„Thor: Miłość i grom” – asgardzka noc kabaretowa

Kolejna odsłona superbohaterskiej epopei Marvela trafiła na ekrany kin. Za kamerą czwartej części przygód Thora ponownie stanął Taika Waititi. Co oferuje najnowszy film Nowozelandczyka?

ak na zaledwie dwugodzinne widowisko „Thor: Miłość i grom” Taiki Waititiego próbuje pogodzić zaskakująco wiele wątków. Mamy tu Thora szukającego swojego miejsca we wszechświecie. Mamy chorą Jane Foster, która okazuje się godna władania potężnym Mjolnirem. Jest też Gorr Bogobójca, czarny charakter filmu, próbujący wybić wszystkich bogów. Na dalszym planie pojawiają się Walkiria i przemieniony w atrakcję turystyczną Nowy Asgard. Wielkie dramaty mieszają się z elementami komediowymi bez większego ładu i składu. Czy sprawdza się tu stare porzekadło, że od nadmiaru głowa nie boli?

„Thor: Miłość i grom” czyli przełamanie jako główna strategia twórcza

Marvel Studios' Thor: Love and Thunder | Official Trailer
https://www.youtube.com/watch?v=Go8nTmfrQd8
CR: Marvel Studios
„Thor: Miłość i grom” (reż. Taika Waititi, 2022), fot. Disney. - Kadr z filmu

Już po „Thor: Ragnarok” narzekałem, że specyficzny humor Nowozelandczyka ma negatywny wpływ na dramaturgię. Trudno było mi poważnie traktować wątek Heli, gdy co chwilę reżyser przełamywał konwencję niewyszukanym żartem. Niestety, w „Miłości i gromie” jest podobnie. Ciężko uwierzyć w miłosne rozterki bohaterów, a także w ogromne zagrożenie, gdy co chwilę poważne wątki przerywa się niesubtelnym gagiem. Czasem ta strategia działa, jednak przez fakt, że niemal każda scena musi zakończyć się żarciochem, po pewnym czasie czułem po prostu znużenie. Nie mam nic do komediowych przerywników, ale tu zabrakło mi umiaru, wyczucia i subtelności. Wolałbym, by reżyser nie mieszał tak ze sobą stylistyk, a także ograniczył liczbę wątków.

Akcja gna na łeb na szyję, więc większość tematów potraktowano po macoszemu. Potencjał postaci Walkirii, a także polityczna zależność Nowego Asgardu od rządu USA to drugoplanowe elementy, które mogły uczynić film lepszym, gdyby je dopracować. Wątek choroby Jane, choć poruszający, znika gdzieś pod natłokiem całej reszty. Trudno bać się Gorra, gdy wszystkie okropieństwa, jakich się dopuszcza, odbywają się poza kadrem. Być może najciekawsze pytania – o moralność bogów oraz to, czy w czasach superbohaterów starzy bogowie są jeszcze komukolwiek potrzebni – zostają niemal zlekceważone.

Marvel gonna Marvel

„Thor: Miłość i grom”, fot. Disney - Materiał promocyjny filmu

Marvel Cinematic Universe funkcjonuje w popkulturze od 2008 roku, a ostatnio jest eksploatowane z jeszcze większą intensywnością. Niemal co miesiąc dostajemy nowy film lub serial rozgrywający się w tym świecie, co wpływa negatywnie na poziom samych produkcji. Zdarzają się wyjątki (jak bardziej autorski „Doktor Strange w multiwersum obłędu”), jednak trudno znaleźć w serii te same emocje, które towarzyszyły wcześniejszym odsłonom MCU (żeby wspomnieć „Strażników Galaktyki” czy „Kapitana Amerykę: Zimowego żołnierza”).

„Thor: Miłość i grom” to w wielu miejscach produkt niedogotowany

W jego realizacji widać pośpiech. Wątki są szybko wprowadzane, zamykane lub porzucane. CGI kłuje w oczy, tempo siada, a stylistyka bywa niekoherentna. Jednocześnie formuła Marvela wciąż działa jako prosta rozrywka. Bohaterowie dają się lubić, kilka scen robi wrażenie (spotkanie z Zeusem, monochromatyczna sekwencja), a niekiedy Taika ma naprawdę dobrą intuicję (zwłaszcza wykorzystując muzykę niediegetyczną).

Nie mogę powiedzieć, że podczas seansu nowego „Thora” bawiłem się źle. Po prostu uważam, że gdyby całość wyważyć tonalnie, a niektóre elementy dopracować, to moglibyśmy dostać coś o wiele lepszego. Całość sprawdza się jedynie jako kolejny odcinek superbohaterskiego serialu. W moim przypadku jednak na pewno nie będzie to najlepiej wspominany epizod.

Zdjęcie u góry strony: Materiał promocyjny filmu "Thor: Miłość i grom" (reż. Taika Waititi, 2022), fot. Disney

Pin It
Jan Sławiński

Jan Sławiński

Absolwent Filmoznawstwa (I i II stopień) oraz Tekstów Kultury (II stopień) na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikuje w internecie, prasie specjalistycznej („Ekrany”, „Czas Literatury”, „Zeszyty Komiksowe”) oraz tomach zbiorowych („1000 filmów, które tworzą historię kina”, „Poszukiwacze zaginionych znaczeń”). Od ponad dziesięciu lat prowadzi autorskiego bloga jako Anonimowy Grzybiarz.