Zdjęcie z materiałów Przemka Rudzkiego

Przemek Rudzki to prawdopodobnie najwybitniejszy ekspert Premier League w naszym kraju, ale na pewno jej największy entuzjasta! Wieloletni dziennikarz Canal+ i były redaktor naczelny "Przeglądu Sportowego". Człowiek, którego zniknięcie z Twittera odbiło się wielkim echem w środowisku sportowym… a jego nowa książka "Bagno" jest prawdziwym hitem.

“Bagno. Czternaście historii o ucieczce” to zapiski z obserwacji życia codziennego. Dogłębne studium małomiasteczkowości, która drzemie gdzieś w każdym z nas! O tym, jak bagno staje się synonimem porażki, ale również bodźcem do ucieczki za lepszym życiem, rozmawiam z autorem – Przemkiem Rudzkim.

Jakie było Twoje bagno?

P.R.: Myślę, że moje bagno jest bardziej mentalne. Wychowałem się w małym miasteczku, gdy tam mieszkałem, miało około trzydziestu ośmiu tysięcy mieszkańców, mówię oczywiście o Czeladzi. Jednak miałem bardzo szczęśliwe dzieciństwo i to jest największy paradoks tego dorastania w bagnie. Bo z jednej strony wychowałem się w wyżu demograficznym, gdzie było bardzo dużo chłopaków, którzy grali w piłkę. Wychowałem się w takiej górniczej enklawie kilku bloków, gdzie było czterdziestu a może nawet pięćdziesięciu chłopaków, plus-minus w moim wieku. Boisko było zawsze zapełnione.

Potrafię patrzeć na to swoje bagno jak na taki związek, który się rozpadł. Wyciągam z niego dobre chwile. Z drugiej strony wiem, patrząc na dorastanie mojej córki, że ona, rodząc się w Warszawie, miała na starcie inne możliwości. To bagno mentalne polega na tym, że nie masz wielu opcji i nie wierzysz w to, że możesz coś zrobić, że możesz coś, że coś się wydarzy.

Dlatego kiedy ci się to już przytrafia, zdecydowanie bardziej to przeżywasz emocjonalnie. Osoba mieszkająca w Warszawie, mająca dziewiętnaście czy dwadzieścia lat, chcąca zacząć przygodę z dziennikarstwem sportowym, mogła po prostu przyjść do redakcji “Przeglądu Sportowego” czy “Piłki Nożnej” i zapytać, czy może odbyć staż. Ja takiej możliwości nie miałem. Choć oczywiście próbowałem różnych rzeczy na poziomie lokalnym.

Pisałem na stronę internetową Zagłębia Sosnowiec i moje teksty zostały tam odrzucone. Potem chciałem pracować w lokalnym radiu “Rezonans” i moje próbki głosowe też zostały odrzucone, może nawet ich nikt nie wysłuchał. Dziś trochę chce mi się z tego śmiać, bo jednak to, co wydarzyło się później, potwierdziło, że miałem dobre przeczucie co do siebie – chyba można to tak nazwać, lecz wtedy nikt tego przeczucia nie potrafił potwierdzić.

Nie masz wrażenia, że życie kiedyś było prostsze, żeby nie pokusić się o stwierdzenie szczęśliwsze?

P.R.: Było dużo prostsze! Bo jednak moje dzieciństwo, moje dorastanie, to była piłka i nauka, która przychodziła mi do pewnego momentu z bardzo dużą łatwością. Byłem takim uczniem, którego wzywało się na dywanik raczej z pytaniem, dlaczego nie chcę podciągnąć ocen z 4 na 5. Nie chciało mi się, byłem zadowolony z tego, co miałem, właściwie nic nie robiąc. To mnie później, w szkole średniej, zgubiło. Zderzyłem się okrutnie ze ścianą.

A jakie było Twoje marzenie w tamtych czasach, gdy miałeś dziesięć lat?

P.R.: Chciałam zostać piłkarzem, zawodowym. Nie wiem, czy to gdzieś kiedyś opowiadałem, ale mówiłem do mojej mamy, że będę grał w Bayernie Monachium. I nie wiem sam, dlaczego w Bayernie, nie pytaj. Tamten Bayern kojarzył mi się z czymś wielkim, zachodnim, sławnym, bogatym i lepszym. To były czasy, kiedy Bayern np. rozbił Legię. Grał też z FC Porto w finale Pucharu Europy, czyli 1987 rok, wtedy miałem dziesięć lat. 

