Koszmary Jordana Peele’a

Na ekrany kin wchodzi "Nie!" – trzeci pełnometrażowy film napisany i wyreżyserowany przez Jordana Peele’a. Z tej okazji przyglądamy się twórczości autora "Uciekaj!" oraz "To my". Jak to się stało, że komik został królem nowoczesnego horroru?

Jordan Peele urodził się w 1979 roku. Wychowywał się bez ojca i od dziecka był zafascynowany popkulturą. Po ukończeniu szkoły średniej dał się poznać jako aktor, komik i twórca skeczy. Występował w licznych programach telewizyjnych, gościnnie pojawiał się w serialach, podkładał głos w produkcjach animowanych. Za program „Key & Peele”, tworzony we współpracy z Keeganem-Michaelem Keyem dla Comedy Central, mężczyzna został nagrodzony Primetime Emmy Award. W 2016 Peele był współscenarzystą komedii „Keanu”. Rok później zrealizował swój fabularny debiut.

W skeczach dla Comedy Central przyszły reżyser „Uciekaj!” często wcielał się w postaci polityków. Jako Martin Luther King wystąpił w czternastu odcinku „Epic Rap Battles of History”, natomiast jego interpretacja Baracka Obamy obiegła internet, stając się viralem. W jednym ze skeczy stworzył postaci rasistowskich zombie, którzy odmawiali jedzenia mózgów białoskórych. Patrząc na te doświadczenia, nie dziwi fakt, że w swoich filmach Peele miesza horror z wątkami politycznymi i czarną komedią.

Jordan Peele i jego olśniewający debiut

Kadr z filmu „Uciekaj!” (reż. Jordan Peele, 2017), fot. Universal Pictures

Na myśl o nowej fali horroru do głowy od razu przychodzą nam trzy nazwiska. Robert Eggers zachwycił widzów „Czarownicą” i „Lighthouse”. Ari Aster przerażał w „Hereditary. Dziedzictwie” i „Midsommar. W biały dzień”. Z kolei Jordan Peele najpierw zaskoczył publiczność „Uciekaj!”, a następnie potwierdził wysoki poziom horrorem „To my”. Jego najnowsza produkcja, enigmatyczny metatekstualny horror „Nie!”, wchodzi na ekrany polskich kin 12 sierpnia.

„Uciekaj!” to skromny film, który został nakręcony w zaledwie dwadzieścia trzy dni. Przy budżecie 4,5 miliona dolarów produkcja zarobiła na całym świecie ponad 255,4 miliona dolarów. To opowieść o czarnoskórym mężczyźnie, który jedzie poznać rodzinę swojej bogatej, białoskórej dziewczyny. Na miejscu okazuje się, że rodzice ukochanej mają względem niego niecne zamiary. W grę wchodzi hipnoza odbierająca mu sprawczość i skazująca bohatera na egzystencję w tzw. Sunken Place oraz operacja mająca na celu zamianę jego mózgu z mózgiem białego bogacza w podeszłym wieku.

Skromny horror redefiniujący gatunek

Jordan Peele wspominał, że w „Uciekaj!” chciał dokonać tego samego, co zrobiono w filmach „Dziecko Rosemary” i „Żony ze Stepford”. W przeciwieństwie jednak do Romana Polańskiego i Bryana Forbesa, którzy koncentrowali się na napięciach płciowych, Peele postanowił skupić się na zagadnieniu rasy. Scenariusz powstał w ekspresowym tempie, bo mężczyzna myślał nad filmem od lat. W trakcie pisania zrozumiał, że tylko on może go wyreżyserować. Tworząc scenę przyjęcia, gdzie Chris (Daniel Kaluuya) jest jedynym kolorowym mężczyzną, otoczonym przez białoskórych bogaczy, Peele wiedział, jak oddać zagubienie bohatera, bo sam bywał w takich sytuacjach.

Nieoczekiwanie ten skromny horror zdobył trzy nominacje w Oscarowym wyścigu (w tym za najlepszy film i dla najlepszego aktora). Może pochwalić się statuetką za najlepszy scenariusz oryginalny (dla Peele’a jako pierwszego w historii Afroamerykanina wyróżnionego tą nagrodą). Odczytywany był w kontekście nierówności rasowej, szeroko dyskutowany pod kątem przedstawienia uprzywilejowanej pozycji białych liberałów, stanowił wręcz podręcznikową alegorię rasizmu i afrofuturyzmu. Dzięki sercu włożonemu w produkcję, a także pójściu pod prąd oczekiwaniom odbiorców, „Uciekaj!” stanowiło odświeżające doświadczenie zgrabnie mieszające wątki z kina grozy, polityczne zaangażowanie i czarną komedię.

