“Miłość, śmierć i roboty” – fantazje Tima Millera [Recenzja]

"Miłość, śmierć i roboty" (sceny z poszczególnych filmów cyklu), fot. Netflix
"Miłość, śmierć i roboty" (sceny z poszczególnych filmów cyklu), fot. Netflix
Choć filmy animowane od dekad eksperymentują z tematyką, coraz częściej kierując ją do dorosłych widzów, wciąż pokutuje przeświadczenie o tym, że "bajki są dla dzieci". Między innymi dlatego na palcach dwóch rąk można policzyć tytuły animacji 18+, które zdobyły szeroką popularność – zaczynając od takich klasyków, jak "Simpsonowie" czy "South Park". Netflixowe "Miłość, śmierć i roboty" wyraźnie jednak pokazują, że najlepsze czasy dla tego typu produkcji są dopiero przed nami.

Już na starcie trzeba podkreślić, że “Miłość, śmierć i roboty” nie jest dziełem wybitnym, co mogłyby sugerować oceny. I nie zrozumcie mnie źle – nie umniejszam niebywałemu poziomowi tej serii. Po prostu warto podejść do niej z odpowiednim dystansem, by nie rozczarować się za sprawą własnych, wygórowanych oczekiwań. Trzeba bowiem pamiętać, że mamy tu do czynienia z antologią – formatem tyleż ciekawym, co nietypowym w swej formule. Każdy z osiemnastu zaprezentowanych w jej ramach filmów, trwających od 6 do 17 minut, jest natomiast osobnym bytem. “Miłość, śmierć i roboty” jest więc zlepkiem różnych koncepcji pełnych odniesień do popkultury. Co za tym idzie, znajdziemy tu zróżnicowanie zarówno pod względem treści, jak i oprawy wizualnej. Łączy je natomiast osoba Tima Millera (reżyser “Deadpoola”), który trzymał pieczę nad całą serią.

"Trzy roboty" ("Three Robots", reż. Víctor Maldonado i Alfredo Torres), fot. Netflix
“Trzy roboty” (“Three Robots”, reż. Víctor Maldonado i Alfredo Torres), fot. Netflix

Producentami wykonawczymi netflixowej antologii zostali Joshua Donen (producent “Szybkich i martwych”, “Zaginionej dziewczyny”, “House of Cards”) oraz David Fincher (reżyser kryminału “Siedem”, kultowego “Podziemnego kręgu”, “Zodiaka” czy “Dziewczyny z tatuażem”). To o tyle istotne, że Miller i Fincher spotkali się właśnie przy okazji adaptacji kryminału Stiega Larssona. Wtedy też panowie mieli wpaść na pomysł, by zainspirować się niezbyt górnolotnym science fiction lat 70., które za sprawą silnie erotyzowanych treści próbowało na łamach magazynu “Heavy Metal” przyciągnąć czytelników zainteresowanych niekoniecznie naukową stroną fantastyki. W 1981 roku zrealizowano nawet nawiązujący do tytułu pisma film, ale nie odniósł on sukcesu. Niemal czterdzieści lat później wiele jednak zmieniło się w mentalności i sposobie dystrybucji filmowej, co skrzętnie wykorzystano. Cyklem “Miłość, śmierć i roboty” Miller niejako wraca też do korzeni – wszak jego reżyserski debiut to animowana krótkometrażówka “Rockfish” (2003).

Ogólnie rzecz biorąc “Miłość, śmierć i roboty” można uznać za spory sukces. Już sama forma antologii jest tu odważnym wyborem – choć nie każdemu spodoba się brak związku między poszczególnymi filmami. Z drugiej jednak strony w tej różnorodnej zbieraninie każdy – dosłownie każdy – powinien znaleźć coś dla siebie.

“Miłość, śmierć i roboty” to festiwal rozmaitości…

"Świadek" ("The Witness", reż. Alberto Mielgo), fot. Netflix
“Świadek” (“The Witness”, reż. Alberto Mielgo), fot. Netflix

Mamy tu stylistyczne odniesienia do anime, gier komputerowych oraz bardziej klasycznych animacji (“dla dzieci”). Nie trzeba wprawnego oka, by zauważyć tu odniesienia. Zresztą niemal zawsze są one trafne i wynikają ze współpracy z artystami, których dzieła chodzą nam po głowie. Tak jest choćby w “Sonnie’s Edge”, gdzie postaci przypominają bohaterów “Dishonored 2”, ponieważ tworzył je ten sam człowiek – Hasan Bajramovic. “Miłość, śmierć i roboty” to jednak nie tylko animacje i grafika komputerowa. W cyklu znalazło się też miejsce dla aktorskiej “Epoki lodowcowej” z Topherem Grace’em i Mary Elizabeth Winstead, wzbogaconej o animacjami. Przy okazji jest to jedyny w całej antologii film, który od A do Z stworzył Miller.