Mówiłem więc mamie, że będę grał w Bayernie, że kupię rodzicom dom. Takie rzeczy później fajnie brzmią w wywiadach po latach, kiedy to się już wydarzyło. U mnie jednak nie zadziało się z prostej przyczyny: bo nikt mnie nie popchnął do piłki. Nie byłbym w stanie ocenić swojej skali talentu z tamtych czasów. Po prostu nie sprawdziłem się w tzw. piłce zorganizowanej, trafiając do niej późno, w wieku szesnastu lat, i te braki były już nie do nadrobienia. Jeżdżąc na obozy przygotowawcze czy mecze, czułem, jak dużo brakuje mi do chłopaków pod względem fizycznym i motorycznym. Niestety nie miałem nad sobą takiego anioła stróża, który stanąłby nade mną i powiedział: “Synek! Weź się do roboty! Zostaw te wszystkie rzeczy dookoła i weź się do pracy!”.

W domu rodzice strasznie zafiksowali się na edukację, która była na pierwszym miejscu. I faktycznie, jak chodziłem na treningi piłkarskie, które były trzy-cztery razy w tygodniu, to strasznie ciężko było mi to pogodzić ze szkołą. W Warszawie są licea o znacznie wyższym poziomie. Ale ja chodziłem do takiego ogólniaka w Sosnowcu, który miał dość duże wymagania i nie potrafiłem tego do końca ze sobą pogodzić. Bo gdy wracałem po treningu zmęczony, nie chciało mi się uczyć i to wszystko bardzo ze sobą kolidowało.

Miałeś moment przełomowy, który to zmienił?

Pojawił się taki moment graniczny – jak na tamten czas i moją niedojrzałość, bo byłem dość postrzelonym nastolatkiem. Zrobiłem jedną bardzo dojrzałą rzecz dla siebie. Podczas zmiany szkoły, tuż przed maturą, mój nauczyciel wychowania fizycznego, później zresztą znany w regionie, czyli pan Zbigniew Szaleniec, wezwał mnie do swojego pokoiku. Zaproponował, czy nie chciałbym przychodzić do trzecioligowej drużyny na treningi, spróbować. A stało się to pod wpływem meczu pomiędzy dwiema szkołami, który graliśmy. Moje liceum przegrywało 0-2 z liceum ekonomicznym. Nie mogłem grać w pierwszej połowie, bo byłem na ważnej lekcji matmy i przybiegłem na drugą, no i wygraliśmy 3-2, a ja strzeliłem wszystkie trzy gole. Powiedziałem mu, że ja już byłem w piłce klubowej i tam gra się zupełnie inaczej.

Bywało tam tak, że miałem plastra i potrafiłem w całej rundzie strzelić tylko trzy bramki, często grzałem ławę. Dodatkowo otwarcie przyznałem, że po zmianie szkoły piłka nie jest już moim priorytetem. To było bardzo trudne, wiedziałem, że na zawsze zamykam rozdział, że to się już nie spełni. Jako junior nie byłem najlepszy. A teraz w klubie miałem grać z facetami mającymi po dwadzieścia kilka lat i oni mnie zjedzą. Nie widziałem dla siebie żadnych szans. Dlatego też – tłumacząc to sobie tym, że matura jest dla mnie ważniejsza – zrezygnowałem z wielkiego marzenia. Miałem wtedy dużą świadomość, że nigdy nie będę w piłce najlepszy, a nie interesowały mnie pośrednie stany. Kariera trzecioligowca – niekoniecznie.

Nie masz wrażenia, że ci wszyscy ludzie z bagna muszą spotkać kogoś, kto poda im rękę, żeby mogli stamtąd wyjść?

P.R.: Muszą! Bagno, jak sama nazwa mówi, wciąga! Akurat ja to dobrze wiem. Mieliśmy taką sytuację, gdy rodzice poszli na grzyby i moja mama wpadła do prawdziwego, koszmarnego bagna. Zaczęło ją wciągać i kiedy wydawało się, że już po niej, serio, mój kilkunastoletni wówczas kuzyn, który był bardzo silny, złapał się drzewa, drugą rękę podał mamie i wyciągnął ją stamtąd. I tak, metaforycznie przechodząc do pytania, tak jest i w życiu, że ktoś ci musi pomóc, żebyś nie utknął. Ja ogólnie mam szczęście do ludzi. Bo to jest takie 50/50 jeżeli chodzi o poznane osoby, czyli bilans tych, którzy mnie totalnie zawiedli kontra ci, którzy mi zawsze kibicują, jest dokładnie na zero! To całkiem niezły odsetek jak na tak podłe czasy.