Jordan Peele zdał test drugiego filmu śpiewająco

Kadr z filmu „To my” (reż. Jordan Peele, 2019), fot. Universal Pictures

Po sukcesie „Uciekaj!” Jordan Peele nie spoczął na laurach. W 2019 roku do kin trafił jego drugi pełnometrażowy film, który napisał, wyprodukował i wyreżyserował. „To my” jest historią opartą na dualizmie: lustrzanych odbiciach, miejskich legendach o złych bliźniakach żyjących w kanałach i traumach z przeszłości, które po latach dochodzą do głosu.

Wakacje czteroosobowej rodziny nieopodal Santa Cruz zamieniają się w koszmar, gdy na progu ich domu letniskowego pojawiają się tajemnicze postacie. Odziane w czerwone kombinezony, nienaturalnie się poruszające, przypominają bardziej dzikie zwierzęta, niż ludzi. Jednocześnie fizycznie do złudzenia przypominają sobowtóry bohaterów.

Peele wykorzystuje motyw home invasion, by opowiedzieć o społecznych nierównościach. Dwóch rodzinach będących dla siebie lustrzanymi odbiciami, z których jedna ma wszystko, a druga jest jej wybrakowanym klonem. Jednocześnie, w przeciwieństwie do „Uciekaj!”, nie jest to film skoncentrowany na rasizmie. Reżyser zauważa, że niewiele jest filmów, w których pojawiają się czarnoskórzy bohaterowie, a produkcja nie ogniskuje wokół rasy.

Krytyka społeczna w „To my” może wydawać się zbyt dosłowna, a wnioski oczywiste. Trzeba jednak oddać Peele’owi, że tworzy niesamowicie bogaty świat, prawdziwe imaginarium lęków i koszmarów. Nie tylko odwołuje się do klasyki kina grozy (od „Lśnienia” Kubricka po opowieści o zombie Romero), ale również piętrzy metafory i mnoży tajemnice. Sceny, sekwencje i pojedyncze ujęcia są estetycznie dopieszczone i przemyślane. Finalnie reżyser pozostawia mało niedomówień. Dla jednych będzie to atut, bo dostaną odpowiedź na każde pytanie. Dla innych może to być wada odzierająca opowieść z elementu nadnaturalnego. „To my” zostało świetnie przyjęte przez krytyków, jednak mniej spodobało się publiczności.

Do trzech razy sztuka?

Fragment grafiki promującej film „Nie!” (reż. Jordan Peele, 2022), fot. Universal Pictures

W obecnym biurze Peele’a znajdziemy charakterystyczne skórzane fotele z „Uciekaj!”, półkę wypełnioną książkami Stephena Kinga i Neila Gaimana oraz gablotkę z pamiątkami. Statuetką Oscara, filiżanką na herbatę i torebkę bohaterki Allison Williams z planu jego fabularnego debiutu. Na ścianie wisi czarno-biały kadr z „Dziecka Rosemary” przedstawiający Mię Farrow z nożem, nieopodal biurka stoi zaś oprawiony plan domu z „Psychozy” Hitchcocka. Nic dziwnego, że Peele jako fan popkultury chętnie zajął się produkcją remake’ów filmu „Candyman” i serialu „Strefa mroku”. W obu przypadkach były to jednak dzieła zbyt dosłowne, by odbić się równie silnym echem, co jego autorskie projekty.

Dwoma poprzednimi produkcjami pełnometrażowymi Jordan Peele wysoko zawiesił sobie poprzeczkę. Czy po raz trzeci uda mu się powtórzyć sukces? Jego najnowszy film „Nie!” (”Nope”) w polskich kinach zadebiutuje jutro. Tytuł od kilku tygodni zbiera wysokie oceny krytyków, jednak część zagranicznych widzów czuje się zagubiona. Wystarczy wspomnieć enigmatyczny zwiastun, który mało co wyjawia. Możemy być pewni, że ponownie tematem przewodnim filmu będzie rasa, natomiast wiele wskazuje również na to, że produkcja o jedynych czarnoskórych rancherach w Hollywood będzie posiadała znamiona metatekstualne. W obsadzie znaleźli się: Daniel Kaluuya, Keke Palmer, Steven Yeun, a za scenariusz, reżyserię i produkcję odpowiada Jordan Peele. Jedno jest pewne – czeka nas kolejny niezwykle oryginalny horror twórcy, który wie, jak budzić niepokój.

U góry strony: Zdjęcie z planu "Uciekaj!" (reż. Jordan Peele, 2017), fot. Universal Pictures

Pin It
Jan Sławiński

Jan Sławiński

Absolwent Filmoznawstwa (I i II stopień) oraz Tekstów Kultury (II stopień) na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikuje w internecie, prasie specjalistycznej („Ekrany”, „Czas Literatury”, „Zeszyty Komiksowe”) oraz tomach zbiorowych („1000 filmów, które tworzą historię kina”, „Poszukiwacze zaginionych znaczeń”). Od ponad dziesięciu lat prowadzi autorskiego bloga jako Anonimowy Grzybiarz.