News will be here
“Żegnajcie laleczki” – skamielina z innej epoki [Recenzja]

Wieloletnia współpraca braci Coen dobiegła końca. Joel nieoczekiwanie (i z nieoczekiwanie wybornym skutkiem) zwrócił się ku dramatowi, realizując czarno-białą “Tragedię Makbeta” w 2021 roku. Tymczasem jego brat, Ethan, dalej kroczy ścieżką gatunkową wydeptaną przez komedie kryminalne, czego efektem jest film “Żegnajcie laleczki”. I on okazał się niespodzianką, ale niestety z rodzaju tych nieprzyjemnych.

Jamie (Margaret Qualley) i Marian (Geraldine Viswanathan) to dwie lesbijki, które postanawiają rzucić wszystko i wyjechać do Tallahassee. Wynajmują samochód i ruszają w podróż. Zrządzeniem losu auto miało zostać przekazane gangsterom i w bagażniku skrywa tajemniczą walizkę. Nieświadome niebezpieczeństwa dziewczyny kontynuują wyprawę po USA, zatrzymując się w przydrożnych motelach. Jamie jest pewna siebie i nie przepuści żadnej okazji na szybki numerek, z kolei Marian od lat tkwi w wymuszonym celibacie. Czy dwóm przyjaciółkom uda się rozpocząć nowe życie i uciec niebezpiecznemu gangsterowi (Colman Domingo)? I co właściwie zawiera tajemnicza walizka? Na te pytania odpowiada film “Żegnajcie laleczki” Ethana Coena.

“Żegnajcie laleczki” – przedatowana komedia kryminalna

Kadr z filmu “Żegnajcie laleczki” (2024, reż. Ethan Coen), fot. Universal Pictures.

Osadzenie fabuły filmu “Żegnajcie laleczki” pod koniec lat 90. XX wieku współgra z ogólnym tonem całości, bo to komedia wyciągnięta jakby z innej epoki. Przywodzi na myśl szczeniackie produkcje w rodzaju “Eurotripu” z początku XXI wieku. Z tą różnicą, że duet napalony mięśniak / nieśmiały prawiczek zastąpiono dwoma lesbijkami, a do całości dodano wątek kryminalny. Abstrahując już od żenującego poziomu żartów z brodą, które kręcą się tylko i wyłącznie wokół seksu, nowy film Ethana Coena nie ma wiele do zaoferowania.

Bohaterki są absolutnie nijakie: jedną charakteryzuje teksański akcent i wieczna chcica, drugą – pruderyjny ubiór i taki styl bycia. Fabuła? Przez większość filmu nic się nie dzieje. Dziewczyny jadą autem i gadają o seksie, a odkrycie tajemniczej walizki niespecjalnie wpływa na rozwój wypadków. Mimo że po piętach bohaterkom depczą groźni przestępcy, którzy chcą odzyskać, co ich, to próżno szukać napięcia, które powinno być rdzeniem tego typu opowieści. Mimo że w całości słychać echa filmów Tarantino (walizka gangsterów jako MacGuffin) i samych Coenów (psychodeliczne wizje, wprowadzone całkowicie od czapy, mogą kojarzyć się z “Big Lebowskim”), to niestety, nic z tego nie wynika. Fabuła toczy się niespiesznie, problemy rozwiązują się same (finał jest doprawdy idiotyczny), a bohaterki nie przechodzą żadnej drogi. “Żegnajcie laleczki” ogląda się z kamienną twarzą, bo film ten nie oferuje ani udanej komedii, ani wciągającej opowieści, ani interesującego portretu młodych kobiet.

W poszukiwaniu straconego czasu

Kadr z filmu “Żegnajcie laleczki” (2024, reż. Ethan Coen), fot. Universal Pictures.

Nawet w najgorszym filmie można wybaczyć kiepskie żarty, gdy tylko cała reszta stoi na przyzwoitym poziomie. Niestety “Żegnajcie laleczki” to nie ten przypadek. Film zawodzi pod każdym względem, a co najgorsze – sprawia wrażenie zupełnie oderwanego od rzeczywistości. Nie opowiada o lesbijkach ani o gangsterach, a o pewnym wyobrażeniu obu tych grup. O ile nie będę się czepiał o popkulturowy obraz przestępców-nieudaczników, tak portret obu lesbijek przyprawia już o ciarki żenady. Film Coena sprawia wrażenie, jakby reżyser miał 90 lat i usłyszał od kogoś, że na świecie istnieją lesbijki, a następnie na bazie zasłyszanych informacji i własnych wyobrażeń o tejże grupie mniejszościowej stworzył pretekstowe portrety głównych bohaterek.

Scenariusz filmu “Żegnajcie laleczki”, napisany przez Coena i jego biseksualną żonę, przeleżał w szufladzie ponad dwie dekady. To czuć, bo jest on pełen krzywdzących stereotypów i klozetowego humoru, a co gorsza ani przez moment nie bawi, mimo że stara się być bardzo “cool”. Scenarzystka Tricia Cooke, a jednocześnie montażystka trzech wcześniejszych filmów braci Coen, wśród inspiracji wymienia m.in. kino eksploatacji, produkcje Johna Watersa, a także film “Alicja już tu nie mieszka” Martina Scorsesego. To ślepe uliczki interpretacyjne, albowiem w gotowym produkcje ciężko odnaleźć szaleństwo Watersa czy miłość do kina twórcy “Chłopców z ferajny”. Jeśli mam być szczery, to muszę przyznć, że dawno nie widziałem tak złego filmu podpisanego przez tak uznanego reżysera. Dalsze kopanie leżącego nie ma sensu, czyli mówiąc krótko: szczerze odradzam wyjście do kina, a i seans w domowych warunkach wydaje się zwykłą stratą czasu.

Jan Sławiński

Jan Sławiński

Absolwent Filmoznawstwa (I i II stopień) oraz Tekstów Kultury (II stopień) na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikuje w internecie, prasie specjalistycznej („Ekrany”, „Czas Literatury”, „Zeszyty Komiksowe”) oraz tomach zbiorowych („1000 filmów, które tworzą historię kina”, „Poszukiwacze zaginionych znaczeń”). Od ponad dziesięciu lat prowadzi autorskiego bloga jako Anonimowy Grzybiarz.
News will be here