Kadr z filmu "Szklana pułapka" (reż. John McTiernan, 1988), fot. Imperial Entertainment

Włączony telewizor towarzyszy większości polskich rodzin w czasie świąt. Niekiedy jest elementem tła, innym razem bardziej skupia na sobie uwagę. W moim domu nie jest inaczej, ale nie uświadczy się tu świątecznych hitów.

Może się wydawać, że obowiązkowym seansem każdych świąt bożonarodzeniowych jest “Kevin sam w domu”. W Polsce święta bez Kevina można uznać za nieważne. To stały element ramówki telewizyjnej nadawany po wigilijnej kolacji. Która stacja puszcza film Chrisa Columbusa, ta ma zapewnioną obecność w polskim domu. To niemal synonim wyrażenia filmy świąteczne w naszym kraju. Jednak w moim rodzinnym domu, a więc tam, gdzie spędzam święta, “Kevin...” jest zakazany.

U starszego pokolenia wywołuje irytację, więc zastępują go kryminały i procedurale, thrillery i historie z dreszczykiem (ale to temat na inny tekst). Dlatego też, choć znam tę popularną produkcję, to nie do końca rozumiem jej kultowy status. Ot, niezły film familijny, z kilkoma udanymi gagami, ale nic, co chciałbym rzeczywiście oglądać każdego roku. Miłość do “Kevina samego w domu” nie płynie w moich żyłach na równi z tą do wigilijnego barszczu z uszkami czy sałatki jarzynowej – pozostałych elementów, bez których Polacy nie wyobrażają sobie świąt.

Filmy świąteczne tworzone od sztancy

Filmy świąteczne, Święta na Alasce, Peter Sullivan, 2014, Hallmark Channel
Kadr z filmu “Święta na Alasce” (reż. Peter Sullivan, 2014), fot. Hallmark Channel

Schemat filmu świątecznego jest powtarzany na przestrzeni ostatnich kilku dekad i w mojej rodzinie wywołuje reakcje alergiczne. Wywodzi się z dickensowskiej “Opowieści wigilijnej”, którą pisarz stworzył, by nieco podreperować skromne dochody. Zaskakujący sukces tej nowelki zuniwersalizował sposób opowiadania o świętach Bożego Narodzenia (zarówno w kinie, jak i innych mediach) jako o okresie, kiedy liczy się wspólnota i dobroczynność, a sacrum przenika się z profanum. Od tak zaprojektowanej sztancy wybijane są kolejne świąteczne hity.

Pokrzepiające opowieści z happy endem o zakopywaniu wojennego topora i magii świąt, która potrafi przezwyciężyć największe przeszkody losu. Wychodzi to oczywiście raz lepiej (jak w przypadku klasycznej produkcji “To wspaniałe życie” czy nowszej, ale równie kultowej “To właśnie miłość”, która doczekała się polskiego odpowiednika w postaci serii “Listy do M.”), a raz gorzej. Niemal każda stacja telewizyjna i serwis streamingowy musi mieć własny świąteczny hit. Realizowane taśmowo, bez polotu, niskim kosztem i w krótkim czasie produkcje przypominają często produkty filmopodobne, a nie pełnoprawne dzieła kinematograficzne.

Filmy świąteczne – cechy charakterystyczne

Filmy świąteczne, Grinch: świąt nie będzie, Ron Howard, 2000, Universal Pictures
Kadr z filmu “Grinch: świąt nie będzie” (reż. Ron Howard, 2000), fot. Universal Pictures

Szczerze wierzę, że naiwne, schematyczne i okropnie zagrane filmy świąteczne mogą zabić ducha świąt. Dlatego też, zamiast oglądać kolejny takim sam melodramat z zupełnie anonimowymi aktorami, lepiej na własną rękę poszukać innych produkcji. Chcąc się pokusić o definicję kina świątecznego (by wiedzieć, czego unikać), warto wziąć pod uwagę pewne charakterystyczne cechy, które możemy kojarzyć z tym specyficznym nurtem. Są to między innymi:

  • Osadzenie akcji w okresie świąt Bożego Narodzenia i obowiązkowe sceny spaceru w śniegu i podziwiania świątecznych wystaw
  • Znacząca ikonografia bezpośrednio kojarząca się z obchodami świąt (prezenty, choinka, mikołajowe czapki, domowe wypieki)
  • Charakterystyczna paleta kolorystyczna (zwłaszcza dotycząca kostiumów i dekoracji w barwach złoto-zielono-czerwonych)
  • Fabuła, której punktem wyjścia jest zmiana otoczenia (np. powrót do rodzinnego miasteczka na czas świąt) i prezentująca najlepiej skłóconych ze sobą bohaterów o rodzinnych konotacjach, którzy dzięki magii świąt mają szansę na pojednanie i wybaczenie win
  • Ścieżka dźwiękowa wypełniona po brzegi kolędami i świątecznymi szlagierami, wiadomo bowiem, że muzyka jak mało który środek filmowego wyrazu ewokuje pożądany klimat

