“Matrix Zmartwychwstania” – Żywy trup [Recenzja]

Keanu Reeves, Neo, Thomas Anderson, Matrix, Matrix Zmartwychwstania, Lana Wachowski, Warner Bros. Picture
Keanu Reeves powracający jako Neo ​w filmie "Matrix Zmartwychwstania" (reż. Lana Wachowski, 2021), fot. Warner Bros. Picture
Na ekranach kin zagościł film "Matrix Zmartwychwstania". Czy wracając do przygód Neo po niemal dwudziestu latach od zakończenia trylogii Lana Wachowski ma coś ciekawego do powiedzenia?

Akcja filmu “Matrix Zmartwychwstania” rozgrywa się wiele lat po “Rewolucjach”, kiedy zwycięstwo Neo i jego sprzymierzeńców jest już tylko wspomnieniem. Matrix się odrodził i znów tylko nieliczni wiedzą, że żyją w świecie będącym jedynie imitacją prawdziwego doświadczenia. Thomas Anderson (Keanu Reeves) jest cenionym projektantem gier (zasłynął dzięki trylogii, której fabuła bliźniaczo przypomina to, co znamy z pierwszych trzech filmów). Mężczyzna uczęszcza na terapię, bo wydarzenia z własnej serii gier mieszają mu się z rzeczywistością. Co pocznie, gdy pewnego dnia na jego drodze stanie wykreowana przez niego postać i powie mu, że świat, który zna, to jedno wielkie kłamstwo?

Na glinianych nogach

Yahya Abdul-Mateen II, Morfeusz, Matrix Zmartwychwstania, Lana Wachowski, Warner Bros. Pictures
Yahya Abdul-Mateen II jako Morfeusz w filmie “Matrix Zmartwychwstania” (reż. Lana Wachowski, 2021), fot. Warner Bros. Pictures

“Matrix Zmartwychwstania” to film złożony z cytatów, zapatrzony w poprzednie części serii. Reżyserka Lana Wachowski wraz ze współscenarzystami (Aleksandarem Hemonem i Davidem Mitchellem) nie tylko cytują kultowe dialogi czy powtarzają ikoniczne ujęcia, ale i przerabiają całe sekwencje znane z poprzednich “Matrixów”. Początkowo zapewnia to odbiorczą satysfakcję – jesteśmy dumni, gdy wyłapiemy nawiązanie albo możemy zobaczyć znajomą scenę w innym kontekście i z nową obsadą.

Przyjemność szybko jednak zastępuje zwątpienie. Kolejne sceny to puste nawiązania, które nie wnoszą nic do nowego filmu. Są nic nieznaczącym hołdem albo silą się na ironiczny komentarz. Nie wiadomo co gorsze – bezgraniczny zachwyt nad własnymi osiągnięciami sprzed lat czy próba puszczania oka do fanów. Parafrazy scen są nachalne. Autoironiczne komentarze – toporne i nieszczere. Nieważne czy dotyczą “Matrixów” (nowy Morfeusz krytykuje starego Morfeusza), czy zjawiska sequelozy (w filmie widzimy przygotowania do realizacji czwartej części gry).

To częste dla nowego filmu Wachowski – twórcy poruszają kilka ciekawych kwestii (czy to na poziomie fabuły, czy metakomentarza), ale zamiast zająć stanowisko, wolą poprzestać na niedomówieniu. Ciekawą metaforę obrócić w kiepski żart. Nowy “Matrix” mógłby być komentarzem do dzisiejszych czasów, w których porozumiewamy się między sobą cytatami z filmów, komiksów czy seriali. Mógłby też poruszyć kwestię zapatrzenia w przeszłość i życia wspomnieniami. Zamiast tego przypomina twórczość fanowską bezrefleksyjnie wielbiącą kultowy oryginał i porzucającą kolejne wątki. Smutne, że największą fanką pierwszego “Matrixa” jest chyba Lana Wachowski.

