News will be here
“Biedne istoty” – najdziwniejszy film o człowieczeństwie, jaki widziałem [Recenzja]

Nie wszystkie film Yorgosa Lanthimosa przypadają mi do gustu i trafiają w moją strefę emocjonalną, jednak naprawdę bardzo ciężko jest się nie zakochać w jego „Biednych istotach“. To dziwacznie wspaniały film o byciu człowiekiem i odkrywaniem samego siebie. Zagrało w nim w zasadzie wszystko, co powinno.

Lanthimos jest reżyserem, obok którego filmów trudno jest przejść obojętnie. „Kieł“ czy „Lobster“ przeszły już niemal do klasyki, a „Faworyta“ z 2018 roku zachęciła widzów oraz krytyków i otrzymała 10 nominacji do Oscara (zdobywając ostatecznie jedną statuetkę). Każda kolejna produkcja zaskakuje i dowodzi, że reżyser nie idzie na kompromisy. „Biedne istoty“ to być może najlepszy film Greka, będący fantastyczną opowieścią o tym, czym właściwie jest bycie człowiekiem. Można powiedzieć, że to „Frankenstein“ na miarę naszych czasów i nie byłyby to słowa mocno przesadzone.

Willem Dafoe w filmie “Biedne istoty” (2023) reż. Yorgos Lanthimos fot. 20th Century Studios Polska

ZABAWA, BRÓD I EKSTRAWAGANCJA

„Biedne istoty“ to druga pełnometrażowa współpraca greckiego reżysera z Emma Stone, która pojawiła się wcześniej w jednej z głównych ról w „Faworycie“. Zresztą Tony McNamara, k†gry odpowiedzialny był za scenariusz właśnie „Faworyty“, zaadoptował również „Biedne istoty“ na podstawie powieści Alasdaira Graya z 1992 roku. Napędzany odważną i fizycznie zaangażowaną grą Stone, film śledzi jej podróż jako Belli Baxter, na początku ledwo werbalnej pustej tabliczki, która wyrusza w odkrywczą podróż autodydaktyczną, aby stać się ostateczną kobietą stworzoną przez siebie.

Historia Belli rozgrywa się w równoległej przeszłości (choć nie jest tu podany żaden konkretny rok, podobnie jak w innych filmach Lanthimosa), gotyckiej, przepełnionej steampunkiem wiktoriańskim świecie, który jest zniekształcony (wręcz dosłownie, gdyż entuzjastyczne użycie przez Lanthimosa obiektywów typu „rybie oko“ wypacza zawartość kadru) przez patriarchalne dysproporcje władzy w społeczeństwie. Nie zdradzając szczegółów, obraz jest przewrotną wersją „Frankensteina“ Mary Shelley, w której rolę twórcy i opiekuna Belli przejął niekonwencjonalny geniusz dr Godwin Baxter (Willem Dafoe). Nazywany przez Bellę "Bogiem", Godwin nosi groteskowe blizny na twarzy i ciele, wynikające z jego dziecięcych doświadczeń jako obiekt obłąkanej naukowej ciekawości ojca - doświadczenia, które nie powstrzymało jego własnych, raczej barokowych poszukiwań faktów empirycznych. Kiedy Godwin rekrutuje chętnego studenta Maxa McCandlesa (Ramy Youssef), aby prowadził rejestr przyspieszonych postępów Belli, jej znajomość języka rośnie wykładniczo.

Jednak głód wiedzy i doświadczenia Belli jest zbyt żarłoczny, by zamknąć ją w murach rezydencji Godwina. Korzysta z okazji, jaką daje jej Duncan Wedderburn (cudownie momentami przerysowany Mark Ruffalo) i wyrusza z Londynu, najpierw do Lizbony, potem parowcem do Aleksandrii, a na koniec do paryskiego burdelu.

Wraz z poszerzaniem się horyzontów Belli, zmienia się też wygląd filmu, by objąć jej doświadczenia. Rozdział rozgrywający się głównie w domu Godwina jest czarno-biały, ale gdy Bella wyrusza w dalszą drogę, film przechodzi w kolor. Paleta barw ma niesamowitą, która sprawia, że każda klatka wygląda jak ręcznie malowane arcydzieło.

Kadr z filmu “Biedne istoty” (2023) reż. Yorgos Lanthimos fot. 20th Century Studios Polska

W TYM ŚWIECIE MOŻNA UTONĄĆ

Podczas seansu byłem pod ogromnym wrażeniem tego, jak szybko zatopiłem się w tym świecie. Jak bardzo spodobała mi się cała koncepcja oraz jej wykonanie. Scenografie potrafią zwalać z nóg, muzyka idealnie wszystko doprawia, zmieniające się na przestrzeni całości barwy, dają nam niespotykane doświadczenie.

Jednak to, co najbardziej w nowym filmie greckiego reżysera nas pochłania, to rola Emmy Stone. Przedstawiona przez nią postać jest bardzo fizyczna, jednak nie tylko w kontekście erotycznym – którego na ekranie nie brakuje. Jej cielesność widać w niemal każdym centymetrze ciała – zaczynając od fenomenalnej mimiki twarzy, na stopach i palcach kończąc. W zasadzie z każdą kolejną minutą zapominałem, że na ekranie widzę Emmę Stone, a zdawałem sobie sprawę, że to najprawdziwsza Bella. Nic więc dziwnego, że aktorka najprawdopodobniej w tym roku otrzyma swojego drugie Oscara – pierwszym została nagrodzona za swoją rolę w filmie „La La Land“.

Film jest na ekranach polskich kin od kilku dni i jak na razie zbiera same pozytywne oceny i recenzje. Absolutnie mnie to nie dziwi i uważam, że jest to jeden z najlepszych filmów, jakie było mi dane oglądać od dawna. Co najlepsze, zupełnie się tego po nim nie spodziewałem.

Jan Urbanowicz

Jan Urbanowicz

Kinem jestem zafascynowany niemalże od kołyski, a przygody z nim zaczynałem od starych westernów i musicali z lat pięćdziesiątych. Kocham animacje Disneya, amerykańską popkulturę, "Gwiezdne wojny" i "Powrót do przyszłości". W filmach uwielbiam, że mogę spoglądać na świat z czyjejś perspektywy. Od wielu lat tworzę i współprowadzę podcasty o tematyce filmowej.

News will be here