“MANIAC” – Netflix wyleczy nawet schizofrenię? [Recenzja]

"Maniac", fot. Netflix
"Maniac", fot. Netflix
Długo wyczekiwany (głównie ze względu na aurę tajemniczości wokół produkcji) serial "MANIAC" w końcu trafił do biblioteki Netflixa – i z miejsca "pozamiatał" konkurencję do miana najciekawszego serialu 2018 roku. Klimatyczny, przepełniony nienachalnymi odwołaniami do popkultury, momentami przeraźliwie smutny, po chwili bawiący do łez. Wszystko to podbudowane nie tylko wizualno-narracyjną ucztą (Cary Fukunaga i Patrick Somerville), ale i ciekawymi kreacjami tak na pierwszym (Emma Stone, Jonah Hill), jak i drugim (Justin Theroux, Sally Field) planie. Jest tylko jedno "ale"...

Netflix tym razem nie popełnił błędu, który kilka miesięcy temu pogrążył “Altered Carbon”. Dzięki temu, że uniknięto nadmiernego “pompowania balonika”, nowa wielka produkcja serwisu mogła liczyć na brak wielkich oczekiwań i aurę tajemniczości wokół projektu. Wyciekające z planu serialu “MANIAC” fotki od kilku miesięcy dawały do zrozumienia, że czeka nas coś nietuzinkowego. Emma Stone i Jonah Hill paradowali, a to w strojach typowych dla amerykańskiej mody lat 80., a to znowu wystylizowani na elity późnych lat 40. Tak, mowa o tej samej produkcji. W międzyczasie pojawiły się zajawki przepełnione neonami, które nie mogły przywodzić na myśl niczego innego niż wizji przyszłości rodem ze stary filmów science fiction, by po chwili pokazać Stone i Julię Garner w strojach elfickich łuczniczek. I TO NADAL TEN SAM SERIAL. Rzecz dzieje się bowiem… w głowach naszych bohaterów. To zresztą nie wszystko, na co “MANIAC” pozwolił swoim twórcom – Cary’emu Fukunadze (reżyser) i Patrickowi Somerville’owi (scenarzysta).

Jonah Hill i Emma Stone wystylizowani na lata 80. (kadr z serialu "MANIAC"), fot. Netflix
Jonah Hill i Emma Stone wystylizowani na lata 80. (kadr z serialu “MANIAC”), fot. Netflix

Witajcie w niedalekiej przyszłości. Czasach w gruncie rzeczy przypominających nam współczesne, wyrażających swój futuryzm w sposób niemalże symboliczny (a to maleńki robot, sprzątający psie odchody z chodnika; a to akwizytorzy – ludzie odczytujący osobom borykającym się z problemami finansowymi reklamy w zamian za pieniądze; a to znowu mikromieszkanko głównego bohatera, za którego oknem pobłyskują różowe i błękitne neony). Wszystko to urzeczywistnia jedynie działalność Neberdine Pharmaceutical Biotech – firmy pracującej nad trójfazowym lekiem, który potrafi wyleczyć każdego z wewnętrznych bolączek. Nie warto jednak zatrzymywać się tu nazbyt długo – kreacja świata rzeczywistego nie jest szczególnie istotna. Ba, nie może być! To tylko otoczka, wierzchnia warstwa świata, do którego zabiera nas “MANIAC” w ramach wprowadzenia. Nasza uwaga ma natomiast skupić się na tym, co najważniejsze: umysłach obolałych przez ciągłe lanie, jakie sprawia im życie.

Kpina ze schematów czy banał?

Emma Stone i Jonah Hill w poczekalni NPB (kadr z serialu "MANIAC"), fot. Netflix
Emma Stone i Jonah Hill w poczekalni NPB (kadr z serialu “MANIAC”), fot. Netflix

On – Owen Milgrim (Jonah Hill) – schizofrenik z dobrze sytuowanej rodziny, wśród bliskich czujący się niewidzialnym niczym wizje, które ukazują się tylko jego oczom. Ona – Annie Landsberg (Emma Stone) – człowiek pozornie z marginesu (drobna złodziejka, narkomanka), cwaniara kryjąca głęboką depresję pod brązowym płaszczem pewności siebie, buty i obojętności na innych. Czy to materiał na najbardziej sztampowe love story w dziejach produkcji telewizyjnych? Nic z tych rzeczy – Patrick Somerville (jeden ze scenarzystów genialnych “Pozostawionych” HBO) rozpisał tę historię doskonale!

