Klub filmowy zamiast tradycyjnej szkoły

Co byście zrobili, gdyby Wasz nastoletni syn – lub córka – przyszedł do Was i powiedział, że nie chce już chodzić do szkoły? Że ma jej serdecznie dość i nie ma zamiaru tam wracać? Wbrew pozorom, nie jest trudno wyobrazić sobie taką sytuację.

Bycie nastolatkiem rządzi się swoimi prawami. Wchodzimy w okres buntu i mamy dosyć niemalże wszystkiego, co tylko staje na naszej drodze. Kto nigdy nie myślał o tym, żeby rzucić szkołę (i na przykład wyjechać w Bieszczady), niech pierwszy rzuci kamieniem. Oczywiście, gdybyśmy poszli do rodziców i przedstawili im swój plan, w większości przypadków dostalibyśmy szlaban i placówka ta byłaby jedynym miejscem, które moglibyśmy oglądać poza domem.

Na szczęście, nie wszyscy rodzice mają takie podejście i zdają sobie sprawę z istnienia innych wyjść z trudnej sytuacji tego typu. Jedną z rzeczy, jakie przychodzą mi teraz do głowy, jest oczywiście rozmowa. Nie warto krzyczeć na dzieciaka, tylko dlatego, że ma wszystkiego po dziurki w nosie. Mamusię oszukasz, tatusia oszukasz, ale biologii i hormonów nie oszukasz. Dlatego warto usiąść i wyjaśnić, że szkoła jest ważna, że to przyszłość i tak dalej. Zastanawiam się jednak, czy aby na pewno jest to w stu procentach prawda? W końcu nie jeden raz życie już pokazało, że nie zawsze można postawić znak równości pomiędzy uczęszczaniem do szkoły a osiągnięciem sukcesu oraz posiadaniem szczęśliwego życia.

Z podobnego założenia wyszedł David Gilmour, któremu syn kilka lat temu oznajmił, że nie chce już chodzić do szkoły. David wpadł na pewien pomysł i opisał wszystko w swojej książce „Klub filmowy”. Przyznam szczerze, że pozycja ta czekała na mojej półce od długiego czasu. Nigdy jednak nie mogłem się za nią zabrać – kiedyś zacząłem, ale ostatecznie nie skończyłem. Ostatnio, przy okazji krótkiego urlopu, postanowiłem to naprawić i bardzo szybko pochłonąłem lekturę.

Jesse, nastoletni syn Davida, dawał swojej matce w kość. Droga rodzicielka uznała, że w życiu młodzieńca brakuje najwyraźniej ręki ojca i postanowiła, że od teraz chłopak będzie mieszkał z nim. Szybko wyszło na jaw, że nastolatek ma dość szkoły i po prostu nie chce już do niej uczęszczać. O dziwo, ojciec zgodził się na prośbę syna, ale pod pewnymi warunkami. Jesse mógł chodzić spać o której chciał, wstawać o której chciał, nie musiał też pracować. Jedynym obowiązkiem nastolatka było oglądanie z ojcem wybranych przez niego filmów trzy razy w tygodniu oraz dyskusja na ich temat. David wymagał także, aby w życiu chłopaka nie było żadnych narkotyków. Jeśli by się pojawiły, cała umowa stałaby się nieważna.

Przyznam, że idea bardzo mi się spodobała. Jesse oglądał z ojcem filmy, które według tego drugiego mogły pomóc w edukacji syna od życiowej strony. Chciał, by za ich pośrednictwem poznał lepiej rozmaite zasady, jakimi rządzi się życie, a także był świadom, jak wiele znakomitych dzieł kinematografii nas otacza. I że można się  z nich wiele nauczyć, jeśli tylko spojrzymy na filmową twórczość pod odpowiednim kątem. David jest dziennikarzem, prezenterem telewizyjnym, w pracy miał również epizod jako krytyk filmowy. Posiadał więc kompetencje potrzebne do przeprowadzenia tego „projektu”. No i kino jest jego pasją.

Prawda jest taka, że bardzo się utożsamiam z tym, co zostało napisane w książce i sposobem, w jaki ta „edukacja” przebiegła. Sam od wielu, wielu lat odkrywam w filmach coraz to nowe wartości, które przekładam później na codzienne życie. Niektórym może się wydawać to nieco głupie, ale skoro można się uczyć z książek, to dlaczego nie z filmów? Oczywiście przydaje się do tego umiejętność analizy dzieł kinematografii i tego, jak zostały nakręcone czy zagrane, a także znajomość kontekstu, jednak nie są to rzeczy, których nie można opanować.

Książka jest jednocześnie naprawdę sporym kompendium wiedzy o filmach, które powinno się w życiu zobaczyć. Niestety osoby, które produkcji tych wcześniej nie widziały lub o nich nigdy nie słyszały, mogą mieć przez chwilę problem z przetworzeniem sporej ilości podawanych przez autora informacji. Dlatego najwięcej frajdy książka sprawi tym, którzy orientują się w tematyce kina nieco bardziej, niż widzowie oglądający filmy tylko raz na jakiś czas.

Na koniec rodzi się pytanie: czy rzucenie szkoły dla wspólnego oglądania filmów może być faktycznie dobrym pomysłem? Ja myślę jednak, że to nie był główny cel pomysłu Davida. Oczywiście, chciał syna zarazić pasją, chciał mu pokazać wiele dobrych filmów i udowodnić, że można się z nich sporo nauczyć. Był to jednak jedynie pretekst dla zbliżenia się ojca do syna. Codzienne rozmowy, nie tylko o kinie, ale również o problemach, jakie obu nękały, o wszystkim co działo się w ich życiach – również osobistych – na pewno pozwoliły lepiej się poznać i zrozumieć, a nawet zaprzyjaźnić. Czyż nie o tym, aby być prawdziwym przyjacielem dla swojego dziecka, marzy każdy rodzic?

Czy im się udało? Czy Jesse wyszedł na ludzi? Najlepiej, abyście przeczytali książkę i przekonali się o tym sami. Naprawdę warto.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Queer Eye, czyli Porady różowej brygady

Najlepsze rzeczy często dzieją się przypadkowo i kiedy zupełnie się ich nie...
Czytaj wiecej