News will be here
“Godzilla i Kong: Nowe imperium” – Fame MMA z potworami [Recenzja]

Przed nami kolejne starcie gigantów! W filmie “Godzilla i Kong: Nowe imperium” Adama Wingarda ponownie możemy zobaczyć dwa legendarne potwory. Czy tym razem będą ze sobą współpracować, czy znów rzucą się sobie do gardeł?

Godzilla i Kong starli się w śmiertelnym pojedynku (“Godzilla kontra Kong” z 2021), a teraz każde z nich żyje osobno i nie wchodzi drugiemu w drogę. Atomowy jaszczur broni powierzchni naszej planety, tymczasem Kong żyje na Pustej Ziemi. Drugiemu doskwiera samotność, musi walczyć z bezpańskimi psami wielkości autobusu, boli go ząb, natomiast po ciężkim dniu ukojenie daje prysznic pod wodospadem. Gdy na jego terytorium pojawia się tajemnicza szczelina, a on odkrywa pradawną kolonię małp, rodzi się nadzieja, że nie będzie musiał być wiecznie samotny. Niestety na czele plemienia stoi brutalny wódz, który podporządkował sobie tytana i niegdyś mierzył się z Godzillą. Wokół starcia z nowym zgrożeniem kręci się fabuła filmu “Godzilla i Kong: Nowe imperium”.

“Godzilla i Kong: Nowe imperium” – … i wszystko byłoby świetnie, gdyby nie znowu ci nudni ludzie!

Godzilla w nowej kolorystyce w filmie “Godzilla i Kong: Nowe imperium” (2024, reż. Adam Wingard), fot. Legendary Pictures

Każdy film o wielkich potworach, czyli także i ten, dzieli się na dwa. Ma w sobie spektakularne sceny akcji skupione na tytułowych tytanach oraz mniej zajmujące wątki ludzkie. W drugim aspekcie Wingard stawia na perypetie doktor Andrews (Rebeca Hall), jej przyszywanej córki z plemienia Iwi (Kaylee Hottle), fanboja Tytanów, marzącego o milionach subskrybentów (Brian Tyree Henry) i… osobistego dentysty Konga (Dan Stevens). Porządni aktorzy, którzy mają do roboty bardzo niewiele. Wśród nich wyróżnia się Stevens, bawiący się rolą, szarżujący i zarażający pozytywną energią. Reszta rzuci czasem sucharem albo uroni łzę, a ich obecność na ekranie najczęściej sprowadza się do wygłaszania nudnej ekspozycji. Ot, gdy coś jest niejasne, to możemy być pewni, że ktoś zada odpowiednie pytanie, a ktoś inny odpowie, żeby widz był na bieżąco. Bo w meandrach filmu o dwóch naparzających się potworach łatwo się przecież pogubić.

Jeśli już jesteśmy przy tym temacie, to trzeba przyznać, że w “Godzilla i Kong: Nowe imperium” robi wrażenie. Ta część filmu, skupiona zarówno na dynamicznej akcji, jak i bardziej kameralnych momentach z udziałem Konga, wygląda fenomenalnie. Gdy tylko filmowcy zapominają o niepotrzebnych w tym wszystkim ludziach, na ekranie dzieje się magia, akcja nabiera rozpędu. To oczywiście czysty eskapizm – z metafor, które zrodziły Godzillę i Konga kilkadziesiąt lat temu, w Monsterverse pozostało jedynie wspomnienie. Chodzi o zapierające dech w piersiach ujęcia w slow motion i pomysłową choreografię walk. Są takie momenty, gdzie mordka sama się cieszy. Zwłaszcza bliżej końca filmu, gdzie trzy równolegle prowadzone wątki (Godzilli, Konga i ludzi) łączą się w spektakularnej kulminacji.

Monstrualny knockout

Kong jeszcze bez ulepszeń w filmie “Godzilla i Kong: Nowe imperium” (2024, reż. Adam Wingard), fot. Legendary Pictures.

Efekty komputerowe stoją na najwyższym poziomie (widać każdego wydanego dolara), a Wingard wywodzący się z neonowego kina niezależnego (“Gość” ze Stevensem) nie zapomniał jak komponować kadry i wykorzystywać kolory. Wszystko tu jest cool – nowa mechaniczna łapa Konga, nowa różowa energia Godzilli, a także cameos innych tytanów, o których nie chcę więcej mówić, żeby nie psuć niespodzianki. Jasne, niektóre wątki są potraktowane po macoszemu, niektóre sceny i dialogi pachną tanią ekspozycją, prawdziwych emocji tu niewiele (choć przecież istotnym tematem jest rodzina). A mimo to, trudno się na to gniewać, bo gdy rozkręca się akcja, to śledzi się ją z zapartym tchem – nawet jeśli finał z góry łatwo przewidzieć (nielubiące się Kong i Godzilla połączą siły, by pokonać większe zagrożenie).

Jako olśniewające widowisko za wywrotkę pieniędzy, “Godzilla i Kong: Nowe imperium” spełnia swoje zadanie, czyli dostarcza rozrywki. W tego typu blockbusterach już dawno przestaliśmy doszukiwać się logiki czy psioczyć na fakt, że mają małe ambicje. W czasach, gdzie podobne budżety są wykorzystywane o wiele gorzej i dają znacznie gorsze filmy, nie powinniśmy narzekać. Wingard nie udaje, że pod płaszczykiem rozrywki chce robić ambitne kino. I dobrze, bo jak pokazują wyniki finansowe otwarcia jego filmu – właśnie tego chcą widzowie. Kto natomiast tęskni za metaforyczną stroną opowieści o atomowym jaszczurze, ten może zawsze sięgnąć po nagrodzony Oscarem japoński film “Godzilla Minus One” z poprzedniego roku. Dla każdego coś miłego.

Jan Sławiński

Jan Sławiński

Absolwent Filmoznawstwa (I i II stopień) oraz Tekstów Kultury (II stopień) na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikuje w internecie, prasie specjalistycznej („Ekrany”, „Czas Literatury”, „Zeszyty Komiksowe”) oraz tomach zbiorowych („1000 filmów, które tworzą historię kina”, „Poszukiwacze zaginionych znaczeń”). Od ponad dziesięciu lat prowadzi autorskiego bloga jako Anonimowy Grzybiarz.
News will be here