Koncert w elektronicznym pudełku

Koncert, Livestream, Billie Eilish, Where Do We Go?
Billie Eilish "Where Do We Go?" Livestream
Era streamingu rozpoczęła się na dobre. Coraz więcej artystów próbuje wygrać z kwarantannowymi obostrzeniami i pragnie sprzedać publiczności namiastkę realnego koncertowego doświadczenia. Przy okazji, zupełnie przez przypadek, ukazując widowni umowność tego typu rozrywki.

Dzisiejsze realia powszechnego reżimu sanitarnego znacząco wpłynęły na popkulturę. Nowa rzeczywistość wysłała do świata wspomnień m.in. tradycyjnie pojmowane pojęcie wydarzenia kulturalnego. Festiwale i koncerty właściwie przestały różnić się od instagramowych czy facebookowych relacji. Artystycznym występom na żywo przypisano cudzysłów, do tej pory kojarzony z gwiazdami YouTube’a albo Twitcha.

Zmodyfikowana forma masowych imprez w zaskakujący sposób uwypukla ich prawdziwą naturę. Odsłania iluzję dotychczas przykrywaną skalą momentu. Pozwala zrobić kilka kroków w tył i spojrzeć na całe doświadczenie z pozycji dalekiego obserwatora. Takiego, który nie uczestniczy w nim aktywnie, a jedynie się przygląda. Zamknięcie estradowego popisu w internetowym uniwersum natomiast znacznie oziębia relację artysty i publiczności. Sprawia, że wrażenie intymnego spotkania z twórcą oraz innymi fanami gdzieś się ulatnia. Niemalże rodzinną atmosferę zastępuje uczucie obserwowania wystudiowanego performance’u.

Streamowane koncerty w istocie są więc najbardziej autentyczną formą doświadczenia live

E-koncert w stylu ironicznym post-punkowego zespołu Nagrobki

Ukazują jego przerysowanie, zwykle zagłuszane przez ekscytację tłumu. Odbiorca nie jest zachłyśnięty podniosłością chwili, więc widzi swych idoli odartych z mistycyzmu. Gdy spogląda na ich poczynania zza szklanej szybki, przestaje mieć jakiekolwiek złudzenia. Zauważa, że twarze, które podziwia, należą do figur woskowych. Odkrywa, że na co dzień utożsamia się (albo raczej ma w r a ż e n i e, że się utożsamia) z treściami przekazywanymi przez aktorów teatru iluzji.

W obliczu lockdownu organizatorzy koncertów narzucają nową narrację. Sugerują, że niedoskonała, online’owa formuła tak naprawdę jest wyrazem ekskluzywności treści. Przedstawiają ograniczenia jako futurystyczne innowacje i nawet oczekują od widowni zakupu biletu (jak np. podczas zapowiedzi październikowego koncertu Billie Eilish w systemie pay-per-view).

Konieczność zapłaty za koncert może w tym przypadku wzbudzać mieszane uczucia. W końcu kupujemy jedynie namiastkę ekscytującego doświadczenia, które kojarzy się nam z czasami przedcovidowymi. W dodatku czasem wymaga się od nas kwoty przewyższającej miesięczną subskrypcję Netflixa (bilety na wspomniany wcześniej koncert Eilish kosztowały trzydzieści dolarów).

Warto się jednak zastanowić, czy kupując bilet na prawdziwy koncert, również nie płacimy za półprodukt

Internetowy koncert Travisa Scotta w uniwersum gry Fortnite

Pływając w morzu ciał, często nie widzimy sceny. Zwykle wgapiamy się w telebim, na którym skaczą rozmazane piksele. Nasi popowi idole prawie zawsze jawią się jako postaci fikcyjne. Bardzo więc możliwe, że doświadczenie youtube’owe nie różni się od standardowego przeżywania wydarzenia kulturalnego. Prawdopodobnie brakuje mu tylko naoliwiającego mistyczną atmosferę potu oraz pomagającego osiągnąć stan transcendencji bólu pleców.

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Na “The New Abnormal” The Strokes uczą się autoironii

Wypalone ikony indie-rocka akceptują własny uwiąd twórczy i próbują go pokonać metanarracyjnym...
Czytaj wiecej