“Koty” – recenzja

Oficjalnie rozpoczynamy filmowy rok 2020. Na samym jego początku na ekrany polskich kin wchodzi film, który amerykańską premierę miał jeszcze w grudniu i przez wielu ogłoszony został jedną z najgorszych produkcji minionych dwunastu miesięcy. Czy tak jest naprawdę? Jakie są "Koty"?

Kiedy kilka miesięcy temu pojawił się w sieci zwiastun najnowszego filmu Toma Hoopera – reżysera między innymi Jak zostać królemLes misérables: Nędznicyczy Dziewczyna z portretu. Pojawiło się wiele głosów krytyki i zwiastowano katastrofę. Mowa oczywiście o filmie Koty, czyli filmowej adaptacji jednego z najpopularniejszych broadwayowskich musicali. Skomponowany w latach osiemdziesiątych przez Andrew Lloyda Webbera, z librettem autorstwa Trevora Nunna, który wykorzystał do tego między innymi wiersze T.S. Eliota, stał się jednym z najdłużej wystawianych przedstawień zarówno na Broadwayu, jak i na West Endzie. Został przełożony na kilkadziesiąt języków i wystawiały go teatry muzyczne na całym świecie. Nic więc dziwnego, że ostatecznie ktoś postanowił przełożyć go na wielki ekran. Choć już w samym zamyśle było to nie lada wyzwaniem.

Koty to historia dziejąca się podczas jednej nocy na ulicach Londynu. Właśnie wtedy okoliczne koty mają wziąć udział w balu, podczas którego zostanie wybrany jeden kot, który uda się do kociego nieba. Tam przejdzie reinkarnację.

Wiele kotów za pomocą tańców i piosenek będzie się prezentowało, z nadzieją, że to one właśnie dostąpią tego zaszczytu. Całości przygląda się i uczestniczy nowo przybyła kotka Victoria. 

Pomimo tego, że od tygodni za oceanem pojawiała się ogromna fala krytyki filmu, ja nie mogłem się doczekać jego premiery. Sam do końca nie wiem dlaczego, ponieważ nigdy nie widziałem tego spektaklu na deskach teatru. Nie byłem też zaznajomiony z piosenkami z musicalu. Na pewno kojarzyłem najbardziej znany utwór, czyli „Memory”, ale to by było na tyle. Nawet specjalnie nie interesował mnie efekt wizualny – o którym najwięcej mówiono – ponieważ największą moją ciekawość wzbudzały wykonania wokalne oraz sama choreografia, za którą odpowiada Andy Blankenbuehler – twórca układów do kultowego już musicalu Hamilton. Na uwagę zasługiwała również sama obsada. Znalazły się w niej takie gwiazdy jak: James Corden, Idris Elba, Judi Dench, Ian McKellen, Jason Derulo, Taylor Swift czy debiutująca Francesca Hayward, wcielająca się w rolę Victorii.

Wiele wskazywało, że może to być wydarzenie sezonu i że film będzie rozchwytywany, ale ostatecznie wyszło całkowicie na odwrót. Dlaczego?

Głównie za sprawą tego, co miało być największym atutem filmu – efekty specjalne. Do stworzenia filmowych kotów, wykorzystano podobną technikę, jak przy produkcji Avatara Jamesa Camerona. Avatar niedawno miał swoją dziesiątą rocznicę, ale paradoksalnie – biorąc pod uwagę, że dekada w technice filmowej to szmat czasu – wypadło to o wiele gorzej. Koty bowiem są „nienaturalnie ludzkie”. Wyglądają trochę tak, jakby po prostu ludziom urosło futro, ale w dziwny sposób porastało twarz i ręce. Przy okazji znikają im piersi czy genitalia, ale wciąż mamy tu wyeksponowane pośladki. Nie do końca wiem, jak to opisać, ale mówiąc krótko – nie wygląda to dobrze. Całość doskonale opisują rozmaici amerykańscy krytycy, którzy napisali, iż ten film jest „strangely horny”.

Pomijając już same postaci kotów, to film ma świetnie zapowiadającą się scenografię, która jednak ginie, gdy nakłada się na nią średniej jakości efekty komputerowe.

Tworzy się przy tym efekt taniości, a nie filmu z budżetem w wysokości prawie 100 milionów dolarów. Kadry są momentami fatalnie przemyślane, montaż jest chaotyczny, a na koniec dochodzi do tego kompletny brak dobrej fabuły. Tutaj jednak problem leży w przekładaniu języka teatru na język filmowy. Niestety, nie wszystko, co działa na deskach, ma prawo zadziałać na ekranie i twórcy ewidentnie o tym zapomnieli. Oczywiście, fani musicalu i teatralnego pierwowzoru powinni być tutaj zadowoleni, ponieważ dostaną wszystko to, co już znają. Niestety, nie można przekładać tekstu scenicznego 1:1, ponieważ kończy się to często katastrofą – tu właśnie coś takiego się wydarzyło.

Jednak nie wszystko jest w Kotach złe. Bardzo podobały mi się piosenki – choć nie wszystkie, to wiele z nich chodzi mi po głowie nawet na kilka dni po seansie. Muszę tu wyróżnić przede wszystkim aranżacje, które śpiewał Jason Derulo i które miały w sobie sporo z funkowego ducha. Do tego dochodzą wyśmienite choreografie oraz ich wykonanie z debiutującą Francescą Hayward na czele. W typowo musicalowych częściach, ten film jest naprawdę dobrze wykonany i raczej dobrze się sprawdza. Niestety nie zadziało tu to, co powinno zadziałaś od strony filmowej.

Podsumowując, Koty nie są tak złe, jak o nich czytałem i słyszałem. Oczywiście, wiele tu brakuje do ideału i wiem, że mogło być znacznie lepiej. Szkoda, że nie wyszło. Na pewno jednak nie mogę napisać, że to film tragiczny i najgorszy, jaki było mi dane w ostatnich miesiącach oglądać. Do najlepszego jednak też mu sporo brakuje.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Nigdy cię tu nie było – bez trzymanki i po bandzie

Są takie filmy, które bardzo zapadają w pamięć. Nie wiem jak Wy,...
Czytaj wiecej