News will be here
„Monarch: Dziedzictwo potworów“ – Godzilla na drugim planie [Recenzja]

Można odnieść wrażenie, że Godzilla w ostatnich latach pojawia się na ekranach równie często, jak za czasów swojej największej świetności. Filmy z tym potworem ściągają ludzi do kin, więc nic dziwnego, iż postanowiono ich również zwabić przed telewizory, za pomocą serialu.

Choć od startu platformy Apple TV+ minęło zaledwie kilka lat, to już można śmiało powiedzieć, że jej katalog produkcji jest jednym z najciekawszych. Oczywiście nie jest aż tak obszerny, jak u konkurencji, ale jakościowe tytuły nieustannie zachęcają widzów, by po nie sięgać. Wielkie nazwiska twórców i artystów są obecne u Apple właściwie od początku ich streamingu. Teraz przyszedł czas na duże franczyzy, z czego jedną jest właśnie obecność najsłynniejszego kinowego potwora.

Wyatt Russell i Mari Yamamoto w "Monarch: Dziedzictwo potworów“ (2023) fot. Apple TV+.

Z DUŻEGO EKRANU NA MAŁY

„Monarch: Dziedzictwo potworów“ to rozszerzenie uniwersum potworów (MonterVerse) stworzonego przez WarnerBros i Legendary. W serialu poznajemy historię organizacji Monarch, którą stale pojawiała się w takich filmach jak „Godzilla“, Kong. Wyspa Czaszki“ czy „Godzilla vs Kong“. Obecnych jest również wiele nawiązań do postaci i wydarzeń znanych ze wspomnianych filmów.

Akcja serialu dzieje się w roku 2015, rok po wydarzeniach z filmu Garetha Edwardsa i ataku potworów na San Francisco. Młoda nauczycielka Cate (Anna Sawai) przeżyła tamte wydarzenia i postanawia się dowiedzieć, co stało się z jej ojcem, który najprawdopodobniej zmarł. Wybiera się więc w podróż do Japonii, gdzie okazuje się, iż prowadził on podwójne życie i w kraju kwitnącej wiśni posiadał drugą rodzinę. Na dodatek ojciec najprawdopodobniej wciąż żyje, lecz pozostaje zaginiony. Wraz ze swoim przybranym bratem (Ren Watabe) próbuje dowiedzieć się, co stało się z ich ojcem i z biegiem czasu natrafiają na ślad tytułowej tajnej organizacji – Monarch. W międzyczasie dołącza do nich przyjaciółka brata Cate oraz były wojskowy Lee Shaw – w tej roli Kurt Russel.

Kurt Russell w "Monarch: Dziedzictwo potworów“ (2023) fot. Apple TV+.

EFEKTOWNY SERIAL O GODZILLI

Co prawda Godzilla nie jest głównym bohaterem serialu, to wielokrotnie się w nim pojawia – zarówno osobiście, jak i jest wspominany. Nie można jednak sprowadzać serialu, tylko i wyłącznie do tego potwora. Pojawia się w nim również kilka innych, a całość jest zapleczem wszystkiego, co mogliśmy zobaczyć w kinowych produkcjach tego uniwersum. Ciekawym jest właśnie to, że akcja rozgrywa się w kilku płaszczyznach czasowych i na przełomie kilku dekad możemy poznać historię organizacji Monarch. Jednym z głównych łączników tej opowieści jest postać Lee Shawa, granego przez Kurta Russella i… jego syna, Wyatta Russella. Oczywiście grają tę samą postać, ale z różnych czasów.

Do samej fabuły i prowadzenia historii, można się tu przyczepić, ale mam wrażenie, że w tym serialu nie do końca chodzi o pełną spójność. Tu powinno być przede wszystkim efektownie i dobrych efektów wizualnych odmówić tej produkcji nie można. Być może ich skala nie jest na miarę produkcji kinowych, ale jakość w pełni im dorównuje. Zresztą, serial ma przede wszystkim skupiać się na ludzkich bohaterach i ich historiach, a nie tylko i wyłącznie potworach. Niestety, te historie nie są aż tak wciągające, byśmy rozpamiętywali je przed długi czas po seansie.

Ren Watabe, Kiersey Clemons i Anna Sawai w "Monarch: Dziedzictwo potworów“ (2023) fot. Apple TV+.

TRAKTUJMY CAŁOŚĆ Z PRZYMRUŻENIEM OKA

Właśnie, tej produkcji moim zdaniem nie da się oglądać w pełni na poważnie. Tego byli świadomi chyba nawet sami twórcy, którzy często puszczają jakby oko do widzów, mając na myśli, żeby nieco „zluzowali“. Poza tym produkcja ma w sobie sporo poczucia humoru. Zwłaszcza postać grana przez Russellów dwóch nie raz rzuca jakimiś „sucharami“ i onelinerami. Dodatkowo postacie często wychodzą z ogromnych opresji bez żadnych, nawet najmniejszych zadrapań – a przypomnijmy, że bohaterami są młodzi cywile bez żadnego szkolenia, czy doświadczenia wojskowego. Jednak wielkie blockbustery, a zwłaszcza filmy z MonsterVersezdarzyły już nas do takich rzeczy przyzwyczaić. Jeśli komuś to nie przeszkadza i potrafi taki stan rzeczy zaakceptować, to sam serial powinien dawać większą radość. Jeśli jednak ktoś nie potrafi przełknąć tego typu głupotek, to może się tą produkcją naprawdę srogo rozczarować.

Kadr z "Monarch: Dziedzictwo potworów“ (2023) fot. Apple TV+.

Mimo że w ogólnym rozliczeniu serial mi się podobał i zawsze czekałem na kolejny odcinek, to uważam, że jest ich nieco za dużo. Całość sezonu można było spokojnie skrócić o 2, może nawet 3 odcinki i bardziej skoncentrować tę historię. Momentami bowiem dostajemy dłużyzny i sporo niepotrzebnych scen. Jednak jak wspomniałem wcześniej, sam serial na poziomie rozrywkowym naprawdę spełnia swoje założenia. Jeśli ktoś szuka pozycji nieco bardziej nastawionej na dramatyzm, a w którym również zobaczymy wielkiego Godzillę, to polecam film „Godzilla Minus One“, choć chyba aktualnie nie ma już go na ekranach polskich kin i trzeba czego na jego premierę na streamingach.

Jan Urbanowicz

Jan Urbanowicz

Kinem jestem zafascynowany niemalże od kołyski, a przygody z nim zaczynałem od starych westernów i musicali z lat pięćdziesiątych. Kocham animacje Disneya, amerykańską popkulturę, "Gwiezdne wojny" i "Powrót do przyszłości". W filmach uwielbiam, że mogę spoglądać na świat z czyjejś perspektywy. Od wielu lat tworzę i współprowadzę podcasty o tematyce filmowej.

News will be here