

To bezkompromisowość z dziurą w spodniach

Słynna rozmowa Kanye z Joe Roganem

Sprzedając kolażową tendencję, Kanye sprzedaje nudny sprzeciw wobec klasycznej albumowej struktury. Nową płytą udowadnia za to, że twórcza swoboda może być tak samo skostniała, jak tradycyjna, zwarta konstrukcja. W 2021 roku jego twórczość już nie prowokuje, nie szokuje i nie drażni. Jest obrazoburczy na pół gwizdka. Potrafi zaprosić do współpracy przemocowców i homofobów, lecz nie potrafi stać się ikonoklastą, choćby miałby dostać gorączki.

“Donda” jest stuprocentowo chrześcijańska, jeśli zrównamy ją z opiniami Nietzschego.  Jest antywitalna i antyludzka. Ciąży jej egzystencjalny kryzys przypudrowany jałowym ewangelizowaniem. Krążek wręcz uosabia gospel pozbawiony euforii. Kanye wyśpiewuje tu elegię, tańcząc na mogile własnej tożsamości. Już nie doskwiera mu głód świeżych wrażeń, bo nowo odkryta pop-religijność skutecznie powstrzymała łaknienie.

“Donda” jest wyobrażeniem mitu o własnej spektakularności

Utwór tytułowy

Dwadzieścia siedem utworów i prawie dwie godziny muzyki. To opasłe tomisko, które rości sobie prawa do miejsca w kanonie ze względu na liczbę stron i okładkę w twardej oprawie. “Donda” gromadzi przy tym efektowną kolekcję występów gościnnych. Kanye z “Dondy” chce przygniatać rozmachem niczym Kanye z “My Beautiful Dark Twisted Fantasy”. Jest jeden problem – na “MBDTF” Kanye był dyrygentem orkiestry, a tutaj jest statystą we własnym filmie. Daje się zdominować współpracownikom niemal w każdym numerze i nie potrafi przeforsować indywidualnej wizji.

“Donda” przekazuje jasną informację – Kanye West stracił to coś. Ukrzyżował swojego niepokornego ducha i zmartwychwstał jako osowiały cień samego siebie. “Donda”, “Donda”, “Donda”. 

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Pandemia z kapustą i grzybami

Perspektywa tegorocznych Świąt odpowiada absurdowi ostatnich miesięcy. Wizja rodzinnego spotkania w trybie...
Czytaj wiecej