News will be here
Fot. Edwin Bejarano/Pixabay

Nie po raz pierwszy japoński gigant branży gamingowej pokazał swoją potęgę. Oczywiście spór prawny, który unicestwił firmę tworzącą emulator do gier Nintendo, nie wpłynie dobrze na odbiór tych ostatnich przez społeczność graczy. Sprawa ma jednak znacznie większą wagę.

Nintendo i gracze nie od dziś funkcjonują w czymś, co anglojęzyczna część świata określa mianem love-hate relationship. Wielokrotnie nie można było odbiorcom odmówić racji, gdy ci krytykowali działania japońskiej korporacji. Nintendo ma bowiem bardzo specyficzny sposób działania w biznesie – trochę jakby nadal tkwiło w początkach kapitalizmu, bezceremonialnie ignorując to, jak zmienia się sytuacja na świecie. Zupełnie jak gdyby jednym z największych producentów gier wideo zarządzała grupa panów w podeszłym wieku, których zupełnie nie interesuje ich produkt...

Na przestrzeni lat obrywało się twórcom treści wideo, recenzentom gier i streamerom, którzy chcieli ogrywać tytuły Nintendo. Leciały demonetyzacje za rzekome łamanie praw autorskich, choć większość użytkowników internetu ma świadomość, jak istotne role odgrywają wyżej wymienieni w promocji gier – najczęściej odbywającej się w sposób zupełnie organiczny i nie wymagający od twórców gry zaangażowania finansowego. Tymczasem Nintendo najwidoczniej wolałoby zapłacić, ale zachować kontrolę nad przekazem. I co by o ich trącących myszką strategiach nie mówić, trzeba przyznać, że... w sumie działają.

Nieco inaczej mają się najświeższe nowinki ze Switchowego świata. Otóż 4 marca, gdy Nintendo pozwało twórców Yuzu, żądając od nich zaprzestania działalności, japoński gigant nie zaatakował konkretnej grupy ludzi. Powstałe w tym przypadku zamieszanie nie uderza bowiem w firmę, która umożliwiała granie w tytuły Nintendo bez Switcha. To trzęsienie ziemi dla całej branży emulacji gier wideo i swoiste ostrzeżenie dla każdego, kto w niej działa.

Wśród twórców emulatorów jest tylko jedna zasada: nie mówić o piractwie

The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom, Nintendo
Kadr z “The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom”, fot. Nintendo

Oczywistym jest, że możliwość grania w gry Nintendo bez posiadania ich konsoli równe jest piractwu. Proceder, który w naszej części świata zdaje się melodią barwnej przeszłości kształtującego się na nowo państwa, w wielu częściach świata wciąż ma się dobrze. I choć od dekad trwają dyskusje dotyczące tego, czy aby piractwo nie jest czymś w rodzaju wersji demo, która część graczy przekona do zakupu oryginalnej gry, podczas gdy część nieprzekonana najpewniej i tak by danego tytułu nie kupiła, w przypadku Nintendo mówimy o czymś więcej.

Czasy ekskluziwówzdają się odchodzić w niepamięć – nawet słynące dotąd z genialnych, wydawanych jedynie na PlayStation tytułów Sony zaczęło jakiś czas temu otwierać się na graczy pecetowych i wiele wskazuje na to, że trend ten zamierza utrzymać. Oczywiście będą oni musieli swoje odczekać, ale i wilk będzie syty, i owca cała. Nintendo od zawsze stanowi jednak przykład odrębny. To cały, zamknięty ekosystem, który funkcjonuje dzięki wzajemnemu napędzaniu się sprzedaży konsol poprzez tytuły i tytułów poprzez jedyne konsole, na których możemy je odtworzyć. Tak zażarte bronienie nie powinno zatem dziwić, choć ewidentnie przydali by się im lepsi piarowcy.

Należy jednak podkreślić, że choć akurat w tym przypadku mamy do czynienia z jawnym piractwem, emulowanie gier ma też olbrzymie znaczenie w zupełnie legalnym zakresie. Tymczasem trzęsienie ziemi, jakie przeżywa branża, najpewniej dotknie obie frakcje.

Nintendo zatrzęsło branżą, która jest potrzebna nie tylko piratom

RetroArch
Fot. RetroArch

W reakcji na pozew przeciw Yuzu wielu developerów już podjęło działania chroniące ich przed podzieleniem losu ofiary Nintendo. Część wycofuje się ze swoich projektów lub zupełnie zmienia programistyczne zainteresowania. Inni jedynie wyciszają działalność, by nie stać się kolejnym celem ataku. Są jednak i tacy, których sprawa Yuzu... cieszy. Mają bowiem świadomość, że akurat oni pozwalali sobie na zbyt wiele. Całą sytuacją można natomiast przekuć na własną korzyść, traktując błyskawiczny, załatwiony bez angażowania sądu spór jako swoisty poradnik, czego nie robić.

Faktem jest, że mówimy o grupkach ludzi, którzy – nawet jeśli czerpią ze swojej działalności korzyści finansowe – nie są w stanie pojedynkować się z gigantem w sądzie. Koszty prawne były zbyt wielkie, a wynik raczej niekorzystny. Zwyczajnie nie warto. Warto natomiast trzymać zdrowy dystans i nie wychylać się – nie promować piractwa, nie ułatwiać go, nie tworzyć poradników... Po prostu programować. I zapewne wiele tego jeszcze zobaczymy, bo choć sytuacja jest poważna, już stała się memem. Truchło Yuzu jeszcze nie ostygło, a już pojawiło się kilku następców – niczym po odcięciu łba hydry.

Może się zatem okazać, że Nintendo wcale nie ukróciło procederu. Patrząc jednak na sytuację zupełnie z boku, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nie taki był cel. Wszak piractwa nie sposób zakończyć – ale jeśli inwestorzy nie będą bombardowani informacjami o nim, gigantowi wcale nie musi ono przeszkadzać. Czy skala się zmniejszy? Niekoniecznie. Będzie za to rozmyta, a gdy cyferki wyglądają lepiej, biznes jest jakiś taki spokojniejszy.

Damian Halik

Damian Halik

Kulturoholik, level 99. Czas na filmy, książki, komiksy i gry, generowany gdzieś między pracą a codziennymi obowiązkami, zawdzięcza opanowaniu umiejętności zaginania czasoprzestrzeni.

News will be here