“MANIAC” to dziesięcioodcinkowa opowieść o losach dwojga obcych sobie ludzi, które owszem, splatają się, ale w sposób nieoczekiwany. Zarówno Owen, jak i Annie, trafiają do NPB, gdzie mają uczestniczyć w badaniach klinicznych nad cudownym lekiem ABC. On liczy na przezwyciężenie choroby, ona na darmowe dragi. Początkowo żadne z nich nie budzi sympatii – Milgrim co najwyżej politowanie. Zabieg dość ryzykowny, bo nieczujący chemii z postaciami widzowie mogą przedwcześnie podziękować za seans, ale jeśli już ktoś zapragnie poznać finał tej historii, wchłonie serial “MANIAC” za jednym, góra dwoma posiedzeniami!

Kolorowych snów, moi drodzy

Justin Theroux i G.R.T.A. (kadr z serialu "MANIAC"), fot. Netflix
Justin Theroux i G.R.T.A. (kadr z serialu “MANIAC”), fot. Netflix

Trójfazowa terapia ABC, wspierana sztuczną superinteligencją komputera G.R.T.A., to dzieło życia trójki naukowców: Jamesa Mantleraya (Justin Theroux), Roberta Muramoty (Rome Kanda) i Azumi Fujity (Sonoya Mizuno). Ci zaś kreują niesamowite tło dla poczynań dwunastoosobowej grupy badawczej, wcale nie wyglądając na zdrowszych od swoich pacjentów. Cała otoczka, w jaką Cary Fukunaga (pierwszy sezon “Detektywa” HBO) ubrał siedzibę, pracowników i metody NPB, to futurystyczne wizje typowe dla kina lat 80. Od nawiązań każdy z odcinków aż pęka w szwach. Dodatkowo czuć to wiele inspiracji między innymi twórczością Davida Lyncha, ale zawiedzeni nie będą też fani np. Nicolasa Windinga Refna (“Drive”, “Neon Demon”). Soczysty kąsek dla fanów popkultury najwięcej zyskuje jednak dopiero podczas testów wspomnianego leku. Każda kolejna faza badań stanowi bowiem narkotyczno-oniryczną podróż, podczas której towarzyszymy Owenowi i Annie, poznając coraz więcej faktów na ich temat i powoli rozumiejąc ich motywacje.

I w tym momencie Somerville i Fukunaga raz jeszcze nie zawodzą!

“MANIAC” poprowadzony jest bezbłędnie. Od początku prowadzone osobno linie narracyjne zaczynają się splatać. Bohaterowie, z którymi początkowo nie sposób było się utożsamiać, zaczynają żyć i być bardziej ludzcy. Nie ma jednak mowy o nazbyt melodramatycznym finale – gdy zmierzamy ku poważnym czy wręcz smutnym momentom, napięcie momentalnie rozładowywane jest przez Theroux, Mizuno czy Sally Field, której pojawienie się wprowadza sporo ożywienia!

Jedynym “ale” tego serialu może być to, że jest tak dobry. Historia, choć w przesłaniu stanowi prostą opowieść o walce z własnymi demonami, jest niesamowicie ambitna. Ta pozorna banalność idealnie komponuje się z wizualnym i narracyjnym rozgardiaszem, który zastosowano jak najbardziej celowo, umacniając fabularny oniryzm. Przez to jednak “MANIAC” wielu może odstraszyć. Odejście od typowych scenopisarskich zagrywek, które mają przykuć widza do fotela przed telewizorem, wychodzi produkcji na dobre, ale nie mam wątpliwości, że spora część widowni po prostu zrezygnuje. Ich strata. Nie zobaczą bowiem ani odmienionego Jonah Hilla, ani genialnej kreacji Emmy Stone, ani też najmocniejszego drugiego planu, jaki kiedykolwiek widziałem w produkcji telewizyjnej.

"Maniac" (plakat), fot. Netflix
“MANIAC” (plakat), fot. Netflix
Autor artykułu
More from Damian Halik

OPod Tube Housing Project rozwiązaniem problemów mieszkaniowych?

Czy przyszłość ludzkości zamknięta jest w tubach? Studio James Law Cybertecture przekonuje,...
Czytaj wiecej