News will be here
“Królestwo planety małp” – echo małpiej trylogii [Recenzja]

"Planeta małp" obecna jest w popkulturze już od ponad sześćdziesięciu lat. Czy wciąż jest zatem potencjał na kolejne filmy, które przyciągną i utrzymają przy sobie widzów? Na to pytanie może odpowiedzieć "Królestwo planety małp".

Seria poświęcona planecie małp powstała na podstawie francuskiej powieści o tym samym tytule, autorstwa Pierre'a Boulle’a, wydanej w 1963 roku. Niewiele później, bo w 1968, do kin weszła jej adaptacja w reżyserii Franklina J. Schaffnera, z pamiętną rolą Charltona Hestona. Można powiedzieć, że w latach 70. ubiegłego stulecia w kinach królowały małpy. Powstały bowiem cztery kontynuacje wielkiego hitu oraz dwa seriale – jeden aktorski, drugi animowany. W 2001 kolejną szansę tej historii dał Tim Burton, tworząc swoją „Planetę małp“, i choć film ten zebrał sporo krytyki, osobiście go lubię i to nie tylko z sentymentu.

Noa (Owen Teague), Soona (Lydia Peckham) i Anaya (Travis Jeffery) w “Królestwie planety małp” (2024), reż. Wes Ball, fot. Disney Polska

Kilka lat temu do serii powrócił Rupert Wyatt, dając nam „Genezę planety małp“ i spojrzenie na tę historię od nieco innej strony, czyli zgodnie z tytułem, jak to wszystko się zaczęło. Reżyserską schedę przejął po nim Matt Reeves, domykając trylogię swoimi dwoma o wiele mroczniejszymi filmami, „Ewolucja planety małp“ i „Wojna o planetę małp“. Tak oto dochodzimy do roku 2024, kiedy to na ekrany kin wchodzi „Królestwo planety małp“.

WYSOKO POSTAWIONA POPRZECZKA

Nie da się ukryć, że trylogia z lat 2011-2017 naprawdę się udała. Pierwszy film miał swoje wady, choć wizualnie otwierał zupełnie nowe drzwi, ale pozostałe dwa solidnie rozwijały i zamykały historię, a z filmu na film coraz bardziej zachwycały wizualnie. Jednocześnie były naprawdę solidnie zapisane i dawały widzom – w tym mnie – dobre kino blockbusterowe.

Nic więc dziwnego, że kiedy ogłoszono kolejny film z serii, pojawiły się pewne obawy, czy uda się powtórzyć nie tylko sukces kasowy, ale przede wszystkim „artystyczny“. Jedne było pewne, będzie to widowisko wizualne, gdyż na krześle reżyserskim został obsadzony Wes Ball, który stworzył serię „Więzień labiryntu“.


Proximus Caesar (Kevin Durand) w “Królestwie planety małp” (2024), reż. Wes Ball, fot. Disney Polska

ROZWÓJ SPOŁECZNOŚCI

Po trzech filmach, które opisywały pierwszą dekadę i zmianę życia na Ziemi po wybuchu wirusa, który zarówno daje małpom zwiększoną inteligencję, jak i zabija zarażonych ludzi, „Królestwo planety małp“ przeskakuje 300 lat w przyszłość. Wprowadza nową grupę graczy próbujących ustanowić nowe społeczeństwa w tym, co kiedyś było Stanami Zjednoczonymi Ameryki. Chociaż minęły wieki od śmierci Cezara, pierwszej superinteligentnej małpy i przywódcy rewolucyjnego powstania, które wyzwoliło jego gatunek, jego dziedzictwo wciąż żyje w mitach, które znają małpy takie jak główny bohater tej opowieści, Noa (Owen Teague).

Jako członek Klanu Orła – grupy zamieszkujących lasy szympansów, które rozwinęły bardzo ludzki rodzaj sokolnictwa – wszystko w jego życiu kręci się wokół społeczności i ich poczucia zarządzania ptakami, które są trenowane do polowania. Choć kultura Klanu Orła jest unikalnym wytworem współczesnych szympansów, to w ich wierzeniach, że małpy są silniejsze razem, a przemoc między ich gatunkami naraża ich wszystkich na niebezpieczeństwo, można odnaleźć bardzo wyraźne echa pierwotnych nauk Cezara. Krzywdzenie innych małp jest ostatnią rzeczą, o której myśli Noa.