Mam takiego kumpla, z którym mieszkałem na emigracji w Londynie. On jako pierwszy zapytał mnie głośno: “Ej Stary, a czy ty coś zrobiłeś w kierunku tego swojego dziennikarstwa? No to napisz coś po prostu i okaże się, czy naprawdę potrafisz! Bo jak nikt tego nie zweryfikuje, to skąd ludzie będą o tym wiedzieć?”. On poszedł spać, a ja usiadłem do klawiatury i zacząłem stukać. Zatem śmiało mogę powiedzieć, że to był mój trigger. Potrzebowałem tego startera, żeby wystrzelić! Dlatego uważam, że życie składa się z takich malutkich momentów, których czasem nie zauważamy, nie przypisujemy im wartości.

Zamykając wątek Twojego bagna, czy często wracasz na stare śmieci?

P.R.: Teraz już coraz rzadziej, ale to wynika w największej mierze z braku czasu. I z tego, że miałem przez lata weekendy bardzo mocno napakowane i zdarzało mi się, że nawet w święta był problem, bo grała liga angielska. Muszę się przyznać, że dołuje mnie Czeladź. Nie dlatego, że jest to małe miasteczko, a ja to wielki pan z Warszawy, nic z tych rzeczy, bo ja nigdy się tego pochodzenia nie wstydziłem i muszę nawet przyznać, że jestem z niego dumny. Tylko dołują mnie retrospekcje, jestem osobą sentymentalną. Jak się przejdę w jakieś miejsce, które kiedyś tętniło życiem np. jakaś górka, z której zjeżdżaliśmy na nartach czy sankach, a teraz ona jest pusta i zarośnięta krzakami, czy nasz stary basen, zasypany, i nikogo tam nie ma, poza siedzącymi ptakami, które są na okładce “Bagna”, to naprawdę dołuje.

Uznałem więc – po co sobie to robić?! Spotykasz swojego znajomego, którego nie widziałeś dwadzieścia lat i zadajesz sobie pytanie: “Ja też się aż tak postarzałem?”. Nie dostrzegamy tego, ponieważ codziennie w lustrze widzimy swoją twarz i nie mamy świadomości, jak się posuwamy w czasie. Te wszystkie dobre rzeczy czasami człowiek chce pozostawić obrazem, jakim było kiedyś. Na przykład ulubione boisko pełne życia, na którym spędziłeś dzieciństwo, gdy miałeś dziesięć lat. Z drugiej strony mam tam przyjaciół, rodzinę i taką wartość nadrzędną stanowi to, że możesz się z nimi czasami spotkać. Posiedzieć, pogadać, powspominać i to jest prawdziwe życie. A im człowiek jest starszy, tym ma więcej refleksji.

Moja córka, która ma cztery lata, jest na etapie zadawania pytań o egzystencję, co mnie szokuje. Porusza temat śmierci, bo ostatnio dużo się o tym mówiło, gdy zmarła Królowa Elżbieta II, i co się z nami dzieje po śmierci. I ostatnio z zadała mi pytanie: “Tato, a kiedy ty będziesz umrznięty?”. I to jest coś, co cię zupełnie rozwala, bo widzisz, że dziecko ma ten sentymentalizm po tobie, on jest dziedziczny i to jest przekleństwo. Jak rapował to kiedyś Ras: “Nie przekażę takich genów”, no ale ja już te geny przekazałem i wiem, że czasem będzie jej ciężko (śmiech!).

Pojawia się pomysł na ucieczkę! W autokarze do Londynu byłeś przepełniony strachem czy jednak nadzieją na lepsze jutro?

P.R.: Zdecydowanie bardziej strachem. Miałem taki moment, gdy płynąłem promem i wyszedłem w nocy na pokład, był straszny sztorm i tak sobie pomyślałem: “Kurwa! Co ja w ogóle robię?! Gdzie ja jadę? Po co?”. Od zawsze mi wpajano, że nauka i studia bardzo dużo dadzą, czułem taki wewnętrzny zawód, że nic mi nie dały, że to był stracony czas. Czasami mam wrażenie, że jak miałem dwadzieścia pięć lat, to mentalnie byłem starszy niż teraz, że byłem mentalnym staruszkiem. Ale jak pojawiłem się na miejscu, wpadłem w taki wir zdarzeń, że ani się zorientowałem, a minęło już kilka miesięcy. To też było bardzo ważne w kontekście mojej psychiki i walki z depresją, że jak już sobie tam poradziłem, to już wszędzie sobie poradzę.

