News will be here
Anya Taylor-Joy jako tytułowa bohaterka w filmie "Furiosa: Saga Mad Max" (reż. George Miller, 2024), fot. Warner Bros. Pictures

Powracając do swojego postapokaliptycznego świata za sprawą "Mad Maxa: Na drodze gniewu", dziewięć lat temu George Miller dał nam tytuł, który niespodziewanie na stałe zapisał się na kartach współczesnej kinematografii. Informacja o powstającym prequelu budziła obawy, a pierwsze recenzje widzów bywały mieszane, zatem czy warto zobaczyć nowy film z serii Mad Max?

Ten film to kolejny przykład tego, że krytycy krytykami, opinie opiniami, ale zawsze warto słuchać przede wszystkim własnego przeczucia. Jeśli chcemy coś obejrzeć, to po prostu idźmy do kina, nie sugerując się opiniami innych! Tak było w przypadku moim i filmu “Furiosa: Saga Mad Max” (później będę już używał skróconego tytułu “Furiosa”), do którego co prawda cały czas podchodziłem z lekkim dystansem, ale zdecydowałem, że za bardzo lubię całą serię, by nie obejrzeć kolejnej odsłony w kinie.

KIEDYŚ TO BYŁO, CZYLI O TYM, JAK “MAD MAX” NAS ZACHWYCA

Chris Hemsworth, Furiosa: Saga Mad Max, George Miller, 2024, Warner Bros. Pictures
Chris Hemsworth w filmie “Furiosa: Saga Mad Max” (reż. George Miller, 2024), fot. Warner Bros. Pictures

Pierwszy film z serii – z Melem Gibsonem w roli tytułowej – wszedł do kin tak dawno temu, że większości widzów tegorocznej odsłony nie było jeszcze na świecie. W 1979 produkcja została naprawdę dobrze odebrana – zarówno przez widzów, jak i krytyków. Już wtedy Hollywood rządziło się pewnymi prawami, więc skoro osiągnięto sukces, to musiała powstać kontynuacja. W ten sposób do roku 1985 George Miller stworzył jeszcze dwa kolejne filmy tej serii. Tak powstał trzyczęściowy klasyk, jednak później nikt nawet nie myślał, żeby powracać do tego świata. Aż do 2015… Dziewięć lat temu George Miller powrócił bowiem do swojej kultowej postapokalipsy, a “Mad Max: Na drodze gniewu” okazał się niesamowitą niespodzianką.

Ni to kontynuacja, ni to reboot, ale na pewno rewelacyjny film, którego akcja przez cały seans podlewana jest wysokooktanową benzyną i podpalana, byśmy nawet na chwilę nie mogli się zatrzymać. To prawdziwa jazda bez trzymanki, dodatkowo naprawdę świetnie zrealizowana. Australijski reżyser udowodnił przy tym, że w XXI wieku wciąż można stworzyć widowiskowe kino akcji opierające się na praktycznych efektach specjalnych, a nie głównie na CGI. Film okazał się absolutnym hitem, a ja sam lubię do niego co jakiś czas wracać – o wiele częściej, niż wracam do klasycznych filmów z serii. Nic więc dziwnego, że Miller postanowił po raz kolejny powrócić do tego świata, tym razem dając nam prequel historii znanej z filmu z 2015 roku.

NIECH ŻYJE FURIOSA!

Anya Taylor-Joy, Furiosa: Saga Mad Max, George Miller, 2024, Warner Bros. Pictures
Anya Taylor-Joy jako tytułowa bohaterka filmu “Furiosa: Saga Mad Max” (reż. George Miller, 2024), fot. Warner Bros. Pictures

Jedną z głównych postaci “Na drodze gniewu” była Furiosa, w którą fenomenalnie wcieliła się Charlize Theron. Postać magnetyzująca i tajemnicza, ale i głęboka. Nic więc dziwnego, że to właśnie jej historię postanowił opowiedzieć nam Miller w swoim najnowszym filmie. Dowiadujemy się więc, jak to się stało, że Furiosa została zabrana z oazy i trafiła w ręce Wiecznego Joe. Jednak film nie jest po prostu opowieścią o porwaniu i wychowaniu w zupełnie innym, brutalnym miejscu. To trzymająca w napięciu historia o zemście i choć motyw ten został już przeorany w kinie w każdym możliwym kierunku, to wciąż można zrobić o nim dobry film. Tak jest w tym przypadku, bo choć nie wynajdujemy koła na nowo, to zarówno napięcie, jak i akcja – oraz sama historia – są tutaj na właściwym miejscu.

