“Malcolm i Marie” – miłosny dialog [Recenzja]

Sam Levinson, Zendaya, John David Washington, Malcolm i Marie, Netflix
Kadr z filmu "Malcolm i Marie", fot. Netflix
Twórca serialu "Euforia" lada moment wróci na plan drugiego sezonu, ale na powrót hitu HBO przyjdzie nam trochę poczekać. Sam Levinson jednak nie próżnuje – w piątek na Netflixie zadebiutował film "Malcolm i Marie" jego autorstwa.

Niedawno mieliśmy okazję obejrzeć drugi odcinek specjalny serialu “Euforia”. Fani nie mogą się zapewne doczekać, kiedy ujrzymy kolejny sezon, a te dwa odcinki bardzo skutecznie podsycają wyczekiwanie. Żeby jednak nie siedzieć i nie wpatrywać się w kalendarz, Sam Levinson przygotował dla nas coś innego. Nie jest to bezpośrednio związane z “Euforią”, ale ma pewien punkt wspólny. W najnowszym filmie Levinsona – “Malcolm i Marie” – jedną z głównych ról gra Zendaya.

Trudna miłość

Sam Levinson, Zendaya, Netflix
Tytułowa Marie (Zendaya) w scenie z filmu “Malcolm i Marie”, fot. Netflix

Tytuł, który kilka dni temu pojawił się na Netflixie, powstał między innymi z powodu zawieszenia prac na planie “Euforii”. Podobnie jak w przypadku odcinków specjalnych serialu Zendaya i Levinson wpadli na pomysł stworzenia filmu możliwego do zrealizowania przy zachowaniu wszelkich obostrzeń sanitarnych związanych z pandemią. Drugą z tytułowych ról gra tu John David Washington, którego w zeszłym roku mogliśmy oglądać w “Tenet” Christophera Nolana.

Akcja filmu dzieje się w ciągu jednego wieczora, kiedy to para wraca do domu z przyjęcia. Jak się od razu dowiadujemy, była to oficjalna premiera nowego filmu Malcolma (John David Washington). Film został bardzo dobrze przyjęty przez publiczności i Malcolm postanawia świętować dalej, już sam na sam z Marie (Zendaya). Niestety, ona nie ma na to ochoty, ponieważ jest zła, że Malcolm nie podziękował jej ze sceny. W dalszych scenach okazuje się, że nie jest to tak kolorowy związek, jak mogłoby nam się na początku wydawać.

Nieustający dialog

Sam Levinson, Zendaya, John David Washington, Malcolm i Marie, Netflix
Malcolm (John David Washington) i Marie (Zendaya), fot. Netflix

Pierwszą rzeczą, jak rzuca się w oczy, jest fakt, iż film jest czarno-biały. W zasadzie nie powinno to być nic nadzwyczajnego, zwłaszcza że powstaje ostatnio coraz więcej tak zrealizowanych produkcji. Na pewno jest to jednak interesującym zabiegiem. Dodatkowo obraz jest dość kontrastowy, co jeszcze bardziej wpływa na nasz odbiór wizualny. Osobiście bardzo przypadł mi do gustu dobór ścieżki dźwiękowej, gdyż wsłuchując się w piosenki, zauważymy, że ich słowa niemal 1:1 odzwierciedlają to, co dzieje się aktualnie na ekranie.

Każdy, kto oczekiwałby tu dużej ilości akcji, niestety się rozczaruje – to film oparty na dialogach. Obie postacie niemal cały czas wchodzą w interakcję, lecz jednocześnie dostajemy też miejsce na złapanie oddechu. Wymiana zdań to spora dawka czarnego humoru, ironii i nawet złośliwości. W pewnym momencie widzimy, że bohaterowie skrywają w sobie bardzo wiele uczuć. Można odnieść wrażenie, że są niepewni i nie wiedzą, w jakim kierunku zmierza ich związek, a w jakim ich życia.

Kończąc seans “Malcolma i Marie”, miałem mieszane uczucie satysfakcji i niedosytu. To film bardzo sprawy realizatorsko i naprawdę świetny aktorsko. Można jednak odnieść wrażenie, że twórca nie do końca widział, co chce za jego sprawą powiedzieć.

Być może reżyser nie lubi krytyków i uważa ich za najgorsze zło tego świata. Jego najnowszy film w tym ujęciu powstałby niejako dla innych artystów, niosąc z przesłanie: nie przejmujecie się krytykami, bo oni się na waszej pracy nie znają. Trochę to moim zdaniem nie na miejscu i nie tego oczekiwałem. Mimo wszystko wciąż uważam, że dla formy i przede wszystkim duety aktorskiego trzeba ten film zobaczyć.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Welcome back Mr Nolan

Każdy jego film wzbudza we mnie ogromne emocje. Każda informacja o tym,...
Czytaj wiecej