Lana Del Rey pokazuje nam swoje opus magnum o nazwie „Norman Fucking Rockwell!”

Lana Del Rey w końcu stała się dojrzałą artystką, której nie przytłaczają ograniczenia spowodowane mozolnie kreowanym wizerunkiem scenicznym.

Lana Del Rey zaszalała.

Gdy piszę te słowa, amerykańska popkultura właśnie zjada swój ogon. Największa na świecie gałąź show-biznesu powoli dogorywa i zbliża się do nieuchronnego epilogu. Stany Zjednoczone definiuje teraz chociażby Quentin Tarantino, który dostając szansę na rozliczenie się z hollywoodzką próżnością, ucieka w przyjemną, lecz tchórzliwą celuloidową baśń. Gdzieś na tle nieco innego pejzażu Compton egzystuje z kolei mianowany na rewolucjonistę raper Kendrick Lamar. Jego stanowczy policzek wymierzony w narodowe grzechy pod tytułem “To Pimp A Butterfly”, nie ma odpowiedniej kontynuacji, ponieważ autor woli spędzać czas w klimatyzowanym instant hotelu hip-hopowych banałów.

W czasach wymagających silnego, artystycznego głosu powraca Lana Del Rey z płytą “Norman Fucking Rockwell!”. Tytuł jej nowego projektu nawiązuje do malarza znanego z wyidealizowanych portretów jankeskiego życia. Wulgaryzm wpleciony w sam środek sugeruje zaś sarkastyczną trawestację mitu. Zanurzona po uszy w dekadenckiej aurze artystka, przez ponad godzinę poszukuje odpowiedniej puenty dla baśni, którą przez tyle lat współtworzyła.

Lana Del Rey porywa publiczność podczas koncertu
źródło: Wikimedia Commons

Po raz pierwszy znaki rozpoznawcze wokalistki posiadają świadomy kontekst.

Melodramatyczna oprawa jest sprzedawana z przymrużeniem oka, zmieniającym dotychczasowe pastiszowe oblicze w dobroduszną parodię. Znana wszystkim fanom, ciągnąca się za diwą chmura trendy-nostalgii, tym razem aż iskrzy od autoironii. Pani Grant kpi z własnych imaginacji dotyczących uległych dzierlatek oraz bad boyów na motocyklach. Jaskrawe motywy widzi już nie z perspektywy zafascynowanego widza, a wytrawnego reżysera, znającego temat “od kuchni”.

Tę ironię można wyczuć równocześnie w warstwie tekstowej i brzmieniowej płyty. Poszczególne historie zapełniają bohaterowie-archetypy, symbolizujące miałkie fetysze amerykańskiej kultury masowej. Trochę mody na vintage, szczypta łobuzerskiego sznytu i odrobina uroku femme fatale – składniki narracji stanowią przeterminowane pomysły, pozbawione dawnego czaru. Dopełniają je dźwięki soft-rocka, a także fortepianowych ballad, przywołujące słabość rodaków Lany do plebejskiego liryzmu. Kompozycje dostrzegają banał popowych schematów i punktują skłonność współczesnych piosenkopisarzy do recyklingu klisz. 

Co bardzo istotne – “Norman Fucking Rockwell!” w ogóle nie goni za nowoczesnymi trendami.

Lana Del Rey przestała wdzięczyć się do miłośników muzyki niezależnej prosto z wysoko notowanych kawiarni. Skończyła także mało owocną przygodę z hip-hopem. Chyba już powiedziała wszystko, co chciała powiedzieć i bardziej od bywania na chodliwych festiwalach, kręci ją kreowanie kameralnych dramatów skierowanych niekoniecznie tylko do pokolenia Tumblra. 

Jest to na pewno album odważny. Nagrała go bowiem osoba od lat fetyszyzująca komponenty popkultury made in USA, która niespodziewanie zrywa z figlarną kokieterią i porównuje koniec lata z definitywnym końcem epoki. Spuszczając powietrze z nadęcia słodyczy przedmieść Wuja Sama, artystka wygrywa z podrobionymi rebeliantami. Nie mają do niej startu takie jednostki jak Beyonce przywdziewająca szaty feminizmu z second-handu, czy wspomniany wcześniej, przyszywany heros Kendrick. Podczas gdy ich symulowana bezkompromisowość utrzymuje obecny stan kulturowej bylejakości, Lana Del Rey pisze apokaliptyczne postscriptum do historii amerykańskiej muzyki rozrywkowej. Nie da się tego nazwać inaczej niż aktem bohaterskim.   

Autorka megahitu “Video Games” wydała na świat swoje pierwsze i prawdopodobnie ostatnie arcydzieło. Popowy majstersztyk dokonuje dojrzałej analizy show-biznesowej bajki tak błyskotliwie, że ciężko się nie uśmiechnąć. Jak widać, nawet w bezdusznym świecie, rządzonym przez streamingowe wyświetlenia, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie miał czelność wywinąć niezły numer.



Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Serialowy streaming podbija nasze serca

Streaming całkowicie zmienił nasze podejście do konsumowania dóbr kultury.
Czytaj wiecej