Furiosy mamy tutaj dwie: młodszą, graną przez Alylę Browne, oraz starszą, w którą wciela się Anya Taylor-Joy (wciąż jest to młodsza wersja bohaterki znanej z “Na drodze gniewu”). Sam nie mogę się zdecydować, która wersja podoba mi się bardziej. Anya jak zwykle wygląda i gra zjawiskowo, jednak Alyla również mnie tutaj zachwyciła. Na ekranie pojawiają się także niektóre postacie znane z poprzedniego filmu oraz główny antagonista filmu, czyli Dementus, w którego wciela się Chris Hemsworth – tego dorobionego nosa nie zapomnę chyba nigdy.

NIE JEST TO POWTÓRKA Z “NA DRODZE GNIEWU”

Chris Hemsworth
Chris Hemsworth w “Furiosa: Saga Mad Max” (reż. George Miller, 2024), fot. Warner Bros. Pictures

Pewnie większość widzów spodziewałaby się, że “Furiosa” będzie niemalże powtórką z rozrywki. I choć jest tu wiele części wspólnych, to mimo wszystko są to różne od siebie filmy. Tak różne, że osobiście nie patrzę na nie w kategoriach lepszy/gorszy. Tak jak wspomniałem wcześniej, “Na drodze gniewu” było jazdą bez trzymanki. Na początku seansu wsiadaliśmy do rozpędzającego się samochodu, który niemal od razu osiągał prędkość maksymalną i pędził tak już do samego końca, z piskiem opon zatrzymując się przed ścianą w postaci napisów końcowych.

“Furiosa” jest natomiast inna. Tutaj powoli się rozpędzamy – cały czas jednak jadąc powyżej dopuszczalnej prędkości – i tak naprawdę cały film to właśnie pas rozbiegowy, z którego włączymy się do Drogi Gniewu. Poprzedni film to podanie trasy z punktu A do punktu B. Całość napędzała akcja. W swoim najnowszym filmie Miller postawił na historię. Czy jest ona wybitna? Nie. Czy to coś nowego? Nie, ale ta prosta opowieść tu pasuje i na mnie zadziałała. Oczywiście nie brakuje tu dobrej akcji, a niektóre sekwencje nawet lekko przebijają niektóre z poprzedniej części.

“Furiosa: Saga Mad Max” to film, który nie musiał powstawać. Nawet teraz, po premierze, uważam, że z nim wcale ta saga nie jest lepsza. Jednak George Miller kolejny raz dał nam naprawdę dobrą rozrywkę. Jednocześnie nie poszedł tu na łatwiznę, oferując to samo, ale w innym papierku. Wciąż słyszę różne – skrajne – opinie o filmie, ale zdecydowanie jestem w drużynie tych, którym “Furiosa” zwyczajnie się podobała. Miła odmiana po niektórych tegorocznych blockbusterach. Wciąż czuć tu zapach benzyny, wciąż słońce Jałowizny palni naszą skórę i z kina wychodzimy niemalże odwodnieni.

Jan Urbanowicz

Jan Urbanowicz

Kinem jestem zafascynowany niemalże od kołyski, a przygody z nim zaczynałem od starych westernów i musicali z lat pięćdziesiątych. Kocham animacje Disneya, amerykańską popkulturę, "Gwiezdne wojny" i "Powrót do przyszłości". W filmach uwielbiam, że mogę spoglądać na świat z czyjejś perspektywy. Od wielu lat tworzę i współprowadzę podcasty o tematyce filmowej.

News will be here