Martin Scorsese nie zmieni zdania: Marvel to nie kino

Martin Scorsese, fot. Rolex/Cake Films
Martin Scorsese, fot. Rolex/Cake Films
Kilka tygodni temu Martin Scorsese (nie po raz pierwszy) podał w wątpliwość wkład filmów superbohaterskich w rozwój kinematografii, przy okazji zwracając uwagę na niemal monopolistyczną pozycję wytwórni Disneya. Okazuje się, że to nie koniec "sporu", a reakcja na jego słowa wymagała, by raz jeszcze poruszył ten temat.

Mogłoby się wydawać, że w listopadzie Martin Scorsese będzie wywoływany do tablicy raczej w kontekście swojego nowego dzieła, nad którym pracował wiele lat. “Irlandczyk” pojawi się w bibliotece Netflixa 27 listopada, wcześniej goszcząc w wybranych kinach studyjnych.

Dla jednego z największych mistrzów w historii kinematografii jest to z jednej strony olbrzymia zmiana, ponieważ po raz pierwszy zmuszony był do porzucenia staromodnego toku życia filmu na rzecz nowych technologii i streamingu; z drugiej jednak to też moment z pewnością poruszający, ponieważ Netflix tak na dobrą sprawę… wyciągnął “Irlandczyka” z produkcyjnego limbo. Reżyser sam sobie jednak, delikatnie mówiąc, utrudnił świętowanie tego wyjątkowego momentu, a teraz musi użerać się z fanami Marvela i połową branży filmowej.

Filmy Marvela to nie kino, to multimedialne parki rozrywki

Zdjęcia z planu "Infiltracji" – Martin Scorsese rozmawiający z aktorami, fot. Universal Pictures
Zdjęcia z planu “Infiltracji” – Martin Scorsese rozmawiający z aktorami, fot. Universal Pictures

Może z tą połową branży to lekka przesada, ale bez wątpienia grupa ludzi bezstronnych jest w tej sytuacji najmniejsza. Jedni Scorsesemu przyklaskują, bo w końcu ktoś głośno poruszył dość drażliwą kwestię. Drudzy z kolei zarzucają mu brak szacunku do widowni czy wręcz ignorancję, wynikającą z jego staromodnego podejścia. Prawda jest jednak taka… że zwłaszcza ci drudzy sporo dopowiedzieli sobie sami, najwyraźniej zbyt personalnie odbierając jego słowa. Uderz w stół… Wróćmy więc do początku, czyli zdania:

Nie oglądam ich [filmów Marvela – przyp. red.]. Wiecie, starałem się, ale to nie kino. Szczerze mówiąc – choć są świetnie zrobione, a aktorzy dają z siebie wszystko – te filmy przypominają mi raczej parki rozrywki. To nie jest kino ludzi próbujących przekazać emocje i doświadczenie psychologiczne innym ludziom.

– Martin Scorsese w wywiadzie dla “Empire”

Trudno mi stwierdzić, czy jest w tym coś obraźliwego, bo sam jestem podobnego zdania na temat filmów Marvela. Z dwojga złego zawsze wolę nieraz poważnie niedopracowane pod względem scenariusza próby poważniejszego podejścia od DC/Warner niż robione według prostych schematów i wtórnych żartów opowieści o członkach grupy Avengers. Jednocześnie nie odbieram jednak nikomu przyjemności z tej – prostej, bo prostej, ale jednak – rozrywki. W którym momencie robi to Scorsese? Tego nie wiem.

Martin Scorsese był miły, mówiąc, że to nie kino

Jasu Hu dla "New York Timesa" (zdjęcie obrazujące felieton Martina Scorsesego na temat współczesnej kinematografii)
Jasu Hu dla “New York Timesa” (zdjęcie obrazujące felieton Martina Scorsesego na temat współczesnej kinematografii)

Świat idzie naprzód, wszystko się zmienia – a więc także gusta widowni. Nie jest jednak tak, że prosta rozrywka jest domeną naszych czasów. Przecież banalne komedie powstawały niemal od początku istnienia kinematografii; później temat ewoluował, w latach 80. przerzucił się choćby na kino grozy bawiące swoją realizatorską nieporadnością. I Martin Scorsese jest z tym okej, tak jak z istnieniem filmów Marvela.

Reżyser zwraca natomiast uwagę na inny aspekt: miejsce w szeregu. Tak jak oglądanych przez miliony filmów porno czy kiepskich, acz kultowych, horrorów klasy Z nie nominuje się np. do Oscarów, tak i współczesną odpowiedź na zapotrzebowanie masowej widowni powinno się traktować przez pryzmat jakości, nie zaś przychodów, jakie zapewniają wytwórni. Z tym natomiast bywa różnie, a pieniądz wyraźnie zaczyna rządzić.