Topher Grace i Mary Elizabeth Winstead w filmie "Epoka lodowcowa" ("Ice Age", reż. Tim Miller), fot. Netflix
Topher Grace i Mary Elizabeth Winstead w filmie “Epoka lodowcowa” (“Ice Age”, reż. Tim Miller), fot. Netflix

Problemy zaczynają się, gdy spróbujemy ocenić każdą z odsłon antologii według w miarę jednolitych standardów. Pod względem wizualnym “Miłość, śmierć i roboty” to majstersztyk – oczywiście poszczególne style mogą nam się podobać lub nie, ale pod względem technicznym nie brakuje tu niczego. Od animacji utrzymanej w klasycznie dziecięcym stylu – “Gdy zapanował jogurt” (“When the Yogurt Took Over”), “Historie alternatywne” (“Alternate Histories”) – poprzez coś dla fanów anime – “Wysysacz dusz” (“Sucker of Souls”), “Udanych łowów” (“Good Hunting”) – aż po świetne grafiki komputerowe – “Trzy roboty” (“Three Robots”), “Zmiennokształtni” (“Shape-Shifters”), “Szczęśliwa trzynastka” (“Lucky 13”). Przy okazji warto zauważyć, że swój wkład ma tu także polskie studio Platige Image. Ich utrzymane w stylistyce “Another Day of Life” animacje do “Rybiej nocy” (“Fish Night”) wyróżniają się wizualnie na tle reszty. Na osobną kategorię zasługują natomiast filmy “Światek” (“The Witness”), “Pomocna dłoń” (“Helping Hand”) czy “Tajna wojna” (“The Secret War”) wręcz wyznaczające standardy hiperrealistycznej grafiki komputerowej.

… które nie zawsze trzymają poziom

"Historie alternatywne" ("Alternate Histories", reż. Víctor Maldonado i Alfredo Torres), fot. Netflix
“Historie alternatywne” (“Alternate Histories”, reż. Víctor Maldonado i Alfredo Torres), fot. Netflix

Film to medium wizualne – nie oglądamy ich jednak samymi oczami. O ile “Miłość, śmierć i roboty” wygląda świetnie, poszczególne odsłony cyklu zdecydowanie nie trzymają jednolitego poziomu. Nie, żebym szukał w silnie seksualizowanych krótkometrażówkach głębszego sensu, ale część fabuł jest najzwyczajniej płytka. To zresztą byłoby do przeżycia, gdyby nie spora przewidywalność zwrotów akcji. Niemniej, nie można ze względu na nierówny poziom postawić krzyżyka na całej antologii.

"Pomocna dłoń" ("Helping Hand", reż Jon Yeo), fot. Netflix
“Pomocna dłoń” (“Helping Hand”, reż Jon Yeo), fot. Netflix

Znajdziemy tu choćby “Pomocną dłoń”, która świetnie pokazuje, że genialna “Grawitacja” Alfonso Cuaróna mogła być jeszcze bliższa prawom fizyki… ale wówczas nie trwałaby półtorej godziny. Z drugiej strony mamy natomiast “Alternatywne historie”, które przedkładają humor nad sensowne odniesienie do zagadnienia podróży w czasie. Mimo wielu uproszczeń i ścieżek na skróty, trzy i pół godziny z całą antologią upłynęło mi jednak dość przyjemnie. Humor (“Gdy zapanował jogurt”), sporo dramaturgii (“Tajna wojna”) czy wizualne popisy (“Świadek”) bronią koncepcji Millera. Chyba największą perełką jest natomiast “Nieśmiertelna sztuka” (“Zima Blue”), łącząca ciekawą historię z puentą oraz zapadającą w pamięci oprawę graficzną.

"Nieśmiertelna sztuka" ("Zima Blue", reż. Robert Valley), fot. Netflix
“Nieśmiertelna sztuka” (“Zima Blue”, reż. Robert Valley), fot. Netflix

W ostatecznym rozrachunku “Miłość, śmierć i roboty” wypada bardzo dobrze. Nie sposób jednak ocenić tej antologii, nie przyglądając się jej częściom składowym, ale odnoszę wrażenie, że w grupie tkwi siła. Słabsze krótkometrażówki zyskują w otoczeniu tych lepszych, lepsze natomiast nie tracą zbyt wiele. Nie warto szukać porównań do “Animatrixa” czy innych antologicznych serii, ale być może lepiej byłoby spojrzeć w przyszłość. Spora część tych historii zasługuje na znacznie więcej czasu ekranowego – nie wszystkie zresztą zamknięto fabularnie, więc kto wie? “Miłość, śmierć i roboty” przyniosło zresztą na tyle zadowalające efekty, że nie powinno być ostatnim eksperymentem Netflixa z nietypowymi formatami. Już teraz mówi się, że być kolejna antologia może być tylko kwestią czasu…

Autor artykułu
More from Damian Halik

Russell James odświeżył swój słynny album “ANGELS”

Gdy w 2014 roku Russell James publikował głośny album "ANGELS" z aktami...
Czytaj wiecej