Codeine, John Engle, Chris Brokaw, Stephen Immerwahr

Slowcore to słowo-klucz amerykańskiej sceny niezależnej lat dziewięćdziesiątych. W tamtych czasach dość toporny neologizm służył skategoryzowaniu twórców wykonujących rock cierpliwy – muzykę gitarową o folkowym zacięciu, która charakteryzowała się przede wszystkim powolną, transową rytmiką.

Ów nurt tworzyły zespoły obecnie już całkiem zapomniane, jedne słusznie inne zupełnie niesprawiedliwie. Codeine zdecydowanie należało do tej drugiej grupy. Chicagowskiej formacji wystarczyło bowiem zaledwie pięć lat, by na trwale zapisać się w historii światowego indie (kariera formacji, przypadająca na lata 1989-1994, jest jedną z wielu krótkich żywotów slowcore’owych projektów).

Autorzy zaledwie dwóch pełnoprawnych albumów wyróżniali się na tle sceny jedną, istotną jakością – skalą intensywności brzmienia. Owszem, piosenki z “Frigid Stars” i “The White Birch” nurzały się w specyficznej, slowcore’owej melancholii, lecz jednocześnie bardziej skłaniały się ku wręcz metalowo-noise’owej apokaliptyczności niż introwertycznym akordom Nicka Drake’a czy Elliotta Smitha (ulubionych artystów każdego slowcore’owego muzyka).

Cóż takiego wydarzyło się w roku 2022, że rozmawiamy na temat elementu otchłani przeszłości popkultury?

Otóż Codeine (tak jakby) wróciło do świata żywych. Na początku września premierę miała płyta “Dessau”. To zbiór nigdzie wcześniej niepublikowanych, archiwalnych nagrań tej kultowej kapeli sprzed lat. Dla niektórych powiew nostalgii za ulubioną kapelą, a dla innych możliwość zapoznania się z zaginioną melodią przeszłości. Co znajdziemy w środku? Prawie czterdzieści minut esencjonalnej, slowcore’owej muzyki. Cierpliwe, hipnotyzująco monotonne riffy, spowite melancholijną mgłą wokale i dekadencki liryzm w tekstach utworów.

Archiwalny koncert zespołu

“Dessau” można porównać z przyjemnością, jaką serwuje stan podgorączkowy. Otumaniające repetycją kompozycje metodycznie wwiercają się w głowę, wywołując uczucie syropowego snu na jawie. Delikatny, niemalże szeptany wokal od razu kojarzy się z wygłuszoną fonią świata zewnętrznego doświadczanego z wysoką temperaturą ciała. Oniryczna atmosfera całości wręcz zachęca słuchacza do odbierania dźwiękowych fal z pozycji błogiego półsnu.

Malezyjski reżyser Ming-liang Tsai powiedział kiedyś, że nie ma nic przeciwko widzom, którzy zasypiają na jego filmach...

Mistrz awangardowej kinematografii stwierdził wręcz, że w taki sposób odbiorca może intensywniej doświadczyć tzw. slow cinema, którego przedstawicielem jest autor “Goodbye, Dragon Inn”. “Dessau” (i tym samym reszta dyskografii Codeine) prowokuje analogiczne podejście. To nie tyle kolekcja utworów, ile absolutnie spójne, wyjątkowo fantasmagoryczne doświadczenie. Doświadczenie, które być może najlepiej chłonąć w sposób nielogiczny – skłaniając się ku tajemniczej sile podświadomości.


Zdjęcie u góry strony: Członkowie zespołu Codeine w roku 1990 (od lewej: John Engle, Chris Brokaw i Stephen Immerwahr), fot. The Numero Group

Pin It
Łukasz Krajnik

Łukasz Krajnik

Rocznik 1992. Dziennikarz, wykładowca, konsument popkultury. Regularnie publikuje na łamach czołowych polskich portali oraz czasopism kulturalnych. Bada popkulturowe mity, nie zważając na gatunkowe i estetyczne podziały. Prowadzi fanpage Kulturalny Sampling