W obronie kolegi po fachu stanął między innymi Francis Ford Coppola, który poszedł jeszcze dalej, stwierdzając:

“Nie wiem, czy ktokolwiek zyskuje cokolwiek na oglądaniu tego samego filmu w kółko. Martin był miły, mówiąc, że to nie kino. Nie powiedział jedynie, że to coś okropnego – ja mówię.”
[w oryginale: despicable – podłe, nędzne, ale też zasługujące na pogardę].

I choć autor “Czasu apokalipsy” czy “Ojca chrzestnego” – w przeciwieństwie do Scorsesego – zdecydowanie przesadził, takie słowa były potrzebne, bo Martin Scorsese zwyczajnie nie zasługuje na hejt za wyrażanie swojego zdania.

Drugie dno: dominacja Disneya

Grafika promująca konwent D23 Expo, fot. The Walt Disney Company
Grafika promująca konwent D23 Expo, fot. The Walt Disney Company

Wracając niejako do “Irlandczyka”, nad którym Martin Scorsese pracował kilkanaście lat, ale nakręcić film udało się dopiero dzięki Netflixowi – kinematografia mocno się zmieniła. Twórca wielu kultowych tytułów jest w tej kwestii jednym z najbardziej poszkodowanych, ponieważ w przeciwieństwie do kolegów po fachu nigdy nie osiadł na laurach.

Wielu uznanych filmowców zamknęło się we własnych bańkach czy zwyczajnie skorzystało z okazji, by nawiązać współpracę z największymi wytwórniami. Ale nie Martin Scorsese. Póki jego filmy były na topie, z ich wydaniem nie było problemu. Wraz z przeważającą się na stronę rozrywki szalą, artysta zaczął jednak schodzić na dalszy plan i… robić swoje na własnych zasadach. I żeby była jasność – nie ma nikomu niczego za złe. Stwierdza jedynie, że:

Kinematografia wyraźnie podzieliła się na dwie dziedziny: kino oraz rozrywkę audiowizualną. Od czasu do czasu te sfery się pokrywają, ale zdarza się do coraz rzadziej. Obawiam się, że finansowa dominacja jednej ze stron jest wykorzystywana do marginalizowania czy wręcz umniejszania istnieniu tej drugiej.

– Martin Scorsese w felietonie dla “New York Timesa”

Właśnie tak reżyser postanowił odpowiedzieć na krytykę jego osoby – ponownie w sposób stonowany, bez zbędnych uszczypliwości.

Warto zresztą przeczytać ten felieton w całości. Martin Scorsese wylicza w nim wiele kwestii, które najwyraźniej umknęły uwadze atakujących go osób. Wiedzieliście na przykład, że spośród 52 tygodni w roku około 20 jest czasem premier nowych filmów Disneya? To niemal połowa czasu, a trzeba pamiętać, że w roku kalendarzowym różne okresy rządzą się własnymi prawami, jeśli chodzi o liczbę odwiedzających kina.

Tekst, który Martin Scorsese opublikował na łamach “New York Timesa”, znajdziecie tutaj. Nawet jeśli opacznie zrozumieliście jego wypowiedź sprzed miesiąca, lektura felietonu powinna nieco rozjaśnić wam kwestię rzeczywistych intencji reżysera. Jeśli natomiast chodzi o “Irlandczyka”, który do biblioteki Netflixa trafi 27 listopada, serwis potwierdził także premierę w polskich kinach. Chętni mogą obejrzeć nowe, świetnie przyjęte za Oceanem dzieło Scorsesego od 22 listopada w:

Poznaniu (kina: Apollo, Malta, Muza, Bułgarska 19, Pałacowe, Rialto); Warszawie (Muranów, Kinoteka, Wisła, Luna, Atlantic);
Wrocławiu (Nowe Horyzonty, OH Kino, DCF);
Krakowie (Kino pod Baranami, Mikro, Agrafka);
Katowicach (CSF Kosmos, Światowid);
Lublinie (CK Muza, Bajka);
Tarnowie (Marzenie, Millenium);
Toruniu (Znaki Czasu. Centrum Sztuki Współczesnej);
Olsztynie (Awangarda);
Nowym Sączu (Sokół);
Rzeszowie (Zorza);
Bydgoszczy (Orzeł);
Gdyni (GCF);
Gdańsku (Kameralne Cafe);
Białymstoku (Forum);
Gorzowie Wielkopolskim (MOS);
Łodzi (Charlie);
Szczecinie (Pionier);
Radomiu (Elektrownia);
Zakopanem (Miejsce);
Jaśle (JDK);
Siedlcach (Nove Kino);
Czechowicach-Dziedzicach (Świt);
Chełmie (Zorza);
Augustowie (Iskra);
Częstochowie (OKF);
Gliwicach (Amok);
Bełchatowie (Kultura)
Słupsku (Rejs).

Autor artykułu
More from Damian Halik

Diamentowy zegarek Omega Elvisa Presleya na sprzedaż!

Zegarki to jedne z najczęściej licytowanych pamiątek po słynnych osobistościach – niebawem...
Czytaj wiecej