Miasta wyżywią się same? Singapur daje przykład

Farmy wertykalne, Singapur, Lianoland Wimons, Wikimedia Commons
Pracownik jednej z wertykalnych farm w Singapurze (2020), fot. Lianoland Wimons/Wikimedia Commons
Singapur słynie z kuchni, ale nie z rolnictwa. Uprawy zajmują 1% jego powierzchni – a mimo to moglibyśmy uczyć się od Singapurczyków produkcji żywności. Nikt bowiem nie forsuje tak gruntownej zmiany podejścia do tej kwestii, dowodząc, że miejskie farmy mogą być przyszłością.

Podział na tereny miejskie i wiejskie ma dość jasne konotacje. Nie trzeba tego tłumaczyć zwłaszcza w Polsce, gdzie od wieków powtarza się frazesy o spichlerzu Europy. Niezależnie jednak od tego, czy rzeczywiście owym spichlerzem byliśmy, a ile w tym było megalomańskich fantazji sarmatów – mamy w tej kwestii olbrzymie doświadczenie. Zupełnie inna jest natomiast historia powstania Singapuru – miasta-państwa niespełna półtora raza większego od Warszawy, a zamieszkanego przez niemal sześć milionów osób. Zważywszy na nikłą produkcję własną oraz liczbę mieszkańców nie trudno się domyślić, że zdecydowana większość dostępnej tam żywności – ponad 90% – pochodzi z importu. Władze od lat budują jednak podwaliny nowego systemu, którego kluczowym elementem są miejskie farmy.

Truskawki, Sustenir Agriculture, Miejskie farmy, Edgar Su, Reuters
Truskawki hodowane przez Sustenir Agriculture, fot. Edgar Su/Reuters

To już nawet nie kwestia inicjatyw proekologicznych czy upraw hobbystycznych – to realny elementem krajowej polityki społecznej. W państwie-mieście, którego krajobraz definiują liczne wieżowce i zjawiskowe perły współczesnej architektury, wbrew pozorom wcale nie tak trudno o przestrzeń. Wystarczy nieco typowej dla Azjatów kreatywności w zagospodarowaniu przestrzennym. To niezmiernie istotne – zwłaszcza w dobie postępujących zmian klimatycznych oraz coraz większego przeludnienia. Choć to niewyobrażalne, tradycyjne rolnictwo może bowiem zniknąć, a w tej sytuacji miejskie farmy okażą się zbawienne. Jak je prowadzić, dowiemy się natomiast z eksperymentów Singapurskiej Agencji Żywności.

Miejskie farmy – prędzej czy później – mogą stać się głównym źródłem żywności

Oczywiście jesteśmy od tego momentu bardzo daleko. Miną lata, nim podobne rozwiązania zaczną obowiązywać w innych zakątkach świata… Chociaż, bądźmy precyzyjni. Podobne rozwiązania już funkcjonują, ale w formie porównywalnej do artystycznych happeningów – to sztuka dla sztuki. Realna moc przerobowa w tego typu uprawach, a warto wspomnieć, że istnieją one także w Polsce, jest niewielka. Wśród wielu scenariuszy, jakie piszemy każdego dnia swoimi wyborami, może się jednak okazać, że ziemia przestanie nas żywić.

Na tę okoliczność przygotowuje się wielu przedsiębiorców, którzy już dziś promują tak zwany urban farming. Niewielkie, sztucznie oświetlone hodowle można umieścić niemal wszędzie. Czy to w kontenerach – jak Square Roots Kimbala Muska – czy nawet w biurowcach – jak zrobiła to Matylda Szyrle, tworząc Listny Cud. Taki system nie jest oczywiście idealny. Nie wszystko da się tą metodą wyhodować, a nawet jeśli, to nie zawsze ma to ekonomiczny sens. Pamiętajmy jednak, że to dopiero początki. Dziś wertykalne, miejskie farmy to źródło głównie ziół i warzyw liściastych.

Wracając jednak do Singapuru, tam myślami są już w 2030 roku. Zgodnie z planami rządu do tego czasu kraj powinien samodzielnie produkować nawet 30% żywności, jaka trafi na stoły Singapurczyków. W ciągu najbliższej dekady potroi się zatem moc przerobowa singapurskiego przemysłu rolnego. To wciąż niewiele, ale z matematycznego punktu widzenia progres jest ogromny. A właściwie będzie.

Za planem 30/30 idą potężne pieniądze

Miejskie farmy, Farmy wertykalne, Singapur
Farma wertykalna na jednym z dachów w Singapurze (2020), fot. Lianoland Wimons/Wikimedia Commons

30/30 to oczywiście symboliczna nazwa od 30% w 2030 roku. Warto przy tym zaznaczyć, że choć planowany wzrost jest znaczący, nie jest on wyłączną zasługą upraw wertykalnych. To plan zakładający zarówno inwestycję w jedzenie przyszłości, jak i optymalizację wykorzystywanych obecnie terenów rolnych. Miejskie farmy nie są jednak wyłącznym źródłem optymistycznych prognoz. Tak zwany agrotech ma wiele oblicz, pośród których to zielone jest najmocniej dziś reprezentowanym, ale nie jedynym. Singapurska Agencja Żywności tylko w tym roku przekazała natomiast 60 000 000 dolarów na rozwój całej tej branży.

Obecnie rozmiary tego sektora w Singapurze są nieporównywalne w skali świata. Wśród farm przyszłości, które działają już dziś, niemal dziewięćdziesiąt zajmuje się produkcją roślin liściastych. Dziesięć ma profil ogólny, a kolejnych siedem skupia się na roślinach strączkowych. Poza farmami wertykalnymi w kraju działają też farmy hydroponiczne – często połączone z dobrze rozwiniętą akwakulturą. Ogółem w Singapurze działa niemal sto trzydzieści miejsc, gdzie hodowane są ryby. Władze SAŻ nie ukrywają natomiast, że bacznie obserwują także poczynania… naukowców. Marzy im się bowiem możliwość produkcji własnego mięsa, a właściwie jego roślinnych zamienników.

Singapur, Akwakultura, Barramunda, Lauryn Ishak, Bloomberg News
Singapurska hodowla barramundy, fot. Lauryn Ishak/Bloomberg News

Jako że warunki geograficzne Polski dają nam nad Singapurem olbrzymią przewagę, możemy oczywiście bagatelizować ich działania. W końcu my mamy jedzenie prosto od rolników. To jednak bardzo krótkowzroczne myślenie – zwłaszcza w obliczu postępujących zmian klimatycznych. Singapurczykom należy się więc szacunek za to, z jakim wyprzedzeniem rozpoczynają prewencję. Paradoksalnie ich zmiany klimatu dotkną mniej, ale głodować wszyscy będą tak samo. Miejskie farmy, rozwijane już dziś, są natomiast sposobem nie tylko na zmianę nieuchronnej przyszłości, ale też na umacnianie ich własnej pozycji w świecie – Singapurczycy inwestują bowiem w swoją niezależność.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Gorzka czekolada to deser, który leczy wzrok (i nie tylko!)

Nawet jeśli gorzka czekolada nie jest waszym ulubionym przysmakiem, warto od czasu...
Czytaj wiecej