Midsommar. W biały dzień

Pomimo tego, że premiera kinowa najnowszego filmu Ariego Astera miała miejsce już miesiąc temu, zobaczyłem go dopiero w tym tygodniu. Twórca „Hereditary“ kolejny raz udowodnił, że wie jak kręcić filmy, ale jednocześnie nie sprawił, że polubimy się na dłużej. Przynajmniej na razie.

Rywalizacja

Tak, zeszłoroczne „Hereditary“, które miało być objawieniem i powiewem świeżości w tematyce filmów grozy, okazało się dla mnie dość przykrym zawodem. Film wiele obiecywał i przez pierwszą połowę byłem nim naprawdę oczarowany. Jednak jego druga część okazała się powielaniem dobrze utartych schematów, momentami przechodząc w karykaturę gatunku – jednak wciąż było widać w tym wszystkim rękę kogoś, kto kino kocha. Aster wziął się za dość trudne zadanie, ponieważ horror to gatunek, w którym mieliśmy okazję zobaczyć niemal wszystko, co miał on do zaoferowania. Jednakże, Jordan Peele udowodnił swoim „Uciekaj!“ oraz tegorocznym „To My“, że wciąż można przemycić do tych filmów sporo nowego podejścia. Obaj twórcy potrafią w fenomenalny sposób operować warsztatem i widać u nich wpływy najlepszych reżyserów, aczkolwiek Peele nieco lepiej rozumie grozę i nie daje się zapędzić w pułapki mówiące „to już było“. U Astera widać, że uczy się na swoich własnych błędach, dlatego „Midsommar. W biały dzień“ wypada lepiej od swojego poprzednika. 

Midsommar, dyst. Gutek Film

Sztuczna radość

Reżyser kolejny raz bierze się za ludzi, którzy przeżywają stratę i mają ciężkie relacje z bliskimi. To właśnie to będzie główny motyw jego najnowszego filmu, ale oczywiście z zewnątrz wydaje się on zupełnie o czym innym. Główna bohaterka, Dani (w tej roli fenomenalna Florence Pugh) od samego początku nie ma łatwo. Do tragedii, jaka ją spotkała, dochodzi chłopak całkowicie pozbawiony inteligencji emocjonalnej, który z jednej strony chciałby ją zostawić, ale z drugiej boi się, że ją zrani, dlatego trwa w toksycznej relacji. Dodajmy to tego kumpli chłopaka i wyjazd do Szwecji, by podziwiać święto letniego przesilenia Nic nie zwiastuje, co czeka grupę znajomych w skąpanej słońcem wiosce, gdzie miłość, kwiaty i promienne uśmiechy są na porządku dziennym.

Oglądając „Midsommar. W biały dzień“ widziałem, że Ari Aster nie boi się tworzyć wielowarstwowej historii. Co prawda nie wychodzi z tej opowieść w pełni obronną ręką, ale znajdziemy tu ogrom odniesień, symboliki i nawiązań do tego, jak wygląda nas współczesny świat i relacje między ludźmi. O ile „Hereditary“ nie wywołało u mnie zbyto wielu emocji, o tyle w najnowszym filmie Astera rządzi niepokój. Ciężko powiedzieć, że się na tym filmie bałem, bo właściwie nie odczuwałem tu strachu. Na całe szczęście, nie wiele tu było również obrzydzenia, chociaż przyznaję, że na kilku scenach przymykałem lekko oczy – np. kiedy czaszka jednego z bohaterów roztrzaskuje się o skałę i jest to pokazane bardzo dokładnie. Reżyser postanowił największe „obrzydliwości“ zafundować nam mniej więcej w połowie seansu, później skupiając się dalej na prowadzeniu historii. Wspomniany wcześniej niepokój, to chyba najważniejsze uczucie, jakie możemy zaobserwować podczas tego prawie dwu i pół godzinnego seansu.

Midsommar, dyst. Gutek Film

Strona wizualna

Sprawne oko, może dość szybko zauważyć, w jakim kierunku będzie szła cała historia i niestety Aster nie uciekł przed zastosowaniem tu kilku gatunkowych banałów. Na wiele możemy jednak machnąć ręką, ponieważ film potrafi zachwycić stroną wizualną. Pierwszą rzeczą, jaka pozytywnie może nas zaskoczyć, to fakt iż niemal cała akcja filmu dzieje się za dnia. To dość rzadkie w tym gatunku i cieszę się, że Aster postanowił iść tym torem. Zachwycić nas mogą również przepiękne scenografię, kostiumy oraz zdjęcia Pawła Pogorzelskiego, bez którego efekt nie byłby tak powalający.

Aktorsko zdecydowanie wybija się tu popis Florence Pugh, którą w najbliższym czasie zobaczymy między innymi w „Małych kobietkach“ Grety Gerwig. Jej rola jest momentami prawdziwą jazdą bez trzymanki, której nie chce się za nic przerywać. Drugim aktorem, na którego należy tu zwrócić uwagę, jest William Jackson Harper. Muszę się koniecznie przyjrzeć jego rolom w innych produkcjach.

Druga szansa

Miałem wielkie obawy, czy w ogóle obejrzeć nowy film Ariego Astera. Chyba właśnie dlatego, obejrzałem go dopiero miesiąc po premierze. „Hereditary“ bardzo mnie rozczarowało i nie chciałem tego przeżywać ponownie. Jednak opinie wielu osób zachęciły mnie do seansu i nie żałuję, że wybrałem się do kina. Nie jest to film bez wad i na pewno mógłbym zrobić sporą listę rzeczy, które mi w nim przeszkadzały. Nie da się nie zauważyć tendencji wzrostowej w filmach reżysera i mam nadzieję, że jego trzeci film przemówi do mnie tak, jakbym tego chciał. Aster jest na pewno jednym z ciekawszych twórców i chciałbym by razem z Jordanem Peelem sprawił, że filmy grozy znów będą czymś, na co czekamy, a nie tylko odgrzewanymi kotletami. 

Jeżeli jeszcze nie widzieliście filmu, a Waszej okolicy można znaleść jakieś seanse, to kupujcie bilet. 

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Animowane dobro

Nadszedł ten czas w roku, kiedy do kin wchodzi film stworzony przez...
Czytaj wiecej