Kosmici kontratakują

Kosmici kontratakują
Kosmici kontratakują
Roland Emmerich to reżyser, którego filmy albo się kocha pomimo wszystkich ich wad, albo nienawidzi z całego serca. Niemal każdy z nich ocieka rozmachem, efektami specjalnymi, destrukcją świata i głupotą bohaterów.

Roland Emmerich to reżyser, którego filmy albo się kocha pomimo wszystkich ich wad, albo nienawidzi z całego serca. Niemal każdy z nich ocieka rozmachem, efektami specjalnymi, destrukcją świata i głupotą bohaterów.

Filmy te powstają już od ponad 20 lat i z każdym kolejnych bawię się chyba coraz lepiej. Wiem, że są one w niektórych przypadkach, uosobieniem całej tej komercji Hollywood i nie wnoszą nic wartościowego w nasze życia, ale ona nawet nie próbują takie być. Patosu w nich tyle, że całe ciało boli nas od samego patrzenia, bohaterowie zawsze próbują być nieskazitelni, a ich motywacja to czysta miłość. Dokładnie 20 lat temu do kin wszedł film, którym Emmerich na dobre wpisał się do hollywoodzkiej fabryki ruchomych obrazów. Był to Dzień Niepodległości, opowiadający o tym, jak w największe święto Stanów Zjednoczonych, nasza planeta zostaje zaatakowana przez przybyszów z innej planety, chcących unicestwić całą naszą rasę. Z perspektywy czasu można różnie na ten film spojrzeć i nie wątpliwie słusznie przyczepić się do wielu rzeczy w nim zawartych, jednak 1996 roku robił on niesamowite wrażenie. Efekty specjalne, jak na tamte czasy, były genialne — zwłaszcza sekwencje zniszczenia charakterystycznych budowli z całego świata — i według mnie, nadal potrafią zachwycić, gdyż nie zestarzały się aż tak bardzo.

Wydaje mi się, że był to dość ważny film, nie tylko dla samego reżysera, ale także dla aktorów w nim występujących, a przede wszystkim dla Willa Smitha. Był to tak naprawdę jego drugi duży film (pierwszym był Bad Boys Michaela Baya), który jeszcze szerzej otworzył drzwi do jego kariery. Po tym filmie posypały się propozycje, przez co Smith wystąpił w kilku największych hitach drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, takich jak Faceci w czerni, Wróg publiczny czy Bardzo dziki zachód.

Pomimo wielu absurdów, które dziś teoretycznie nie miałby prawa zaistnieć w filmie — a przynajmniej uniemożliwiłyby mu przebicie się w box office — to był on zabawny, miał naprawdę wartką akcję i sprawiał, że kibicowaliśmy wszystkim, by w końcu załatwili tych złych, niedobrych i brzydkich kosmitów. Przynajmniej jak tak miałem. To jest chyba najlepsze w filmach Emmericha, że nie obchodzi mnie nic innego, tylko czysta akcja i rozrywka. Udaje się mu to, niemal za każdym razem.

Dziś, 20 lat później, Dzień Niepodległości doczekał się kontynuacji. Do naszych kin wchodzi właśnie Dzień Niepodległości: Odrodzenie. Fabuła jest niezwykle prosta. Przepędzeni z Ziemi nieproszeni goście nadali sygnał do swojego domu. Miejscowi mieli 20 lat na przygotowanie kontrataku i zemsty na Ziemianach. Żeby nie było, my również nie próżnowaliśmy, bo dzięki pozyskanej technologii obcych, poprawiliśmy nieco naszą własną. Kosmici przybywają na naszą planetę, ponownie w Dzień Niepodległości Stanów Zjednoczonych, i musimy znów stanąć we własnej obronie. Proste jak drut. Ze zwiastunów wynika, że ten film to będzie istna miazga, jeśli chodzi o efekty specjalne, burzenie całych miast i akcję, która skutecznie może podnieść nam poziom adrenaliny. Nie wątpię, że przy okazji będzie to niebywale głupi film, przepełniony suchymi żartami i absurdalnymi sytuacjami, z których wcześniej wychodzili tylko Sylvester Stallone czy Arnold Schwarzenegger. Guilty pleasure w czystej postaci. Nie mogę się doczekać!

Szkoda, że w filmie nie wystąpił Will Smith, ale widocznie nie dogadał się z twórcami w kwestiach finansowych. Większość aktorów znanych z pierwszej części filmu powraca. Tak, to będzie jeden z tych filmów, które są tak złe, że aż piekielnie dobre. Do kin marsz!

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Hans Zimmer – król muzyki filmowej

Idą Święta i początkowo chciałem Wam po prostu złożyć życzenia, jednak zanim...
Czytaj wiecej