Zbawienny był dla mnie fakt, że do Warszawy przyjechałem z Londynu i Warszawa wydawała mi się wtedy naprawdę bardzo mała. Zupełnie inny odbiór byłby wtedy, gdybym przyjechał do Warszawy prosto z Czeladzi. Myślę, że dzięki temu się nie pogubiłem. Choć dużo było takich momentów, które były zakrętami, a głupoty, jakie  czasem robiliśmy z kolegami, w jakim zagrożeniu się stawialiśmy... czasem wydaje mi się, że to nie moje życie (śmiech).

Po Londynie miałem znacznie twardszą skórę, praca fizyczna przyzwyczaja cię do pewnego reżimu, odhaczasz kolejne zadania i wydawało mi się wtedy, że praca umysłowa, kreatywna wykańczała mnie znacznie bardziej niż noszenie mebli w Londynie, bo zamykałem drzwi o 18:00 i siadaliśmy w ogródku, pijąc piwo z kolegami i oglądając mecze. Już mnie nie interesowało, co dzieje się z tymi meblami dalej.

Gdybym miał porównać to do bycia naczelnym “Przeglądu Sportowego”, gdzie nigdy nie zamknąłem tych drzwi, będąc ciągle w pracy, to zdecydowanie łatwiejsza była jednak robota fizyczna. Ale będąc w tamtym autokarze, nie myślałem o tym, żeby zostać dziennikarzem, w ogóle, bardziej byłem ciekawy, co mi się tam przydarzy.

To kiedy pojawił się ten pomysł, żeby zostać dziennikarzem?

P.R.: On był z tyłu głowy, odłożony na półce, na potem. Byłem w Londynie już około ośmiu miesięcy, a każdy z nas, emigrantów bez forsy, zaczynał snuć jakieś marzenia i wtedy, podczas naszych rozmów, pomyślałem, że chciałbym spróbować dziennikarstwa. Dotknąłem Premier League, zacząłem chodzić na mecze. Przypominam, że był to czas bez YouTube’a i jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać blogi. Blogosfera rozwijała się niesamowicie intensywnie, ludzie pisali o swoich przemyśleniach na różne tematy. Ostatecznie swojego bloga o Premier League nie założyłem, ale gdy poszedłem na mecz Chelsea i zobaczyłem tych relacjonujących dziennikarzy, zapragnąłem być tam, blisko wydarzeń! Gdybym kiedyś pomyślał, że ze Stamford Bridge (Stadion Chelsea) skomentuję dziesięć czy piętnaście meczów, złapałbym się za głowę i zawiązał w kaftan, a następnie oddał w ręce psychiatry.

Jeden z moich ostatnich wyjazdów, kiedy jeszcze Canal+ miał prawa do transmisji Premier League, to był mecz Chelsea i rozmawialiśmy z Gianfranco Zolą, który grał wtedy, gdy byłem na pierwszym meczu Premier League. Miałem przeprowadzić z nim rozmowę, gdy staliśmy na murawie z Andrzejem Twarowskim i uświadomiłem sobie, że naprawdę dużo widziałem i wszystko już przeżyłem w tym zawodzie, ale to jest dla mnie too much.

To był TEN Gianfranco Zola, którego podziwiałem w meczu na stadionie śląskim przeciwko Włochom i wtedy na meczu Chelsea – Manchester City w 2003 roku, a teraz właśnie tu jestem i z nim rozmawiam. Jest dla mnie miły, bo w sumie musi być, jest ambasadorem z ramienia firmy, a ja jestem dziennikarzem. Pomyślałem wtedy, dobrze, że dzieje się to akurat teraz, bo spina jakąś niewidzialną klamrą mój czas z Premier League. Jestem zresztą przekonany, że jeszcze kiedyś wrócę do komentowania meczów.

Brakuje Ci tego?

P.R.: Muszę przyznać bez cienia fałszu, że nie. Po szesnastu latach mój umysł odpoczywa od komentowania, moja głowa zupełnie inaczej zaczyna konsumować piłkę.

