News will be here
"King’s Man: Pierwsza misja" – trudne początki [Recenzja]

Głównym bohaterem nowej produkcji Matthew Vaughna jest diuk Orlando Oxford (Ralph Fiennes). Po utracie żony u początku XX wieku został pacyfistą i poprzysiągł za wszelką cenę chronić syna (Harris Dickinson). Młodzieniec jednak szybko dorasta i marzy o przygodach. Nad Europą zbierają się ciemne, wojenne chmury, a macki tajnego stowarzyszenia z Rasputinem (Rhys Ifans) na czele sięgają coraz dalej. "King's Man: Pierwsza misja" pokazuje jak w obronie kraju ojcowsko-synowska relacja zostanie wystawiona na próbę.

Prequel bez charakteru

Ralph Fiennes, Harris Dickinson, King's Man: Pierwsza misja,  Matthew Vaughn, 20th Century Studios
Harris Dickinson i Ralph Fiennes w filmie "King's Man: Pierwsza misja" (reż. Matthew Vaughn, 2021), fot. 20th Century Studios

Poprzednie filmy serii – "Kingsman: Tajne służby" (2014) i "Kingsman: Złoty krąg (2017)" – były bezpretensjonalnymi komediami akcji. Szalone pomysły mieszały się z zabawnymi one-linerami i całą kawalkadą akcji. Tempo praktycznie nie zwalniało, a całość była pomysłowym pastiszem szpiegowskiej konwencji. Trochę w stylu przygód Bonda z Rogerem Moore’em, ale zrealizowana we współczesnym stylu i podkręcona do potęgi.

Na tym tle "King’s Man: Pierwsza misja" wypada niezwykle blado. Akcji jest stosunkowo niewiele (dopiero finał nadrabia te braki z nawiązką), humor bywa żenujący, a całość jest zaskakująco poważna. Zniknęły szaleństwo i kreatywność, które cechowały wcześniejsze filmy cyklu. Próżno tu szukać tak pomysłowych scen, jak zrealizowana w jednym ujęciu strzelanina w kościele z "Tajnych służb". Nie ma tu tak odważnych pomysłów, jak finał z wybuchającymi głowami z pierwszej części serii. Mimo że to wciąż film, który jest sprawnie zrealizowany, to brakuje mu polotu i niczym się nie wyróżnia na tle innych blockbusterów.

Problematyczne wątki

Harris Dickinson, King's Man: Pierwsza misja, 20th Century Studios
Harris Dickinson w filmie "King's Man: Pierwsza misja", fot. 20th Century Studios

"Pierwsza misja" to nużące i niezbyt efektowne widowisko pozbawione własnego charakteru. Stoi w rozkroku między chęcią opowiedzenia awanturniczej historii a rodzinnym dramatem. Tak naprawdę przez większość czasu jesteśmy świadkami, jak Oxford chucha i dmucha na swojego syna. Młodzieniec się buntuje, chce poznać świat, a ojciec wygłasza sztywne przemowy o niebezpiecznych czasach.

Najbardziej problematyczne są wątki historyczne. Z jednej strony film ukazuje okrucieństwo konfliktu zbrojnego i próbuje ten temat traktować poważnie. Z drugiej – winą za rozpętanie I wojny światowej obarcza tajne stowarzyszenie. Ten z gruntu komiksowy motyw stanowi nie tylko wyświechtany wytrych fabularny, ale też – co gorsza – urąga historycznej powadze. Jedno z najstraszniejszych wydarzeń w nowoczesnej historii ludzkości zostaje sprowadzone do zabawy grupki szaleńców. Jest w tym coś, co budzi sprzeciw.

Gdzie jest Eggsy, gdy go potrzebujemy?

Rhys Ifans, Rasputin, King's Man: Pierwsza misja, 20th Century Studios
Rhys Ifans jako Rasputin w filmie "King's Man: Pierwsza misja", fot. 20th Century Studios

Same postacie też wydają się nie na miejscu. Eggsy i Harry Hart, bohaterowie "Tajnych służb" i "Złotego kręgu", mieli charyzmę i luz. Diuk Oxford i jego syn są mdli i nieciekawi. Charakteryzowani pojedynczymi cechami sprawiają wrażenie sztucznych figur, a nie postaci z krwi i kości. Próba nadania im emocjonalnej głębi okazuje się nieudana. Trudno uwierzyć w ich relację, jak i to, że są zdolni uratować świat. Podobne problemy dotyczą reszty bohaterów – są nijacy i stereotypowi. Jedynie Gemma Arterton w roli Polly ma w sobie trochę serca, ale jest obecna zaledwie w kilku scenach.

Nie można zapomnieć o Rasputinie, czyli przeciwniku naszych bohaterów. Samuel L. Jackson jako ekscentryczny geniusz zła w części pierwszej był przerysowany, ale samoświadoma kreacja jego postaci czyniła go interesującym dla widza. Nie można tego samego powiedzieć o rosyjskim mnichu. Ukryty pod toną charakteryzacji Rhys Ifans głównie krzyczy z obcym akcentem, wytrzeszcza oczy i stroi groźne miny. Jego występ szybko zaczyna męczyć, a wygłupy, zamiast bawić, zwyczajnie irytują.

"King’s Man: Pierwsza misja" może być ostatnią

Ralph Fiennes, Diuk Oxford, King's Man: Pierwsza misja, 20th Century Studios
Ralph Fiennes jako Diuk Oxford w filmie "King's Man: Pierwsza misja", fot. 20th Century Studios

Kilkukrotnie przesuwana premiera, negatywne recenzje i średnie wyniki finansowe "Pierwszej misji" to sygnały, które mogą wieszczyć nadchodzący koniec serii. Najnowsza część pokazuje, że być może pomysł na ten cykl już się wyczerpał. Niespójny ton, mieszanie wątków z różnych rejestrów, pretekstowe postacie, a do tego narracyjny chaos tworzą razem nudne widowisko, które nie porywa.

W trakcie seansu byłem pewny, że za filmem stoi jakiś początkujący wyrobnik. Szczerze się zdziwiłem, gdy w napisach końcowych zobaczyłem nazwisko Matthew Vaughna. "King’s Man: Pierwsza misja" to film poniżej jego poziomu artystycznego. Nie ma w sobie pasji i radości, które cechują poprzednie dokonania Brytyjczyka.

Jan Sławiński

Jan Sławiński

Absolwent Filmoznawstwa (I i II stopień) oraz Tekstów Kultury (II stopień) na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikuje w internecie, prasie specjalistycznej („Ekrany”, „Czas Literatury”, „Zeszyty Komiksowe”) oraz tomach zbiorowych („1000 filmów, które tworzą historię kina”, „Poszukiwacze zaginionych znaczeń”). Od ponad dziesięciu lat prowadzi autorskiego bloga jako Anonimowy Grzybiarz.
News will be here