News will be here
Kamasi Washington – "Fearless Movement", wyd. Young

Kamasi Washington, prawdopodobnie najjaśniejsza gwiazda współczesnego jazzu, powraca z kolejnym albumem – "Fearless Movement". Nekromanta, który tchnął drugie głównonurtowe życie w saksofonowy spirytualizm, proponuje nam longplay odznaczający się jeszcze bardziej intensywną eklektycznością niż już i tak eklektyczne poprzednie dokonania amerykańskiego twórcy.

Jazzowo-funkowo-hip-hopowo-soulowy amalgamat działa według formuły hollywoodzkiego sequela, tzn. odnosi się do spektakularnej konstrukcji m.in. słynnego już “The Epic” i przyspiesza tempo, znacznie śmielej mnożąc różnorodne tropy estetyczne i znacznie zręczniej składając je w jedną całość. “Fearless Movement” zdecydowanie jest płytą przytłaczającą. To następna pozycja w bogatej dyskografii Washingtona, która zasługuje na miano przygniatającej swoją rozbuchaną stylistyką.

Wspomniany wcześniej “The Epic” robił wrażenie przede wszystkim swoim kolosalnym rozmiarem (trzy godziny egzorcyzmowania filozoficznej doktryny Coltrane’a), natomiast najnowsze, prawie dziewięćdziesięciominutowe dzieło Kamasiego napiera na odbiorcę pluralizmem kreatywnych inspiracji. Jednakże, za dość obciążające emocjonalnie uczucie obcowania z muzycznym gargantuizmem nie należy winić artysty.

Klip do prologu “Fearless Movement”

Wrażenie sensorycznego przeciążenia, akurat w tym wypadku, jest generowane przez postawę współczesnego odbiorcy. Eklektyczność bowiem nie jest obecnie żadnym novum. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że aktualnie nie powstają płyty nieeklektyczne. Znaczna część najbardziej rozchwytywanych muzyków XXI wieku zajmuje się głównie robieniem kolaży – od Kanye Westa po Billie Eilish.

Problematyczność “Fearless Movement” objawia się w niedzisiejszym podejściu do eklektyzmu

Po pierwsze, Kamasiemu Washingtonowi zależy na sformułowaniu spójnego, precyzyjnego artystycznego komunikatu. Owszem, miesza, przełamuje i żongluje, lecz za każdą z tych akrobacji stoi skonsolidowana, trzymająca radosny chaos w ryzach, intencja.

Po drugie, Kamasiemu Washingtonowi zależy na zachowaniu powagi. Pomimo śmiałego kroczenia ścieżką teatralnego przerysowania muzycznej narracji, Amerykanin nie puszcza oka do odbiorcy. Traktuje swoje epickie freski z nabożnością godną wielkich mistrzów uduchowionego jazzu ubiegłych dekad.

Wreszcie po trzecie, Kamasiemu Washingtonowi zależy na konserwowaniu ducha absolutnego kolektywizmu. Imponująca lista gości występujących na “Fearless Movement” nie tyle przyczynia się do sukcesu tego artysty, ile po prostu mu ten sukces w stu procentach gwarantuje. Wbrew pozorom, Kamasiemu bliżej do członka zespołu niż pełnokrwistym frontmanem.

Recenzja albumu “Fearless Movement”

Współczesny odbiorca akceptuje więc skrajną różnorodność stylistyczną pod jednym warunkiem: musi być wzięta w komfortowo alienujący, stwarzający pozory neutralności stelaż konwencji. Kamasi nie jest autoironiczny, nie jest też efektownie intertekstualny. Jego muzyczna oferta, tj. śmiertelnie poważne potraktowanie filozofii jazzu jako balsamu dla dusz, zupełnie rozmija się z oczekiwaniami słuchaczy.

Innymi słowy, “Fearless Movement” może wydawać się albumem narysowanym grubą kreską przesady, ponieważ patronująca mu śmiertelna powaga jest perspektywą popkultury zdecydowanie niedzisiejszej. Oto album, o którym chciałoby się powiedzieć, że nie jest tym, czego oczekiwano, ale tym, czego potrzebowano.

Wideo do jednego z utworów z płyty “Fearless Movement”
Łukasz Krajnik

Łukasz Krajnik

Rocznik 1992. Dziennikarz, wykładowca, konsument popkultury. Regularnie publikuje na łamach czołowych polskich portali oraz czasopism kulturalnych. Bada popkulturowe mity, nie zważając na gatunkowe i estetyczne podziały. Prowadzi fanpage Kulturalny Sampling

News will be here