W rozkroku

Jessica Henwick, Toby Onwumere, Matrix Zmartwychwstania, Warner Bros. Pictures
Jessica Henwick i Toby Onwumere w filmie “Matrix Zmartwychwstania”, fot. Warner Bros. Pictures

“Matrix Zmartwychwstania” ma cechy sequela, remake’u i autoparodii. Daje to specyficzną mieszankę. Sceny na poważnie trudno traktować serio, gdy co chwilę kojarzą nam się z czymś, co już znamy. Samoświadome momenty komediowe wydają się wysilone i nie na miejscu. Fabuła jest chaotyczna i niejasna, mimo że wciąż i wciąż ktoś tu coś tłumaczy. Nowi bohaterowie są jedynie pretekstem, by wprowadzić na ekran stare postacie. Te ostatnie tkwią w teraźniejszości, ale – dosłownie i w przenośni – są uwięzione w przeszłości.

Nawet sceny akcji – które przecież w pierwszym “Matrixie” były czymś innowacyjnym dla blockbusterowego kina – tu wypadają blado. Brakuje im rozmachu, klarowności i emocjonalnej wagi. Są zachowawcze inscenizacyjnie i nieciekawe formalnie. Montażowa sieczka być może miała nadać wszystkiemu dynamiki, ale tylko wprowadza chaos i uwypukla słabości choreograficzne. Walki wręcz i strzelaniny wydają się niemal imitacją imitacji. Bardziej kojarzą się ze scenami np. z “Incepcji”, które zainspirował pierwszy “Matrix”, niż z samym dziełem Wachowskich z 1999 roku.

OK Boomer

Keanu Reeves, Matrix, Neo, Thomas Anderson, Warner Bros. Pictures
Keanu Reeves powracający jako Neo/Thomas Anderson, fot. Warner Bros. Pictures

Przez ostatnie dwadzieścia lat przygody Neo i Trinity straciły na znaczeniu. U progu XXI wieku były czymś świeżym i być może szokującym. W rozrywkowej formie poruszały filozoficzne i socjologiczne kwestie, które mogły budzić niepokój. Dziś technologia znacząco poszła do przodu, wirtualna rzeczywistość, automatyczne samochody, życie online – wszystko to powoli staje się naszą codziennością. Szkoda, że film Lany Wachowski nie ma ambicji, by dotrzymać kroku technicznej rewolucji.

Niby świat “Matrixa” ewoluuje, ale stoi w miejscu – o zmianach technologicznych wspomina się tu w jednym zdaniu i to w pogardliwy sposób. Wątek maszyn koegzystujących z ludźmi zostaje porzucony. Na poziomie przesłania film powtarza to, co mówiły nam już wcześniejsze filmy o Neo. I choć niektórzy powiedzą, że takie morały są uniwersalne, to ja nie wiem, po co po dwudziestu latach wracać do serii i kręcić film dokładnie o tym samym.

“Matrix Zmartwychwstania” – zbędny powrót

Matrix Zmartwychwstania, Lana Wachowski, Warner Bros. Pictures
Kadr z filmu “Matrix Zmartwychwstania”, fot. Warner Bros. Pictures

Wskrzeszanie dawnych franczyz bywa ryzykowne. Może być sukcesem (co udowadnia “Mad Max. Na drodze gniewu”), może podzielić fanów (nowa trylogia “Gwiezdnych Wojen”), może być też całkowicie chybionym pomysłem (o czym przekonali się twórcy tegorocznego “Kosmicznego meczu”). Gdzie w tym zestawieniu uplasuje się “Matrix Zmartwychwstania”? Dla mnie to film, który nie wie, czym chce tak naprawdę być. Chaotyczny i w konsekwencji zbędny powrót do serii, która zmieniła kino.

Zamiast oferować coś nowego – powtarza to, co już wiemy. Nie działa jako widowisko, bo nie angażuje i nie wywołuje emocji. Nie pobudza do intelektualnego wysiłku. Deklaratywność tez i dialogów jest bolesna, podobnie jak wysilona samoświadomość. Mimo negatywnych odczuć pogłębiających się z każdym kwadransem seansu miałem nadzieję, że film w końcu mnie zaskoczy. Zaoferuje jakiś twist fabularny, który rozwali mi głowę i usprawiedliwi tę nudną farsę. Niestety, największą niespodzianką nowego “Matrixa” jest brak niespodzianki. 

Autor artykułu
More from Jan Sławiński

“Ostatniej nocy w Soho” – mroczna strona swingującego Londynu [Recenzja]

Edgar Wright powraca z nowym filmem. Tym razem jednak proponuje widzom opowieść...
Czytaj wiecej