"Cavalcade" od Black Midi forsuje filozofię technicznego popisu

Londyńczycy przykuli uwagę odbiorców zręczną kombinacją surowej energii oraz instrumentalnej ekwilibrystyki. Młody kwartet zapisał się w pamięci słuchaczy jako drużyna muzycznych profesorów-wirtuozów zaklętych w ciałach nastolatków. Pod koniec maja bieżącego roku Black Midi powrócili z nowym materiałem. Ich najnowsza propozycja o nazwie "Cavalcade" trochę różni się od tego, co zaoferowali nam dwa lata temu.

Przede wszystkim charakteryzuje się formalnym rozpasaniem, które na poprzedniej płycie było jeszcze trzymane na smyczy. Tutejsze ornamentowe kompozycje mają znacznie więcej wspólnego ze spektakularnym brzmieniem klasycznych albumów Franka Zappy czy King Crimson niż z noise-rockową srogością. To grupa, która wciąż lubi namawiać decybele do złego, ale od garażu woli barokowe scenerie.

Umiłowanie przerysowanych akordów ma w sobie coś z kontestacji

Utwór-dynamit otwierający najnowszy album Black Midi

Black Midi stoją w opozycji do popularnego w ich środowisku przeświadczenia o tym, że artystyczna bezkompromisowość musi równać się brzmieniowej ascetyczności. Na "Cavalcade" muzycy odwracają się od uwielbianego przez ich rówieśników minimalizmu na rzecz maksymalistycznej estetyki. Angielska formacja co prawda wywodzi się ze świata propagatorów ekonomiczności wypowiedzi, ale celuje raczej w krasomówcze tony.

Nad płytą unosi się wyraźne widmo ogromnych ambicji

Pokaz koncertowego potencjału grupy

Brytyjskiemu zespołowi marzy się stworzenie Wielkiego Albumu z prawdziwego zdarzenia. Takiego, który mógłby znaleźć się na tej samej półce, co największe dzieła rocka lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. W czasach zdefiniowanych przez kult singlowości jest to dość perwersyjne życzenie. Nie da się nazwać inaczej niż brawurowymi artystów śniących o epickich freskach w dobie sławy sztuki skromnej.

Oczywiście wspomniane nadzieje wcale nie oznaczają ślepej wiary w moc archaizmów. Członkowie Black Midi doskonale orientują się w dzisiejszej rzeczywistości. Mają świadomość tego, że nowoczesny rock musi być hiperdynamiczny oraz łatwo przyswajalny. W przeciwnym wypadku zginie przygnieciony szeregiem tekstów kultury tworzonych i konsumowanych w trybie instant. Ich kompozycje są więc naszpikowane nieustannie morfującymi się melodiami.

Te chwytliwe momenty osładzają teraźniejszemu odbiorcy aranżacyjny chaos – sugerują, by definiować "Cavalcade" jako esencjonalny prog-rock ery TikToka.

Pozostaje więc tylko jedna ważna kwestia. Należałoby zastanowić się, czy techniczne popisy Black Midi noszą znamiona unikalności. Innymi słowy: czy ich zabawa w awangardową progresywność to coś więcej niż zabawa. Londyńska ekipa na pewno może pochwalić się niespotykanym kunsztem instrumentalnym i fantazją w operowaniu gatunkowymi konwencjami.

W całej tej kompozycyjnej zręczności brakuje jednak odrobiny szaleństwa. "Cavalcade" lubuje się w nieładzie, ale takim opisanym rozważnymi, matematycznymi wzorami. To album frippowski albo zappowski, a jednak mimo wszystko pozbawiony ekscentrycznej energii. Jest dobrze, ale mogłoby być znacznie lepiej, gdyby panowie potraktowali swoją podręcznikową wiedzę sposobem Johna Keatinga.

Wywiad z zespołem przeprowadzony przez Anthony'ego Fantano
Łukasz Krajnik

Łukasz Krajnik

Rocznik 1992. Dziennikarz, wykładowca, konsument popkultury. Regularnie publikuje na łamach czołowych polskich portali oraz czasopism kulturalnych. Bada popkulturowe mity, nie zważając na gatunkowe i estetyczne podziały. Prowadzi fanpage Kulturalny Sampling