Porozmawiajmy zatem o Twojej nowej książce “Bagno”

Bagno - Przemek Rudzi
“Bagno” – nowa książką Przemka Rudzkiego, fot. wsqn.pl

To Twoja czwarta książka i zdecydowanie nie o tematyce sportowej, jest za to jedną z najbardziej nostalgicznych książek, jakie czytałem w ostatnim czasie – opowiada o pogoni za marzeniami oraz utraconych szansach. Co skłoniło Cię do poruszenia takiej tematyki?

P.R.: Nigdy nie wiem, co mnie skłania do podjęcia danego tematu, po prostu siadam i piszę. Książki powstają z różnych skrawków, które sobie napisałem w laptopie. Lubię pisać i to mnie uspokaja, wprowadza w określony reżim. Uważam, że pisanie oczyszcza mi głowę. “Bagno” to trudna lektura i kiedy daję ją w prezencie swoim znajomym, ostrzegam, że będzie to trudna podróż. Że czasem będzie się trudno oddychać. Myślę, że to jest najlepsza rzecz, jaką napisałem. Do tej pory za takową uważałem powieść “Futbol i cała reszta”, lecz ta jest jeszcze bardziej osobista. Momentami zastanawiam się nawet, czy nie zbyt osobista. Obnażasz się przed ludźmi całkowicie i to może być zbyt trudne, ale ja już chyba nie mam z tym problemu, jestem za stary.

Dlaczego zatem opowiadania?

P.R.: Ponieważ pomyślałem, że opowiadania są taką formą, z którą się jeszcze nie mierzyłem i po prostu byłoby to poważne wyzwanie.

Każdy z tych rozdziałów nadawałby się na osobną książkę, również czternasty, czyli Twoje wycinki z pamiętnika. Czy zdarza Ci się dziś również pisać pamiętnik tak, jak podczas pobytu w Londynie?

P.R.: Nie, nie zdarza mi się i chyba już bym nie umiał tego robić, ale w tamtym okresie było mi to do czegoś potrzebne, spełniało jakąś funkcję. Natomiast masz rację, każda z tych historii jest odrębnym bytem. Właśnie otrzymałem propozycję napisania scenariusza do filmu. Rozmawiamy dzień przed moim spotkaniem z kimś, kto chce to zrealizować i pomyślałem sobie, że każda z tych historii w większym rozwinięciu mogłaby posłużyć jako fundament do rozpisania postaci, dodania innych postaci wokół i stworzenia dużej fabuły. Super byłoby, gdyby ten film składał się z kilku historii niby niezależnych od siebie, ale łączących się jakąś jedną osobą. To moje wielkie marzenie, choć wiem, że realizacja jest szalenie trudna. Scenariusz rządzi się swoimi prawami, musi mieć swoje ramy i jest bardziej techniczny. Nie wiem, czy mnie to nie przerośnie. Ale ciągle mam marzenia.

Czy to marzenie jest już zapisane na karteczce? Wisi na lodówce?

P.R.: Nie, nie mam żadnych karteczek na lodówce! Ja wiem, że jeżeli jakaś myśl kiełkuje w mojej głowie i nie zrobię jej w tym roku, to zrobię za dziesięć lat. Czasami ludzie piszą do mnie: “Obiecałeś książkę o tym i o tym, kiedy ona będzie?”. Będzie wtedy, kiedy ja poczuję, że jestem na nią gotowy. To, że powiedziałem coś dziesięć lat temu, nie znaczy, że tego nie zrobię.

Jakie towarzyszą temu emocje?

P.R.: Nie ma większej frajdy niż wzięcie swojej książki, kiedy jest ona wydrukowana i pachnie farbą. A potem czekasz na odbiór. W przypadku “Zapisków z Królestwa” przeszło to moje najśmielsze oczekiwania, ponieważ na spotkanie w Empiku w Gdańsku przyszło około trzystu osób, byli dosłownie wszędzie, niektórzy nawet czekali przed wejściem, żeby tylko spotkać się ze mną i dostać dedykację na książce. Sebek Mila, który grał przecież w Lechii, powiedział do mnie: “Przemek, tu jest więcej ludzi, niż przyszło na spotkanie ze mną! To twój wielki sukces!”. Więc uświadomiłem sobie, że faktycznie pisanie może dać kontakt z ludźmi.