Alternatywne kino świąteczne

Przy odrobinie wyobraźni i dobrej woli łatwo znaleźć alternatywę dla generycznych filmów bożonarodzeniowych, których stacja Hallmark Channel potrafi wyprodukować nawet kilkadziesiąt rocznie. Dobrym pomysłem jest na przykład obejrzenie “Dzikiej nocy”. To film, który spełnia wszystkie wymogi klasycznego filmu świątecznego, a jednocześnie dzięki gatunkowej przewrotce i bezpardonowemu podejściu do przemocy potrafi zaskoczyć. Jeśli nie jesteście przekonani, to może moja recenzja was zachęci, by polować na niego w przyszłe Boże Narodzenie.

Święta to czas odpoczynku, więc doskonale rozumiem, że sprzyja on powtórkom. Jeśli więc wolicie coś znanego, to nieustannie mogę polecić takie filmy świąteczne jak “Powrót Batmana” Tima Burtona, “Szklaną pułapkę” z Bruce’em Willisem czy któryś z filmów Shane’a Blacka (jak “Zabójcza broń” czy “Kiss Kiss Bang Bang”). Rozgrywają się one w czasie świąt, choć Boże Narodzenie nie jest tematem przewodnim.

Święto to raczej dodaje smaczku opowiadanym historiom, a także sprawia, że kino akcji w takim wydaniu nabiera specyficznego klimatu. Wystarczy przypomnieć sobie pokryte śniegiem ulice gotyckiego Gotham City, aby poczuć chęć powrotu do tego filmu. Mimo że “Szklana pułapka” rozgrywa się w większości w budynku Nakatomi Plaza, to i tam da się poczuć ducha świąt. Pomijając nawet świąteczne piosenki na ścieżce dźwiękowej, to trudno wyrzucić z pamięci martwego terrorystę w czapce Świętego Mikołaja, któremu McClane odebrał karabin (“Now I Have A Machine Gun Ho-Ho-Ho”).

Nawyki odbiorcze w czasie świąt

Filmy świąteczne, Kevin sam w domu, Chris Columbus, 1990, 20th Century Fox
Kadr z filmu “Kevin sam w domu” (reż. Chris Columbus, 1990), fot. 20th Century Fox

Dlaczego jednak wymieniam filmy, które na pewno znacie i, mam nadzieję, lubicie? Ze względu na specyficzny sposób przyswajania treści audiowizualnych w czasie świąt. Nie oszukujmy się, rzadko kiedy nadarza się okazja, żeby obejrzeć coś z pełną uwagą. Filmy świąteczne puszcza się w tle, między dokładką serniczka a kolejną porcją sałatki jarzynowej. Zagłuszają je rozmowy z dawno niewidzianymi krewnymi, powtarzane do znudzenia kawały wąsatego wujka i domowy harmider towarzyszący rodzinnym spędom.

Filmy świąteczne mają pełnić funkcję tła podczas ubierania choinki albo gotowania wigilijnych potraw; tylko czasem przyciągnąć wzrok, a nie całkowicie absorbować uwagę widza. Pewnie dlatego też produkowane taśmowo produkcje świąteczne są tak schematyczne, a oglądany po raz setny “Kevin…” cieszy się niesłabnącą popularnością. Nawet gdy przegapimy dwadzieścia minut z leniwie rozwijającej się fabuły (albo tej, którą już znamy na pamięć), to i tak bez problemu połapiemy się we wszystkich wątkach, a tym samym satysfakcja z odbioru się nie zmieni.

Schematyczność bożonarodzeniowego kina, brak oryginalności w operowaniu znanymi motywami stają się tym samym atutami produkcji okołoświątecznych – obniżają próg, który pozwala satysfakcjonująco śledzić fabułę bez koniecznego zaangażowania emocjonalnego lub percepcyjnego. Filmy w okresie bożonarodzeniowym nie są na pierwszym miejscu, co łączy się z przesłaniem większości produkcji świątecznych – ma to być czas spędzony z rodziną, a nie przed ekranem. Nie bądźcie więc zbyt wymagający, gdy w rodzinnym gronie będziecie wybierać produkcję, która ma wam towarzyszyć podczas trawienia dwunastu wigilijnych potraw.

Jan Sławiński

Jan Sławiński

Absolwent Filmoznawstwa (I i II stopień) oraz Tekstów Kultury (II stopień) na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikuje w internecie, prasie specjalistycznej („Ekrany”, „Czas Literatury”, „Zeszyty Komiksowe”) oraz tomach zbiorowych („1000 filmów, które tworzą historię kina”, „Poszukiwacze zaginionych znaczeń”). Od ponad dziesięciu lat prowadzi autorskiego bloga jako Anonimowy Grzybiarz.