News will be here
Kadr z filmu "Kingsman: Tajne służby" (reż. Matthew Vaughn, 2014), fot. 20th Century Fox

“Argylle. Tajny szpieg” to nowa komedia szpiegowska, pod którą podpisał się Matthew Vaughn. Film w gwiazdorskiej obsadzie właśnie debiutuje na ekranach kin i z tej okazji przyglądamy się poprzednim dokonaniom brytyjskiego reżysera.

Matthew Vaughn w przemyśle filmowym zaczynał jako producent. Zanim zadebiutował reżysersko, wyprodukował dwa filmy Guya Ritchiego, czyli “Porachunki” i “Przekręt”. Przyjacielska znajomość ze starszym reżyserem i praca przy jego dwóch flagowych produkcjach nie były bez znaczenia. bo w swoim reżyserskim debiucie Vaughn poszedł podobną drogą. “Przekładaniec” z 2004 to kino do złudzenia przypominające komedie kryminalne Ritchiego, zarówno w stylu, jak i treści. To energetycznie opowiedziana historia pełna zwrotów akcji, absurdalnego humoru, a do tego osadzona w kryminalnym półświatku Londynu wśród wyrazistych postaci.

Gdyby nie czołówka, gdzie pojawia się nazwisko Matthew Vaughn – można by śmiało stwierdzić, że to zaginione dzieło twórcy “Przekrętu”. “Przekładaniec” to jednocześnie debiut o wyrazistym charakterze, jak i film, który nieco odstaje od późniejszej filmografii reżysera. Przepustka zarówno dla samego Vaughna do wysokobudżetowych produkcji, jak i Daniela Craiga do roli Jamesa Bonda. Mimo komediowego zacięcia, i fabuły podszytej absurdem, jest to dość realistyczna historia. Brakuje w niej nadnaturalnych elementów, które odnajdziemy w późniejszych filmach reżysera, a komiksowe przerysowanie jest jeszcze serwowane z pewną powściągliwością.

Matthew Vaughn – miłośnik komiksu i literatury popularnej

Kadr z filmu “Kick-Ass” (2010, reż. Matthew Vaughn), fot. Lionsgate.

Jeśli przyjrzymy się filmom wyreżyserowanym przez bohatera dzisiejszego artykułu, to zorientujemy się, że każda z ośmiu produkcji powstała na bazie istniejącego tekstu kultury. Trzy z nich to adaptacje powieści, pozostałe – komiksów. Po “Przekładańcu” przyszedł czas na kostiumową produkcję fantasy “Gwiezdny pył”, czyli przeniesienie na ekran postmodernistycznego tekstu samego Neila Gaimana. Jednak to “Kick-Ass” na podstawie komiksu Marka Millara i Johna Romity Jr. wyznaczył artystyczną ścieżkę, którą Matthew Vaughn kroczy do dziś (czasem skacząc w bok).

“Kick-Ass” to produkcja pełna krwi, przekleństw, komiksowego przerysowania i wyśmiewania gatunkowych tropów. Cechy te znajdziemy również w późniejszych filmach Vaughna – to one zadecydują o sukcesie serii “Kingsman” (również na bazie komiksu Millara i Dave’a Gibbonsa). Do czasu “Deadpoola” to właśnie “Kick-Ass” pokazywał jak naśmiewać z kina superbohaterskiego, a jednocześnie prezentował dość klasyczną genezę bohatera. Prześmiewczy ton całości kontrastował ze scenami akcji, gdzie przemoc była ukazana w brutalny i wizualnie przegięty sposób.

“Kick-Ass” to opowieść o nastolatku w stroju płetwonurka, który próbuje sił jako lokalny superbohater. Jak można się spodziewać – szybko ląduje w szpitalu po nieudanej próbie powstrzymania zbrodni. To go jednak nie zniechęca, a wkrótce poznaje innych zamaskowanych szaleńców, chcących bronić ulic miasta. Już pierwsza scena ustanawia ton całego filmu (i podsumowuje niejako twórczość Vaughna). Podniosła muzyka, powolna, klimatyczna jazda kamery i narastające napięcie sugerują epicki moment. Jednak gdy bohater rozkłada skrzydła i skacze z budynku w akompaniamencie oklasków zachwyconych przechodniów, zamiast wznieść się ku niebu, boleśnie wbija się w zaparkowaną 20 pięter niżej taksówkę. Efekt jest makabryczny, ale trudno powstrzymać uśmiech, bo całość została zrealizowana z odpowiednią dawką dystansu i samoświadomości.

Partners in crime

Kadr z filmu “Kingsman. Tajne służby” (2014, reż. Matthew Vaughn), fot. 20th Century Fox.

