Ostatni dźwięk (Klaus Schulze – „Deus Arrakis”)

Klaus Schulze, Deus Arrakis, SPV Recordings
Klaus Schulze – "Deus Arrakis", fot. SPV Recordings
26 kwietnia odszedł Klaus Schulze – ikona muzyki elektronicznej. Członek kultowej formacji Tangerine Dream oraz autor wielu wybitnych projektów solowych pozostawił po sobie bogatą dyskografię, która odcisnęła piętno na syntezatorowej historii popkultury. Na szczęście genialny kompozytor nie odszedł bez pożegnania. Zdążył stworzyć album będący niezwykle satysfakcjonującym epilogiem do jego długiej kariery.

Płyta „Deus Arrakis” tytułem nawiązuje do stworzonego przez Franka Herberta literackiego uniwersum „Diuny”. To nie pierwszy hołd, jaki Schulze złożył amerykańskiemu pisarzowi. Już w 1978 roku na albumie „X” znalazł się bowiem utwór nazwany po prostu „Frank Herbert”. Fascynacja arcydziełem science fiction tutaj przyjmuje jednak nieco inny niż stricte fanowski koncept. To raczej wielopoziomowe, intertekstualne zaklęcie rzucone, by oswoić wszystkie perspektywy końca. Niemiecki pionier widział w ideach popularnej fantastycznej sagi metaforykę pozwalającą mu na pogodzenie się z wizją dotarcia do artystycznej oraz życiowej mety.

„Deus Arrakis” składa się z trzech kilkuczęściowych kompozycji

Ostatni album mistrza muzyki elektronicznej

Każda z nich hipnotyzuje tempem, wprowadzającym skupionego słuchacza w osobliwy, medytacyjny trans. Charakterystyczna dla Schulze’a oszczędność środków wyrazu przywołuje obraz Herbertowskiej planety Arrakis. Przypominające gigantyczną pustynię miejsce z jednej strony porażało surowością krajobrazu, z drugiej jednak emanowało stoickim spokojem. Na kartach znakomitych powieści (a także na ekranie dzięki kinowym adaptacjom Davida Lyncha oraz Denisa Villeneuve’a) ta wyjątkowa lokalizacja jawiła się jako epicentrum pustki pogodzonej z samą sobą.

Dźwiękowa interpretacja kosmologicznej fantazji przekłada ową komfortową próżnię na język ambientu. Zbliżający się do krańcowego punktu swojej biografii twórca zdaje się widzieć oczami wyobraźni własną Arrakis. Jałową, opustoszałą przestrzeń, która mimo pulsujących pod jej powierzchnią zagrożeń przynosi też oczekiwaną ulgę. Ostatnie utwory artysty zmierzały ku nagości Nieznanego mnicha ze spokojem piszącego przedśmiertne haiku.

Innym mostem łączącym to dzieło z kosmosem „Diuny” jest jego spirytualna kolorystyka

Klaus Schulze
Klaus Schulze w młodości, fot. mixmag.net

Poszczególne utwory malują metafizyczny pejzaż egzystujący gdzieś na granicy przyziemnego, ludzkiego świata i nieodgadnionej abstrakcji. Jednym z wątków napędzających fabułę eposu Herberta było przybycie międzygalaktycznego Mesjasza. Nadejście kogoś, kto nada sens absurdowi życia w przytłaczająco rozległym wszechświecie. Melodie „Deus Arrakis” także wybrzmiewają pewnego rodzaju oczekiwaniem. Być może nie tyle oczekiwaniem na zbawienie, ile wypatrywaniem sygnałów wysyłanych przez pozaziemską rzeczywistość.

Trwająca wiele dekad mistyczna twórczość Klausa Schulze’a zawsze czerpała garściami z ezoterycznych źródeł. Tak więc, w momencie, gdy berliński mistyk wreszcie poczuł prawdziwą bliskość koncepcji, o których opowiadał przez lata (jego ciało zaczęło stopniowo oddawać pole duszy), nadrealność jego muzyki przestała być symboliczna i uzyskała wymiar doświadczeniowy.

Wydana pośmiertnie płyta przedstawiciela Szkoły Berlińskiej jest jak piękna, poetycka przypowieść wyjęta z ust mistrza zen. Oszczędna w formie, powściągliwa w treści, a jednak odnajdująca esencję kryjącą się za najważniejszymi egzystencjalnymi pytaniami. To poruszające pożegnanie godne wielkiego artysty i po prostu wielkiego człowieka. Pożegnanie umożliwiające harmonijne spojrzenie na okupującą linię mety otchłań Niewiadomego.

Właśnie tak odchodzą prawdziwi mistrzowie – z otulającym ich sylwetkę ukojeniem.

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Terry Jones był prawdziwym mistrzem absurdalnej komedii

Niedawna śmierć członka grupy Monty Pythona motywuje do refleksji na temat gigantycznego...
Czytaj wiecej