Freya Allan w “Królestwie planety małp” (2024), reż. Wes Ball, fot. Disney Polska

Efekty wizualne wykorzystane do przekształcenia współczesnych ludzi w fotorealistyczne małpy zawsze były fenomenalne. Ale tutaj postprodukcja i występy aktorów łączą się w jeszcze bardziej skomplikowany, niesamowity sposób, który podkreśla, jak bardzo te małpy ewoluowały w porównaniu do swoich mitycznych przodków.

Widać tu wyraźnie, w jaki sposób czas i wolność pozwoliły gadającym zwierzętom, znanym z poprzednich filmów, rozwinąć kultury i poziomy złożoności emocjonalnej, które mówią o tym, że przewyższają ludzkość jako dominujący gatunek na świecie. Ale kiedy samotna i pozornie niema ludzka dziewczyna (Freya Allan) zaczyna kraść z Klanu Orła, jej obecność wpycha ich w brutalny konflikt z opętanym ewolucją królem Proximusem Caesarem (Kevin Durand), który zagraża ich życiu.

NIECH ŻYJE KRÓL

Echa poprzednich hitów stają się jeszcze głośniejsze, gdy Noa – z ludzką dziewczyną – wyrusza na poszukiwanie twierdzy Proximusa i spotyka uczonego orangutana o imieniu Raka (Peter Macon), który postanawia nazwać dziewczynę „Nova“. Nova i stada dzikich, cofniętych umysłowo ludzi, których widzimy w jednej z sekwencji scen, tworzą jedną z najwyraźniejszych linii łączących współczesną serię z oryginalnym filmem z 1968 roku. Ball oddaje hołd klasykowi reżysera Franklina J. Schaffnera szczególnie dobrze poprzez jedną z pierwszych scen nowego filmu, w której dzicy ludzie uciekają, gdy żołnierze Proximusa polują na nich w poszukiwaniu Novy. I choć imię dziewczyny początkowo brzmi jak żartobliwe nawiązanie, jest to również jeden z wielu sposobów, w jaki film wzmacnia ideę, że legendy i znaczenia, które niosą, mogą z czasem wypaczać się, gdy są dzielone przez pokolenia.

Kadr z “Królestwa planety małp” (2024), reż. Wes Ball, fot. Dinsey Polska

Choć postacie te są interesujące pod względem koncepcyjnym, film łączy je ze sobą w dość przewidywalny sposób, który działa bardziej w celu ustalenia możliwości kolejnych sequeli, niż w celu zagłębienia się w istotę sprawy. Aby było jasne, prostota ostatniej jednej trzeciej filmu, nie powstrzymuje go przed ekscytującym oglądaniem. Ale gdy ostatecznie film dobiega końca, trudno oprzeć się wrażeniu, że wciąż widzimy tylko scenę przygotowaną na to, co może nadejść.

Finalnie w moim przypadku film spełnił swoje zadanie. „Królestwo planety małp“ zachęca wizualnie i udowadnia, że kilka lat w dzisiejszej technologii filmowej, potrafi naprawdę wpłynąć na ostateczny efekt. Jasne, film w pewnym momencie staje się absolutnie przewidywalny, a jego ostatni akt sprawia wrażenie, jakby twórcy postanowili „pójść na łatwiznę“, ale całość się moim zdaniem broni. Zapewne, jeśli film osiągnie zakładany box office, to możemy się spodziewać kontynuacji, którą najprawdopodobniej będzie próbą odzyskania przez ludzi swojej planety. Nawet po tylu filmach wyprodukowanych przez ostatnie sześć dekad, nie mam nic przeciwko, by powstawały kolejne. W „Królestwie…“ wyraźnie widać też pewne ostrzeżenie, które skłania do refleksji. Otóż ludzie się tak naprawdę nie zmieniają i nawet po wielkiej zagładzie gatunku, która wynikała z naszej pychy i głupoty, dalej będziemy brnąć w tę samą pułapkę.

Jan Urbanowicz

Jan Urbanowicz

Kinem jestem zafascynowany niemalże od kołyski, a przygody z nim zaczynałem od starych westernów i musicali z lat pięćdziesiątych. Kocham animacje Disneya, amerykańską popkulturę, "Gwiezdne wojny" i "Powrót do przyszłości". W filmach uwielbiam, że mogę spoglądać na świat z czyjejś perspektywy. Od wielu lat tworzę i współprowadzę podcasty o tematyce filmowej.

News will be here