Era posterotyzmu

Dziś na koncepcję cielesnego zbliżenia nie jest nałożony żaden zakaz ani nakaz. Reżyserzy mogą pokazać widzowi absolutnie wszystko i to bez jakichkolwiek konsekwencji. Efekty tej nieposkromionej wolności twórczej widać zresztą jak na dłoni. Erotyzm jest wszechobecny, a masową wyobraźnią rządzą seria o Christianie Greyu czy "365 dni". Sceny intymne stają się natomiast niemalże obowiązkowym komponentem każdej kasowej superprodukcji.

W epoce uniwersalnej negacji (naszym ulubionym postmodernizmie) dotychczasowe wartości uległy transformacji

Zwiastun "Pięćdziesięciu twarzy Greya"

Archetypiczne idee zmieniły się nie do poznania. Religia nie jest już religią, polityka nie jest już polityką, nawet ironia nie jest już ironią (ani nawet postironią, ale to temat na inną dyskusję). Analogicznie – popkulturowy erotyzm także nie jest już erotyzmem. Nowa bezpruderyjność kultury masowej jednocześnie wyrywa erotykę z jarzma cenzury i ciemięży jej fantazyjność. Owszem w multipleksowej przestrzeni możemy zobaczyć właściwie wszystko, ale warto zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście tego chcemy?

Jeszcze kilka dekad temu represjonowany religijnie i politycznie erotyzm musiał funkcjonować skrawkowo. Filmowcy wchodzili w rolę dilerów fantazji przemycających namiastki wrażeń tuż pod nosem skostniałej prohibicji. Seksualność produkcji głównego nurtu nieustannie balansowała na granicy embargo. Naturalnie taka sytuacja godziła w kreatywną swobodę autorów, lecz wcale nie w samą ich kreatywność.

Wręcz przeciwnie, działania organów cenzurujących nieumyślnie zmuszały filmowców do poszerzenia perspektywy

Zwiastun "365 dni"

Obowiązujące przed laty zakazy w pewnym sensie zabraniały posiłkowania się dosłownością. Erotyzm kina popularnego często egzystował w rejestrze spekulacji oraz domysłów. Był ukryty w okruchach dialogów, wyimkowych spojrzeniach postaci czy nawet montażowych niuansach. W tamtych zgrabiałych moralnie czasach żaden popularny tytuł nie mógł w pełni pokazać swojej seksualnej energii.

Paradoksalnie dzięki temu stawał się jednak jeszcze bardziej rozerotyzowany. Niemożność rozładowania erotycznego napięcia w przejrzysty sposób sprawiała, że wspomniana energia żyła rozproszona w filmowym uniwersum. Tkanka fabularna wręcz nią przesiąkała, przez co odbiór dzieła był intensywnie zmysłowy. Tymczasem postmodernistyczny triumf nad konserwatywną moralnością zupełnie zmienił stan rzeczy.

Zwycięstwo postmodernizmu pozbawiło ekranowy erotyzm wartości symbolicznej

Współczesna kinematografia nie musi podporządkowywać się purytańskim naganom. Masowo produkuje erotyczne uniesienia i równie sprawnie je sprzedaje, jak wszystkie owoce korpopopkultury. Eros został pozbawiony ubogacającej go metaforyki i stał się Tanatosem. Dziś każde jego pojawienie się na ekranie zwiastuje kolejne popkulturowe śmierci – śmierć seksu, śmierć erotyzmu, śmierć miłości.

Ewolucja kinowego i telewizyjnego erotyzmu zdradza interesującą (anty)logikę. Bezkompromisowa perwersja osiąga pełne spełnienie, gdy jest objęta zakazem. Dopiero zepchnięta do naszej podświadomości nabiera naprawdę pociągającego kształtu. Pełna fizyczna manifestacja zazwyczaj oznacza natomiast jej samounicestwienie. Między innymi dlatego pornografia jawi się jako jedna z najbardziej koniunkturalnych gałęzi kultury XXI wieku. Zwycięstwo postmodernizmu pozbawiło zatem ekranowy erotyzm wartości symbolicznej.

Ujarzmiło jego chimeryczną naturę, która nadawała kolorytu filmom sprzed dekad. Aktualne miejsce seksu w kulturze masowej sugeruje więc skonstruowanie zupełnie nowego pojęcia: posterotyzmu. Definicja mogłaby brzmieć mniej więcej tak: wizualizacja erotycznego uniesienia, którego precyzja unicestwia jego potencjał zmysłowy.

Łukasz Krajnik

Łukasz Krajnik

Rocznik 1992. Dziennikarz, wykładowca, konsument popkultury. Regularnie publikuje na łamach czołowych polskich portali oraz czasopism kulturalnych. Bada popkulturowe mity, nie zważając na gatunkowe i estetyczne podziały. Prowadzi fanpage Kulturalny Sampling