Zmierzam do takiej pointy dotyczącej “Bagna”, że wiele spośród tych osób mówiło, że na swój sposób widzą coś ważnego, co padło w którymś z rozdziałów, albo jakieś zdanie pomogło im w czymś. Tego jako zawodowy dziennikarz czy komentator nie dostaniesz.  Nigdy. Komentując mecz, wiedziałem, że ktoś robił sobie herbatę w kuchni i słuchał meczu, albo przeglądał insta stories, ale jak ktoś przeczyta twoje opowiadanie i pomyślał sobie: “To coś może zmienić w moim życiu”, to jest naprawdę grube. Gdy przeczytał jakąś fabułę i ona pomogła mu na jakimś etapie w życiu poradzić sobie z jakąś, nie wiem, emocją, to już jest realny wpływ na życie ludzi.

Paweł Domagała powiedział mi kiedyś właśnie o piosence “Weź nie pytaj” i o innych jego utworach, jak często ludzie po koncertach mówią mu, że ta piosenka pomogła przetrwać im jakiś trudny czas w ich życiu, kryzys w związku. Nic tak się nie kojarzy, jak piosenka, którą odpaliłeś sobie w danym momencie życia i bardzo łatwo cię przenosi w jakieś inne miejsce. Dodał, że nigdy aktorstwo nie przyniesie mu takiego feedbacku, jak zaśpiewanie piosenki na koncercie czy na płycie.

Bardzo często w swoich wywiadach odwołujesz się do muzyki. Przed każdym z rozdziałów książki znajduje się cytat z wybranych utworów polskich raperów. Skąd wzięła się Twoja miłość do muzyki?

P.R.: Miłość do muzyki jest taka sama jak miłość do filmu czy czytania książek. To po prostu miłość do słowa. A akurat do rapu, dlatego, że uważam, iż raperzy są współczesnymi poetami i to oni piszą dla nas wiersze. Tylko, zamiast wydawać je jako tomiki, nawijają wszystko w studiu do bitu. Znam wielu raperów i kilku z nich to naprawdę fajni goście, którzy znaleźli taki sposób na życie, zarabiają na tym naprawdę duże pieniądze, bo też trafili na okres prosperity – mówię tu o tych największych raperach.

Chciałem złożyć taki hołd tej muzyce, którą tak naprawdę odkryłem dość późno, bo dopiero mając dwadzieścia trzy lat. Myślę, że dla tych chłopaków to też jest fajne, że mogą otworzyć takie opowiadania i od ich wersów rozpoczyna się jakaś historia, w żywej, wydrukowanej książce. A dzięki temu, że słucham bardzo dużo rapu, nie miałem problemu z doborem otwierających wersów, nie musiałem tego nawet szukać, bo miałem je w głowie, czułem, że konkretny kawałek może otworzyć dane opowiadanie. W sumie to chyba była nawet najłatwiejsza część pisania tej książki.

Od początku wywiadu przewija się nazwa Premier League. Kiedy zrodziła się fascynacja ligą angielską?

P.R.: Cicho się to zakradło, myślę, że z magazynu “Mecz”, który kupowałem w latach dziewięćdziesiątych, gdzie pojawiały się teksty o takich piłkarzach jak Matt Le Tissier, Lee Dixon czy Gary Lineker, no i oczywiście plakaty reprezentacji Anglii lub zespołów ligowych. Były to postaci, których nie miałbym możliwości poznać, gdyby nie ta gazeta, przecież transmisji z ligi angielskiej w Polsce nie było, dopiero później Canal+ to przełamał i chodziliśmy na mecze do kogoś, kto miał dekoder, ale to może była jedna osoba na osiedle, Canal+ był luksusem. Potem kumpel kupił na giełdzie komputerowej jakąś kartę do dekodowania Canal+ na PC, która raz działała, a raz nie. Dopiero jak dotknąłem tej materii tam na żywo w Anglii, uświadomiłem sobie, jak kocham tę ligę; że w sumie od zawsze tak było, ale wcześniej wzdychałem tylko do jakiejś miłości ze szklanego ekranu, a tu nagle mogłem się z nią spotkać.

Jakoś naturalnie to wypłynęło – tamta kultura, język i w sumie wszystko, co wiąże się z Wielką Brytanią, zawsze mnie to fascynowało. Znam masę osób, które narzekają, że w Anglii nie ma atmosfery na stadionach, że ciągle jest deszczowa pogoda. Że Londyn wysysa energię, wciąga, dużo ludzi, wszędzie daleko. A ja, lecąc tam na dwa-trzy dni, czuję się fantastycznie, jakbym był u siebie i jest to moje drugie bagno, takie duże, ale też bagno. Chociaż osobiście uważam, że Londyn jest super, żeby tam pojechać na kilka dni, da ci fajną energię. Pójść do Tate, przejść się nad Tamizą, pójść na mecz jako kibic – to bardzo fajne uczucie. Polubiłem je ostatnio.

