The Podróż 3 – Madagaskar

Madagaskar jest fantastyczny. Jest takim miejscem, w którym naprawdę każdy znajdzie coś dla siebie.

Uprzedzam ewentualne rozczarowanie – pingwinów brak. Ale są lemury, nieziemska przyroda, ciekawa architektura, cudowni ludzie, znakomita kuchnia, jest BARDZO tanio i – po wyspie dość łatwo podróżować, mimo, że ma naprawdę złe drogi. Więc proszę, nie róbcie koszmarnego błędu i nie ograniczajcie swoich wakacji tylko do Nose Be, bo to tylko kurort, jakich dziesiątki na świecie. Warto wystawić nos (nomen omen) poza tę wyspę, zobaczyć, poczuć i posmakować prawdziwego Madagaskaru, a następnie do tych widoków, zapachów i smaków tęsknić i… od razu planować kolejny wyjazd.

Jeśli zachęciłem, to mam garść szczegółów logistycznych.

Największym kosztem tego wyjazdu będzie prawdopodobnie bilet lotniczy. Lecąc z Polski, np. Air France przez Paryż, zapłacimy około 1000 euro za bilet powrotny, z innych hubów europejskich – około 700 euro, przy czym rozważyłbym rezygnację latającego z Francji Air Madagascar, o czym poniżej. Można polować na tańsze bilety czarterowe, także z Polski, ale wielkiego wyboru nie ma. Największe lotnisko tego kraju obsługuje zaledwie kilka linii lotniczych, które mogą dyktować ceny, co zresztą robią. Na szczęście wizę do Madagaskaru bez problemu kupujemy za 30 euro na lotnisku po przylocie.

Jak zwiedzać kraj? To zależy, jakie mamy karty w portfelu i – jak długie wakacje.

Wyspa jest ogromna, mniej więcej pięciokrotnie większa od Francji, więc nawet w ciągu miesiąca poruszając się transportem publicznym nie uda nam się zwiedzić całej, no chyba, że będziemy latać, co jest na Madagaskarze przyjemnością absurdalnie kosztowną, min. 150 euro za odcinek. Dość popularną opcją jest wyjazd samodzielny i skorzystanie z usług dużo tańszych niż europejskie – lokalnych biur podróży (do łatwego znalezienia w Internecie), można także wynająć auto, bądź – i z tej opcji skorzystaliśmy – wynająć je z kierowcą.

Biuro podróży prowadzone przez Jonatana znalazłem w sieci kilka tygodni przed wyjazdem, miało dobre recenzje od turystów. Napisałem więc maila, odpisał szybko (a w Afryce na maile odpisuje się rzadko i niechętnie), poprosiłem o „uszycie” 10-dniowej wycieczki, zaznaczyłem interesujące nas miejsca i – po krótkich negocjacjach – ustaliliśmy, że płacimy 38 euro za dobę, w cenie –  wynajęcie auta i wynagrodzenie dla kierowcy, z wliczonym już jego zakwaterowaniem i wyżywieniem, a niewliczone jest paliwo i wstępy do parków narodowych czy muzeów. W szczycie sezonu jednak trzeba się liczyć z wydatkiem ok. 50 euro/dobę za samochód osobowy, co i tak jest kwotą raczej umiarkowaną.

Besson, kierowca naszego auta (marka mi nieznana, raczej z Chin, ale było komfortowe i niezawodne), okazał się być pełnym uroku 50-letnim mężczyzną, posługującym się językiem angielskim w stopniu przyzwoitym, doskonale znającym swój kraj, nienachalnie proponującym zarówno wybór restauracji, noclegu jak i atrakcji, które mieliśmy zwiedzać. Były to dobrze wydane pieniądze, zważywszy na fakt, że dla Bessona ważniejsze było to, żebyśmy mniej zapłacili za hotel niż to, żeby on na pośrednictwie zarobił. Za uczciwość i za właściwie poustawiane priorytety podziękowaliśmy Bessonowi dość hojnym napiwkiem pod koniec podróży, wspólnie przejechaliśmy podczas tych dziesięciu dni 1757 kilometrów.

A propos wynajmu samochodu – jak wspomniałem – drogi na Madagaskarze są naprawdę złe. Pewnie dlatego dość trudno wynająć auto bez kierowcy, a jeśli jest to możliwe – ceny potrafią nieprzyjemnie zaskoczyć.

 Warto więc pamiętać, że paradoksalnie najlepiej na lokalnych drogach (oprócz czołgów z 4WD) sprawdzają się stare francuskie renówki 4, jest w Tananarywie co najmniej jedna wypożyczalnia z tymi okazami, niestety, podczas naszego pobytu wszystkie pojazdy były zarezerwowane na miesiąc naprzód. Naturalnie – można także jeździć po wyspie busikami bądź autobusami, to sposób bezpieczny i bardzo tani, ale czasochłonny, ze stolicy na samo południe Madagaskaru, Cap Marie, jedzie się minimum półtorej doby.

I wracając do wspomnianego Air Madagascar… Gdybym był menadżerem w tej linii, przeczytawszy opinie pasażerów, chyba powiesiłbym się na pierwszym baobabie. „Tam pracują wyłącznie czyjeś żony” – donosi zdesperowany pasażer, który został ofiarą odwołania rejsu i następnie dezynwoltury owej organizacji, polegającej na całkowitym braku z nią kontaktu.  Po dwóch odbytych lotach mogę napisać tak: jak już jesteś w samolocie – jest ok, załogi są sympatyczne i dobre jedzenie. To natomiast, co się działo na lotnisku w Tananarywie przez naszym odlotem do Johannesburga, było jednak dość frustrujące. Otóż samolot miał opóźnienie, godzina, druga, trzecia. Nie wiadomo dlaczego, tylko suche komunikaty. Załoga była na miejscu, piętnaścioro (sic!) pasażerów niemałego przecież boeinga grzecznie czekało, ale nic się nie działo. W czwartej godzinie oczekiwania doszło do nieprzyjemnych rozmów między pasażerami a obsługą lotniska, która nieledwie ze łzami w oczach tłumaczyła, że menadżerki z Air Madagascar niestety ma na lotnisku i że nikt tam nie odbiera telefonu.

No, nie dziwne, przecież była to sobota…

Cdn.

More from Rafał Turowski

Ouagadougou – zwiedzając Burkina Faso

Nasz autobus z Bobo przyjechał na dworzec zachodni w Ouaga dość późno...
Czytaj wiecej