News will be here
Uparta autotematyczność (Kings of Leon - “Can We Please Have Fun”)

W tytule swojego najnowszego krążka Kings of Leon proszą o dobrą zabawę i (o ile jesteśmy fanami lub co najmniej sympatykami amerykańskiej formacji) słuchając owego albumu, jesteśmy w stanie tę prośbę spełnić.

Autorzy hitu “Sex on Fire” (prawdopodobnie jedynego, ale za to na pewno masowo zapamiętanego) nagrali kolejną płytę, która umacnia ich pozycję zespołu stricte “fanowskiego”. To jeden z tych zespołów, który niekoniecznie ma wyjątkowy wpływ na popkulturowy dyskurs, a także niezbyt często gości na ustach krytyków pragnących spoglądać na współczesną muzykę rozrywkową filtrem przekrojowej obserwacji, lecz jednocześnie zdołał uzbierać sobie rzeszę oddanych wielbicieli i ma ambicję dożywotnio tworzyć dźwięki po to, by tę rzeszę zadowolić.

Tak jak każde przedsięwzięcie wypełniające rolę fandomową, Kings of Leon charakteryzują się przede wszystkim upartą autotematycznością.

Kings of Leon na żywo

Najświeższa propozycja z repertuaru grupy mogłaby być ich piątym, piętnastym lub pięćdziesiątym krążkiem. Tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ akurat od nich nie oczekuje się stylistycznych wolt, fluktuacji formy i treści. Autotematyczność zespołów “fanowskich” nie musi jednak równać się monotematyczności, czy też monotonii. “Can We Please Have Fun” nie jest bowiem albumem nudnym. Nie jest też albumem będącym idealną kopią wszystkich poprzednich dokonań zespołu. Chodzi raczej o to, że Kings of Leon znalazło sobie wygodne miejsce w paradygmacie solidnego baru mlecznego, który swoją wartość rynkową lokuje przede wszystkim w tym, że nie jest w stanie rozczarować klienta.

Pewnego uroku tej płycie dodaje jej bezpretensjonalna wierność gatunkowa. Mimo że panowie z Nashville już dawno weszli ze swoją sztuką w postmodernistycznie i postironicznie intertekstualne realia XXI wieku, to wciąż mocno trzymają się filozofii czegoś, co w ramówkach MTV i VH1 nazywało się “rockiem alternatywnym”, a co kilka lat później przeobraziło się w najbardziej przystępną, festiwalową odmianę “indie rocka”.

Jako zespół typowo fanowski, Kings of Leon nie odczuwają presji wejścia w polemikę z popkulturowym zeigeistem tego wieku.

Kings of Leon wykonują swój najsłynniejszy utwór w talk-show Davida Lettermana

Amerykanie skupiają się na zupełnie eskapistycznym podejściem do tworzenia muzyki. Ich twórczość egzystuje według zasady swoistej apolityczności. Bez względu na otaczającą ich, zmieniająca się rzeczywistość, po prostu robią swoje i trochę w ignorancki, a trochę w beztroski sposób nie oglądają się za siebie.

Czy bycie zespołem “fanowskim” cokolwiek ujmuje artystycznemu dorobkowi? Absolutnie nie. Czy funkcjonowanie przede wszystkim w hermetycznej narracji muzyki “dla wielbicieli” jest czymś godnym krytyki. Również nie.

Kings of Leon i ich najnowszy album stanowią jedynie głos odmienny niż znaczna część głosów definiujących współczesną muzykę popularną. To głos bezpieczeństwa i komfortu, głos antytransgresji, głos rozkoszy przewidywalności. Czy można pokusić się o konstatację, że to głos tchórzowski? Pewnie, tak, ale zarówno członków zespołu, jak i jego oddanych fanów (a to wyłącznie do nich kierowana jest ta muzyka) ta opinia na pewno nie obejdzie.

Łukasz Krajnik

Łukasz Krajnik

Rocznik 1992. Dziennikarz, wykładowca, konsument popkultury. Regularnie publikuje na łamach czołowych polskich portali oraz czasopism kulturalnych. Bada popkulturowe mity, nie zważając na gatunkowe i estetyczne podziały. Prowadzi fanpage Kulturalny Sampling

News will be here