Jak już jesteśmy przy Premier League. Karuzela trenerska ruszyła, ze stanowiskiem pożegnał się Thomas Tuchel, a Graham Potter, który go zastąpił, pozostawił w Brighton miejsce dla Roberto De Zerbiego! Kto będzie kolejny?

P.R.: Myślę, że Brendan Rodgers; Ralph Hasenhüttl – mimo iż jest do niego duża cierpliwość w Southampton, to też jest zagrożony; Gerrard i Lampard również cały czas walczą o swoje stołki. To są nazwiska, które gdzieś mi świtają najmocniej. W Premier League jest tak, że przegrasz cztery czy pięć meczów i może cię nie być. Poza tym po zwolnieniu Seana Dyche’a z Burnley już nie ma bezpiecznych posad. Po dziesięciu latach zwolniono gościa, który był sklejony z tym klubem!

Oglądając obecny sezon, mam wrażenie, że może być jednym z najciekawszych. Do Liverpoolu i City w grze o mistrzostwo wrócił Arsenal, zakusy na pierwszą czwórkę mają również Tottenham i Man United. Kto i kiedy według Ciebie jako pierwszy odpadnie z tej rywalizacji?

P.R.: O każdym sezonie Premier League tak się właśnie mówi, więc to mnie właściwie nie zaskakuje. Myślę, że City będzie poza zasięgiem na dłuższym dystansie, powiększając swoją przewagę, jestem jednak ciekaw, jak zareaguje na to Liverpool, który ma kryzys na początku sezonu. Arsenal jest bardzo mocny, nie wiem, czy to skład na walkę o mistrzostwo, ale na pewno top four jest jak najbardziej realne, bo po świetnym starcie ich pewność siebie wzrosła. Jest jeszcze Tottenham i Chelsea, która znajduje się w przebudowie, mając nowego właściciela i nowego trenera.

Idąc całkiem pod prąd, myślę, że może nie być tam miejsca dla Chelsea. Zanim Graham Potter opanuje filozofię klubu i zacznie prowadzić ten większy dyliżans, może być trochę za późno. Conte jest totalnie zdeterminowany i już w poprzednim sezonie to potwierdził. Wierzę jednak w Kloppa i nie wyobrażam sobie, aby Liverpool skończył poza czwórką ten sezon. Myślę, że Klopp ma za dużo doświadczenia, żeby nie opanować tego kryzysu. Natomiast na razie wyniki nie potwierdzają mojej teorii. Jeśli w październiku taki trener mówi, że nie ma ich w grze o tytuł, to znaczy, że jest naprawdę źle.

Wracając do Twojego dzieciństwa – obecnie posiadasz całą masę koszulek klubowych, a jaka była Twoja pierwsza piłkarska koszulka? Był to zawodnik z Premier League?

P.R.: Co ciekawe był, ale to był zupełny przypadek, ponieważ kiedyś nie było takich sklepów jak dziś, gdzie można pojechać i kupić praktycznie każdą oryginalną koszulkę. Więc pojechaliśmy do Sosnowca do sklepu sportowego, który nazywał się Kokott (z takim kogutem w logo). Był to niewielki osiedlowy sklep, w którym robiono tzw. prasowanki, ale nie chciało mi się czekać i wziąłem gotową.

Wybierałem po kolorze i spodobała mi się koszulka bez nazwiska na plecach w stylu longsleeve w barwach Aston Villi – nawet ostatnio o tym pisałem z Jankiem Bednarkiem, że miałem taką koszulkę w barwach klubu z Villa Park, w którym obecnie gra. Śmiał się z tego, bo dla jego pokolenia takie historie to już średniowiecze.

Druga koszulka z takim tajemniczym napisem, którego wtedy nie potrafiłem nawet wymówić, to była koszulka Paula Gascoigne’a z numerem 8. Błękitna, w serek, z białymi napisami – była super i długo mi służyła w meczach międzyszkolnych. Sam widzisz, byłem skazany na Premier League.

Opuściłeś szeregi newonce, dołączając do ekipy Kanału Sportowego jako dyrektor kreatywny, dodatkowo zakładając konto na Patronite. Możesz opowiedzieć nam na zakończenie o swoich nowych projektach?

