Śmierć recenzji

Śmierć recenzenckiej konwencji to absolutna konieczność. Jedyny sposób na odzyskanie opiniotwórczej wagi dla tej dogorywającej dziedziny. Jedyna nadzieja na przywrócenie jej literackiej rangi. Zamach na recenzję to akt miłosierdzia. Skrócenie cierpień gatunku, który dał się strącić z wysokiej pozycji sekcjom komentarzy mediów społecznościowych.

Przede wszystkim nowa recenzja odrzuca koncepcję numerycznej oceny tekstu kultury

Wywiad z Robertem Christgauem – kultowym dziennikarzem muzycznym

Zakłada absurdalność istnienia recenzenckiej skali ocen z trzech powodów. Po pierwsze, cyferkowy stempel przyczepiony do kawalkady akapitów uwłacza samemu autorowi. Trywializuje jego krytyczną analizę. Zamyka sproblematyzowane refleksje w ciasnych ramach rzekomej obiektywności. Co więcej, recenzencka matematyka uderza w dobre imię odbiorców. Nie docenia czytelników – podaje im na tacy cyferkową konkluzję. Domyślnie sugeruje więc, że recenzja pozbawiona liczbowej oceny jest zbyt niejasna. Przekazywana przez nią wiadomość jest zbyt skomplikowana dla czytelnika, więc potrzeba retoryki szkolnej (postawienie stopnia jako akt decydujący) jest bezdyskusyjna.

Wreszcie, zawierzenie iluzorycznym rachunkom jest działaniem wymierzonym przeciwko artystom. Krytyczna analiza dzieła może oczywiście spotkać się z niezadowoleniem autora. W końcu jego kreatywne dziecko jest skonfrontowane z prywatnym światopoglądem recenzenta. Spotkanie toków myślenia osoby ocenianej i oceniającej ma pełne prawo skończyć się zwarciem. Jest to jednak zdrowa rozbieżność głosów, która napędza kulturową polemikę pozwalającą dziełu żyć jeszcze długo po dacie oficjalnej premiery. Tymczasem definiowanie reakcji na tekst kultury poprzez wystawienie mu piątki albo ósemki nie ma nic wspólnego z uczciwą dyskusją. To raczej próba rażącego uproszczenia. Próba określenia czyjegoś poświęcenia i pasji za pomocą umownego symbolu.

Nowy typ recenzji neguje także nad wyraz popularną formę wyliczankową

Rozmowa z recenzentem "New York Timesa"

Odchodzi od skrajnie technicznego podejścia do sztuki i nie czuje obowiązku odhaczania kolejnych punktów. Recenzja filmowa nie musi już zawierać oceny kreacji aktorskich, struktury fabularnej czy kunsztu audiowizualnej estetyki. Analogicznie, recenzja muzyczna nie musi opierać się na precyzyjnym opisie elementów tworzących każdą kompozycję. Ten mechaniczny styl pisania zabija bowiem literacką wartość recenzji. Zrównuje jej formę i treść z opisami działania sprzętów RTV i AGD. Owa wyliczankowość panoszy się też pośród intertekstualnych gierek.

Dzisiejsi recenzenci oprócz wymieniana wspomnianych danych technicznych, wyliczają też wszystkie swoje popkulturowe skojarzenia. Nadziewają zdania porównaniami do tekstów kultury sprzed dekad albo (tu najbardziej winni są rzecz jasna recenzenci muzyczni) wiązankami (pod)gatunkowych neologizmów. Uparcie odwołując się do przedstawicieli kulturowego kanonu lub płodząc peany na cześć "hipnagogicznego post-industrialu", recenzenci przyjmują rolę żywych generatorów postmodernistycznych stereotypów. Ich teksty niewiele różnią się od kolaży popkulturowych hashtagów, które z powodzeniem mogłyby być kreacją Sztucznej Inteligencji.

Nowa recenzja musi dokonać jeszcze jednej, być może najistotniejszej rzeczy

Wideorecenzja słynnej książki Harolda Blooma

Musi unicestwić własną wsobność. Recenzenci powinni przestać kurczowo trzymać się ukochanych tematycznych konwencji. Recenzent filmowy pod żadnym pozorem nie może pisać (tylko) o filmie, tak samo recenzent muzyczny nie może pisać (tylko) o muzyce. Omawiane dzieło winno być jedynie wstępem do analizy danego zagadnienia, a nie konkluzją. Najwyższy czas, by recenzja traktowała tekst kultury bez nabożności – jak coś, co jest jedynie pretekstem do większych rozważań kulturoznawczych, socjologicznych czy politycznych.

Koniecznością jest, by płyta lub film funkcjonowały w tekście krytycznym jako elementy wchodzące w relację ze światem zewnętrznym. Nowy typ recenzji opiera się nie tyle na ocenie kolorystyki obrazu, ile tego, jaka filozofia ukrywa się pod barwnymi warstwami tworzącymi to, co widać na płótnie. Śmierć starej recenzenckiej formy ma nieść wielką zmianę. Ma kompletnie zmodyfikować podejście do tej dziś ledwo żywej gałęzi dziennikarstwa kulturalnego.

Transformację będzie można uznać za udaną pod warunkiem zmiany kluczowej proporcji. Chodzi o to, by recenzent przestał być ekspertem w swojej dziedzinie, który przekazuje swoje myśli słowem pisanym. Recenzent powinien stać się wrażliwym na świat i jego tropy kulturowe pisarzem, który zajmuje się kinem albo muzyką niejako przy okazji, na zasadzie wykorzystywania pewnego modelu narracji, pozwalającego rozwinąć skrzydła ideom poza niego wykraczającym.

Pin It
Łukasz Krajnik

Łukasz Krajnik

Rocznik 1992. Dziennikarz, wykładowca, konsument popkultury. Regularnie publikuje na łamach czołowych polskich portali oraz czasopism kulturalnych. Bada popkulturowe mity, nie zważając na gatunkowe i estetyczne podziały. Prowadzi fanpage Kulturalny Sampling