News will be here
Kendrick Lamar (fot. Jason Koerner) / Drake (fot. Kevin Winter)

Beefy, czyli rapowe pojedynki na słowa, od zawsze są fundamentem hip-hopu. Nic w tym dziwnego. Kultura, która je zrodziła i wprowadziła do głównonurtowej świadomości, charakteryzuje się przede wszystkim obsesją na punkcie krwiożerczego współzawodnictwa.

Najpopularniejszy obecnie gatunek muzyczny od zawsze definiował swoją tożsamość poprzez megalomański dyskurs. Najlepszym raperem zostawał (i wciąż zostaje) ten, kto na każdym kroku najefektowniej oraz najefektywniej przekona publiczność do tego, że to właśnie on wygrywa konkurs na wyeksponowanie rozmiarów własnego ego. Aktualnie najgorętszym beefowym wydarzeniem jest oczywiście spektakularny konflikt dwóch tuzów współczesnej sztuki rymowania. Drake oraz Kendrick Lamar – dwóch hip-hopowych gigantów, których właściwie nie trzeba nikomu przedstawiać – postanowiło pójść na wojnę jednocześnie niepotrzebną i konieczną.

Niepotrzebną, gdyż niemającą żadnego znaczącego wpływu na egzystencjalne realia obu panów. Romantyczny Kanadyjczyk oraz kaznodziejski reprezentant Compton zdołali osiągnąć pozycje królewskie, zarówno w kontekście czysto artystycznym, jak i czysto komercyjnym. Obaj mają za sobą armię oddanych wielbicieli, pokaźne grono aprobujących ich twórczość poważnych dziennikarzy z poważnych periodyków, no i oczywiście kapitał ekonomiczny na poziomie wprost proporcjonalnym do kapitału kulturowego.

Podchodząc do sprawy absolutnie pragmatycznie, należałoby uznać ten spór za zupełnie pustą znaczeniowo scysję dwóch, prawie czterdziestoletnich żywych legend kultury masowej, stających w szranki o nic, po nic i na nic.

Kendrick kontra Drake

Panowie nie mają nic do stracenia i nic do zyskania, tak samo, jak teraźniejsze popkulturowe uniwersum nic nie straci i nic nie zyska, niezależnie od wyniku starcia.

Natomiast, kultura hip-hopowa, wbrew swojemu powierzchownemu wychyleniu ideologicznemu ku kultowi przedsiębiorczości, tj. permanentnemu schlebaniu odpowiednio scoachingowemu neoprotestanckiemu etosowi posiadania określającego bytowanie, jest jednak kulturą skrajnie nieracjonalną, można rzec ateistyczną wobec logosu Rozsądku. Rapowe realia, choć są zbudowane na filarach neoliberalnych, mimo wszystko ewokują nie realizm kapitalistyczny, a realizm magiczny. Czołowi mistrzowie mikrofonu mogą prowadzić sto intratnych biznesów, mogą mieć sto piosenek na Spotify’owych playlistach, mogą otrzymać sto hurraoptymistycznych recenzji, a i tak znacznie bardziej zajmie ich treść obelgi, która padła z ust konkurencyjnego artysty.

Właśnie takimi fantastami są Drake i Kendrick - twórcy nasyceni światem rzeczywistym, ale wciąż głodni fantazjowania o dziecięcej zabawie w wojnę.

Drake kontra Kendrick

Dla Drake’a ten beef jawi się jako okazja do obronienia sacrum swojej męskości. Autor “Take Care” dał się poznać szerokiej publiczności jako Don Juan o gołębim sercu, z jednej strony kronikarz hedonistycznej doczesności epoki Tinderowej, a z drugiej poeta, który z tzw. głosówki uczyni poruszającą serca serenadę. Udział w krwawej, hip-hopowej bitwie jest więc dla niego szansą na utwardzenie swojego “miękkiego” wizerunku.

Na Kendricka ten pojedynek działa równie motywująco, jak na jego rywala. Pozwala mu zamienić jego aktualnie dominującą pretensję do bycia oświeconym pastorem wszystkich ludzi ulicy na nową do bycia najtwardszym z najtwardszych hip-hopowców na planecie Ziemia. Markowanie ideologicznych gestów Malcolma X i Tupaca Shakura, tak jak w przypadku Drake’owych postmodernistycznych rytuałów zaklinania Erosa, przyniosło raperowi sukces, ale też pozostawiło nienasyconym. Nie da się przecież w pełni gimnastykować swojego samozachwytu, a więc uprawiać esencjonalnie hip-hopowego autoerotyzmu, strojąc się w szaty zbawiciela.

Pośród obustronnie pustych, nic nieznaczących, antagonistycznych frazesów, materializuje się prawda o najistotniejszym współczesnym gatunku muzycznym, a więc równocześnie o popkulturze jako pewnej całości. Prawda mówiąca o tym, że za każdym rozchwytywanym autorem i każdym rozchwytywanym dziełem stoi nie tyle geniusz, ile niepohamowane pragnienie wybronienia własnej autofilii.

Łukasz Krajnik

Łukasz Krajnik

Rocznik 1992. Dziennikarz, wykładowca, konsument popkultury. Regularnie publikuje na łamach czołowych polskich portali oraz czasopism kulturalnych. Bada popkulturowe mity, nie zważając na gatunkowe i estetyczne podziały. Prowadzi fanpage Kulturalny Sampling

News will be here