P.R.: Dużo jest tych rzeczy! Zostałem w Canal+, mimo że nie ma Premier League. Odbyłem przesympatyczną rozmowę z Michałem Kołodziejczakiem, gdzie na tematy zawodowe rozmawialiśmy dosłownie pięć minut i byliśmy dogadani, a reszta spotkania to był po prostu sympatyczny obiad. Będę prowadził programy: jako wsparcie dla Michała i Darii niedzielny “Wysoki Pressing” i poniedziałkowy magazyn “Jej wysokość Premier League”. Czasami pojawiam się również w przestrzeni youtubowej Canal+, gdzie odbywają się programy typu Q&A czy Tomka Ćwiąkały.

Druga rzecz to mój powrót do papieru, który zawsze będzie bliski mojemu sercu. Zostałem dyrektorem kreatywnym “Kwartalnika Sportowego” i choć ta nazwa dumnie brzmi, kryje się za nią po prostu wpływ na ostateczny kształt tego, co czytelnik trzyma w rękach. Staram się wykorzystywać długoletnie doświadczenie z czasów “Przeglądu Sportowego”, swoją kreatywność, rzucam pomysły – lepsze, gorsze, dyskutujemy sobie o tym, to jest burza mózgów i fajnie się z tym czuje. To dla mnie idealne miejsce. Staram się patrzeć na każdą rozkładówkę krytycznym okiem, np. w ostatnim kwartalniku wymieniłem kilkadziesiąt zdjęć, mnóstwo tytułów, plus małych szczegółów.

Przemek Rudzki - Jej wysoość Premier League
Przemek Rudzki na planie programu “Jej wysokość Premier League”, fot. z materiałów Przemka Rudzkiego

Przyszedłem w idealnym momencie, bo drugi numer kwartalnika sprzedał się w nakładzie dwudziestu dwóch tysięcy egzemplarzy, dwa razy lepiej niż pierwszy. To oczywiście zasługa zasięgów Kanału Sportowego, ale cieszę się, że mogłem dołożyć do tego małe cegiełki w całym procesie, na przykład propozycję okładki, która wygląda, moim zdaniem, imponująco (Camp Nou z lotu ptaka nocą). Oczywiście z tym, co proponuję, muszą się zgodzić jeszcze inni, bo jest nas cała grupa, a w szczególności Krzysiek Stanowski, który jest redaktorem naczelnym, to są kreatywne burze mózgów, podczas których konfrontujemy nasze wizje i pomysły.

Kolejna rzecz to Kanał Sportowy, gdzie będę pojawiał się w różnych projektach, mam swój cykl “Full English”, który będzie się ukazywał w każdy piątek o 10:00. To bardzo ciekawe wyzwanie. Poza tym gościnnie będę pojawiał się w “Mocy Futbolu”, szykuje się jeszcze jedna niespodzianka, ale na razie nie mogę o niej mówić. No i oczywiście jest mój kanał youtube’owy Kick Off, który wypełnia mi przestrzeń pomiędzy tym wszystkim.

Założyłem również Patronite, ale z całą pewnością nie z taką myślą, aby zarabiać pieniądze na ludziach, budować sobie jakieś imperium, to zresztą za mały krąg. Robię to dla fajnej grupy skupionej wokół Premier League, która stale się rozwija. Transparentnie będę rozliczał te pieniądze na operatorów, montaż czy sprzęt i informował patronów, jak spożytkowałem pieniądze. Teraz np. na mikrofon podcastowy, bo chciałbym zrobić na Spotify taki podcast podsumowujący kolejkę w czasie rzeczywistym. Jak widać, dużo jest tej pracy, większość wiąże się z ligą angielską.

Kolejne książki?

Na zakończenie dodam, że podpisałem kontrakt z wydawnictwem SQN na dwie książki i w przyszłym roku oddam drugą po “Bagnie”, czyli “Kocham Cię Premier League”. To będzie taki miks twórczy – trochę dziennik, trochę esejów, nawiązań do popkultury, jakieś wywiady, felietony, wszystko związane z ligą angielską. Chcę w najbliższym czasie odwiedzić wszystkie stadiony, których jeszcze nie udało mi się odwiedzić w Premier League i porozmawiać z reprezentantami Polski grającymi na angielskich boiskach, żeby ta książka ukazywała moją wielką miłość do Premier League.

Książkę “Bagno” Przemka Rudzkiego zakupić można na stronie wydawnictwa SQN.