News will be here
Green Day - "Saviors", fot. Reprise Records

Popkulturowy dyskurs sporo miejsca poświęca analizie wielkich powrotów. W wielu publikacjach pojawia się interpretacyjnie wdzięczny wątek artystycznych rezurekcji. Zarówno te udane, jak i nieudane dostarczają krytykom materiału pozwalającego na malownicze diagnozy - ocenę kondycji zespołu, nostalgicznych pragnień widowni oraz teraźniejszego wydźwięku kodów kulturowych powiązanych z dziedzictwem aktualnych Łazarzy.

Znacznie mniej przestrzeni daje się natomiast na opis podobnej, ale jednak mniej porywającej tendencji, jaką jest negacja artystycznej śmierci. Istnieją twórcy, którzy z wielu względów (rozczarowanie odbiorców, długotrwały kryzys kreatywności, utrata kulturowej wpływowości) powinni już co najmniej raz umrzeć oraz zmartwychwstać dekadę później, kurczowo trzymają się wartości życia i nie zamierzają odpłynąć w otchłań. Taką filozofię wyznaje np. grupa Green Day, która czasy świetności i czasy średniości ma już za sobą, a mimo wszystko wciąż uparcie stara się oddychać pełną piersią.

Jest to żywot o wiele mniej nęcący opinię publiczną niż wspomniane wcześniej przedsięwzięcia reinkarnacyjne z dwóch powodów

Wideo do jednego z singli

Po pierwsze, jest to żywot niesamowicie smutny, a kulturze masowej nigdy nie było po drodze z empatią i współczuciem. Formacja taka jak Green Day przywołuje obraz, który jawi się jako sól w oku naszej kolektywnej świadomości. Jej niemiłosiernie przedłużający się proces przeterminowywania, powolne spalanie, rozwleczone w czasie dogorywanie - we wszystkich składnikach tej popkulturowej tragikomedii odbija się tragikomedia egzystencjalna. Wszakże nikt z nas nie starzeje się dostojnie i z klasą jak Beatlesi, czy gwarantując sobie wyśmienity epilog jak Bowie. O nie, nie. Wszyscy starzejemy się desperacko i żałośnie jak autorzy hitu “American Idiot”.

Kolejny klip do utworu promującego album

Po drugie, archetyp dogorywającego kultowego zespołu jest swoim własnym największym wrogiem. To paradoksalny byt, który samym swym istnieniem wymusza własną klęskę. Podstawową (a być może jedyną) kartą przetargową postaci z kart historii popkultury jest otaczająca je aureola nostalgicznego uczucia. Z ich przeszłym bytem, teraźniejszym niebytem, a także przyszłym wielkim powrotem współgra tęsknota odbiorców. Oczekiwanie na reaktywację słynnego zespołu zazwyczaj jest tak silne, że nawet przeciętny owoc owego “spotkania po latach” urasta do miana w y d a r z e n i a. Natomiast grupy takie jak Green Day, nawet jeśli uda im się wydać ponadprzeciętną płytę, w pewnym momencie przestają nas obchodzić, ponieważ nie dają za sobą zatęsknić.

Green Day jest więc zespołem zdecydowanie minionej epoki, mającym do zaoferowania minione wrażenia i minione uniesienia. Nie ponosi jednak klęski z powodu przywiązania do starych nawyków. Wciąż przegrywa, bo boi się zatrzymać i skonfrontować z własną śmiertelnością.

A tak właściwie to tu wcale nie chodzi o Green Day.

Łukasz Krajnik

Łukasz Krajnik

Rocznik 1992. Dziennikarz, wykładowca, konsument popkultury. Regularnie publikuje na łamach czołowych polskich portali oraz czasopism kulturalnych. Bada popkulturowe mity, nie zważając na gatunkowe i estetyczne podziały. Prowadzi fanpage Kulturalny Sampling

News will be here