Głuchy śmiech z puszki – co chce przekazać nam sitcom?

Sitcom ukształtował swój kanon już w latach pięćdziesiątych produkcjami takimi jak kultowa "I Love Lucy". Klasyczne serie wyznaczyły wszelkie najważniejsze gatunkowe standardy: teatralny minimalizm lokacji, fabularną powszedniość i ozdabiający dialogi śmiech publiczności. Kluczowe elementy komediowego spektaklu były zwierciadłem medialnych trendów tamtej dekady. Teleodbiornik spełniał zaś znacznie istotniejszą funkcję niż obecnie. Był nośnikiem bezgranicznej wiary w moc medialnego eskapizmu.

Zasiadające przed telewizorem amerykańskie rodziny traktowały domowe kino jak nowatorski wynalazek – audiowizualny lek na kłopoty codzienności. Ograniczona liczba planów (serialowe życie toczyło się w rytmie trójpodziału: salon-kuchnia-sypialnia) pozwoliła natomiast twórcom wykreować telewizyjną arkadię.

Kultowe sceny z "I Love Lucy"

Skrajnie przewidywalne oko kamery nigdy nie wychodziło poza zamknięty świat tych samych podłóg i tapet. Bohaterowie (a tym samym widzowie) nie wyściubiali nosa poza mieszkalne okna. Egzystowali w szablonowej przestrzeni według z góry ustalonych zasad gry. Ich codzienność definiował komfort absolutnej stabilizacji. Każdy znał swoją rolę i wiedział, co spotka go nazajutrz.

Pierwsze sitcomy ukazywały postaci uwięzione w fantazji o rozkoszy totalnej ignorancji. Sylwetki przemykające pomiędzy gustownymi meblami nigdy nie wpuszczały do swoich twierdz powietrza z zewnątrz. Upajały się własnym sosem i zasłaniały żaluzje na widok pojawiających się gdzieś na horyzoncie społeczno-politycznych bolączek.

Integralną częścią owej utopii był też konserwatywny rys charakterologiczny protagonistów. Idylliczne perypetie miały zwykle charakter patriarchalnej narracji. Uśmiechniętej, wyidealizowanej i przede wszystkim zamkniętej na możliwość krytycznej refleksji. Wymazywanie niewygodnych kontekstów – właśnie na tym opierały się rojenia sprzedawane przez większość klasycznych przedstawicieli gatunku.

Sitcom i jego komediową beztroskę wzmacniał śmiech z puszki

Ranking najlepszych sitcomów

Stały punkt programu dla kanonicznych sitcomów (oraz współczesnych, które do nich nawiązują) umożliwiał widzom osiągnięcie stanu całkowitej błogości. Jak to trafnie określa Slavoj Żiżek, typowy amerykański serial komediowy śmiał się za nas. To niezwykle efektowne dopełnienie minimalizmu lokalizacji. Odbiorca nie tylko nie dostrzegał problematyki świata zewnętrznego, ale też nie trudził się odczuwaniem emocji.

Najbardziej naturalna, pierwotna reakcja, czyli śmiech, stała się zautomatyzowaną sztuczką. Dźwiękowa odpowiedź przyklejona do rozmów bohaterów budowała doświadczenie, które można porównać z dzisiejszą inercją scrollowania treści oferowanych przez media społecznościowe. Odbiorca odczuwał przyjemność ostateczną – nie zastanawiał się, nie reagował, nie czuł. Zanurzał się w rozkoszną nicość, przypominającą stan przed urodzeniem albo po śmierci.

Musiało upłynąć wiele lat, by fantazja generowana przez sitcomowe uniwersum przestała nęcić odbiorców. Stopniowe ochłodzenie stosunków widzów i kultury masowej w końcu doprowadziło do powstania dominującego do dzisiaj trendu dekonstrukcyjnego. Serie, które zyskały popularność na początku XXI wieku, takie jak "The Office" czy projekty stacji Adult Swim, narzuciły zupełnie nową narrację. Całkowicie odrzuciły utopijne obietnice kontynuatorów filozofii "I Love Lucy". Autorzy neo-sitcomów postanowili porzucić fabularną trywialność dzieł swoich poprzedników i dokonali transformacji zderzających naiwność tej stylistyki z brutalną rzeczywistością świata.

Młodzi scenarzyści i reżyserzy sparafrazowali fundamentalne symbole

Scena z serialu "The Office"

Zrezygnowali ze śmiechu publiczności na rzecz głuchej, czasem niekomfortowej ciszy. Od kilku lat euforyczne reakcje towarzyszące dialogom zastępuje tak zwana atmosfera cringe’owa, poszukująca komizmu wręcz boleśnie realistycznego. W sferze wizualnej także pojawiają się nowe idee. Nowi bohaterowie wychodzą ze swoich mieszkań i nieustannie konfrontują się z uniwersalnymi problemami. Przyjmują rolę (świadomych lub nie) socjologicznych komentatorów. Przestali też być manekinami konserwatywnej ideologii i przepoczwarzyli się w osobowości oddychające pełnią kulturowych oraz obyczajowych skrajności naszego wieku.

Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że współczesne sitcomy są równie iluzoryczne, jak produkcje z lat pięćdziesiątych. Sprzedają po prostu inny sen. Niegdysiejsze odcinkowe komedie nabierały publiczność na trik eskapistyczny. Sugerowały, że najlepszym panaceum na rzeczywistość jest zamknięcie powiek. Tymczasem sitcomowa nowa fala przedstawia zupełnie inną, ale bliźniaczo złudną koncepcję.

Neo-sitcom na każdym kroku próbuje udowodnić, że telewizyjne medium ma potencjał rewolucyjny. Nowi twórcy posługują się zatem trikiem dekonstrukcyjnym. Uważają, że medialna informacja zanurzona w społeczno-politycznej wrażliwości jest w stanie dokonać przewrotu kulturowego. Tymczasem jedyne, co może zrobić, to zamienić mit uniwersalnej skuteczności utopii na mit uniwersalnej skuteczności dystopii.

Czy da się więc zbudować bezkompromisową wypowiedź opartą na kanwie sitcomowej?

Pierwsza część "Rabbits"

Odpowiedź na to pytanie znajduje się w eksperymentalnej miniserii "Rabbits" Davida Lyncha. Amerykański surrealista zastosował w niej bardzo prosty, ale też niezwykle uderzający zabieg. Sceny przedstawiające śmiertelnie poważne (a niekiedy przerażające) dramaty zaprezentował przy pomocy tradycyjnej sitcomowej konwencji – ograniczając scenerię do pojedynczego pokoju i ozdabiając grobowe w wymowie dialogi gromkim, wydobywającym się zza kadru śmiechem.

Lynchowskie podejście nie wybiera żadnej z idealistycznych dróg. Projekt "Rabbits" nie wierzy w zbawienną moc ignorancji, ani też nie ufa magii rebelianckich zapędów kultury masowej. Zamiast tego David Lynch wskazuje trzecią opcję. Opcję pozbawionego złudzeń cynizmu. Autor "Twin Peaks" zdaje się przekonywać, że mityczny Świadomy Widz jest po prostu skazany na bycie nihilistą.

(Śmiech)

(Oklaski)

Łukasz Krajnik

Łukasz Krajnik

Rocznik 1992. Dziennikarz, wykładowca, konsument popkultury. Regularnie publikuje na łamach czołowych polskich portali oraz czasopism kulturalnych. Bada popkulturowe mity, nie zważając na gatunkowe i estetyczne podziały. Prowadzi fanpage Kulturalny Sampling