Origin story Matthew Vaughn wykorzystuje również w filmie “X-Men: Pierwsza klasa” (pokazując początki konfliktu między Xavierem a Magneto), a także w serii “Kingsman”. Zresztą właśnie pierwsza odsłona przygód Eggsy’ego, który trafia do tajnych służb pod kuratelę szpiega Harry’ego Harta jest moim zdaniem najlepszym filmem Vaughna. To w równej mierze hołd, co pastisz starych produkcji o Jamesie Bondzie. Łącząc niewybredny humor, fenomenalne sceny akcji i lekki ton Vaughnowi udało się tchnąć nową energię w zatęchłą konwencję. W momencie, gdy producenci filmów o Bondzie stawiali na realistyczne podejście, Vaughn przypomniał widzom dlaczego miliony pokochały przegięte opowieści o szpiegach z Moore’em i Connerym całe dekady temu.

Taron Egerton jako szpieg-nowicjusz, Colin Firth wcielający się w jego mentora-dżentelmena i Samuel L. Jackson w roli szaleńca, chcącego przejąć władzę nad światem. Wszyscy czują się w przerysowanej konwencji filmu niczym w garniturach szytych na miarę. Całość jest sprawnie napisana, błyskotliwa i potrafi zachwycić scenami akcji (rozwałka w kościele wciąż pozostaje choreograficzno-operatorskim majstersztykiem). Vaughn i scenarzystka Jane Goldman (współpracująca z reżyserem od “Gwiezdnego pyłu” do drugiej części “Kingsmana”) balansują często na cienkiej granicy dobrego smaku, ale finalnie nawet najbardziej przegięte motywy służą opowiadanej historii i przegiętemu na maksa klimatowi.

Twórcy z lubością korzystają również z wyższej kategorii wiekowej, tym samym pokazując, jak mogłyby wyglądać przygody 007, gdyby ich producenci byli mniej pruderyjni. Druga część “Kingsmana”, zatytułowana “Złoty krąg”, według wielu próbowała ulepszyć to, co dobrze działało w jedynce. W myśl zasady “więcej, szybciej, głośniej” i z tego też powodu stała się mniej angażująca. Z kolei prequel “Pierwsza misja” (napisany bez Goldman) całkowicie zrezygnował ze stylistyki, humoru i energetycznej narracji, które zadecydowały o sukcesie pierwszej części.

Zabawa kinem i miłość do popkultury

Kadr z filmu “Przekładaniec” (2004, reż. Matthew Vaughn), fot. Columbia Pictures

Matthew Vaughn na przestrzeni lat wypracował sobie charakterystyczny styl wizualny, a także znalazł sposób na tworzenie literackich i komiksowych adaptacji przy jednoczesnym zachowaniu twórczej kontroli. Tym, co odróżnia jego filmy od taśmowo produkowanych akcyjniaków i tworzonych na potęgę ekranizacji komiksów jest kreatywna swoboda, która pozwala mu opowiadać te historie po swojemu. Jest ona widoczna zarówno w bardziej autorskich projektach (do których można zaliczyć “Kick-Assa” i “Kingsmana”), jak i w filmie, który musiał się wpisać w większe uniwersum (czyli “X-Men: Pierwsza klasa”). Charakterystyczne przerysowanie, luźny ton i ogrywanie na różne sposoby motywów przemielonych przez popkulturę dają wciągającą mieszankę. Dodajmy do tego formalne wysmakowanie (płynne ruchy kamery, pomysłowe cięcia montażowe, choreograficzna precyzja), a otrzymamy kino rozrywkowe najwyższej próby.

Może i brakuje mu subtelności, ale mało kto bawi się kinem z taką swobodą, co Matthew Vaughn. Jednak czego oczekiwać po reżyserze, który wśród produkcji mających na niego największy wpływ, wymienia przygody Indiany Jonesa, Jamesa Bonda, filmy Tarantino i “Gwiezdne Wojny”? Mimo potknięć w ostatnich latach (wspomniany prequel “Kinsgmana” nie był tym, czego widzowie oczekują po tej serii) jego kreatywność (wyrażana zwłaszcza w zapadających w pamięć i obłędnych wizualnie scenach akcji) nie pozwala mu usiedzieć na miejscu. Na dwudziestolecie pracy reżyserskiej do kin wchodzi “Argylle”, zaś sam Vaughn mówi z radością o planach na przyszłość. Wśród nich m.in. domknięcie trylogii “Kingsman” z Egertonem i Firthem; plan wyprodukowania kolejnych filmów z serii “Kick-Ass” (których reżyserią zajmie się etatowy kaskader Vaughna, czyli Damien Walters), a także pomysł na film o Supermanie (który, z racji nowego plany na fimowe DC raczej nigdy nie zostanie zrealizowany).

Jan Sławiński

Jan Sławiński

Absolwent Filmoznawstwa (I i II stopień) oraz Tekstów Kultury (II stopień) na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikuje w internecie, prasie specjalistycznej („Ekrany”, „Czas Literatury”, „Zeszyty Komiksowe”) oraz tomach zbiorowych („1000 filmów, które tworzą historię kina”, „Poszukiwacze zaginionych znaczeń”). Od ponad dziesięciu lat prowadzi autorskiego bloga jako Anonimowy Grzybiarz.
News will be here