MOJE SPOTKANIE Z SAHARĄ

Do Tunezji pojechałem w konkretnym celu – zobaczyć i dotknąć Saharę. Bo znać tę pustynię ze zdjęć, wyobrażać ją sobie, a nawet mieć na jej temat wiedzę – to jednak co innego, niż poprzesypywać sobie piasek z dłoni na dłoń, czy podziwiać jej bezkres.

Jest to doświadczenie, które warto przeżyć, uwierzcie, nawet nie z powodu jakiegoś mistycyzmu czy czegoś takiego, ale dlatego, że nawet taki tunezyjski przedsmak największej pustyni świata wzbudza pewnego rodzaju szacunek do przestrzeni, dojmująco udowadnia naszą niewielkość czy nieznaczącość. No dobra, przesadzam. Jest tam po prostu byczo.

Wybieram Duz, trzydziestotysięczną oazę, leżącą mniej więcej 9 godzin jazdy busikiem z Tunisu. Busy są zadbane i dość wygodne, zatrzymują się na lancz i siku, więc ta podróż – choć długa, nie była aż tak męcząca, choć pewnie co innego napisałbym, gdyby był to lipiec a nie grudzień. Można się też (teoretycznie) dostać samolotem bądź pociągiem do Tauzar, a stamtąd już na Saharę, ale samolot był całkowicie wyprzedany w tym okresie, a pociąg – do Tauzar nie kursował – i tu chyba nie wszystko zrozumiałem – z powodu strajków, protestów bądź niepokojów. Niczego takiego na miejscu nie zauważyłem, ale dojechać koleją na Saharę się nie dało i już. A jak w Afryce się czegoś nie da, to znaczy, że się nie da.

W owym Duz można się zatrzymać zarówno w tanich skromnych hotelikach, jak i w bardziej luksusowych, w których najczęściej nocują grupy z nadmorskich kurortów z wykupionymi „wycieczkami fakultatywnymi”. Warto zawczasu noclegi rezerwować, bo z miejscami może być problem. Idąc „po taniości” warto też pamiętać, że na pustyni nocą, jest NAPRAWDĘ zimno i że pokój bez klimatyzacji/ogrzewania może przypominać bardziej igloo. No więc pierwszej nocy spałem pod dwiema kołdrami, pledem i w pełnym ubraniu, drżąc niczym osika. Gdyż przyjechaliśmy za wcześnie i nasz ogrzewany pokój był zajęty przez Francuzów, którzy przyjechali tu na 10-dniową głodówkę. Sic.

Na miejscu na turystów czeka absolutnie wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Mam tu na myśli zarówno konie, wielbłądy, samochody, motory i quady, na których można się wybrać na dłuższą bądź krótszą wycieczkę, z noclegiem na pustyni bądź tylko z lanczem przygotowanym przez naszego przewodnika, w większej grupie, bądź samemu. My korzystamy z wycieczki zarezerwowanej w naszym hotelu, jest trzykrotnie tańsza niż taka kupiona przez Internet, mamy co prawda dojmujące poczucie uczestnictwa w mainstreamie i bycia „stupid tourist”, ale przeżycie jest fantastyczne, wielbłąd to pocieszne stworzenie, a przewodnik zrobił pyszny lancz. Trochę tylko potem bolą nogi po wewnętrznej stronie ud… No więc się jedzie na tym wielbłądzie, błękitne bezchmurne niebo nade mną, bezkresny piasek – przed, i tylko z oddali słychać quady szalejące i wzbijające piasku tumany.

Na niewielkim rynku w Duz są knajpki i sklepiki, w których można kupić rozmaite pamiątki, w tym – przedmioty stworzone przez Berberów. Największą popularnością wśród turystów cieszy się biżuteria, zimą również sprzedają się dobrze takie charakterystyczne wełniane płaszcze, którymi turyści ratują się przed dojmującym saharyjskim zimnem, cóż, miejscowi używają tego odzienia na co dzień, pewna rustykalność tej garderoby czyni ją ponadczasowo modną. A z pewnością – ciepłą. Część knajp w Duz na zimę się zamyka, ale z posiłkami problemu nie ma, być może będziecie chcieli spróbować dania z wielbłąda, w każdym razie Tunezyjczycy karmią smacznie i obficie, warto tylko dokładnie ustalać, ile co kosztuje, bo zauważyłem, że tutejsi kelnerzy miewają problemy z arytmetyką. Natomiast każdy, ale to absolutnie każdy przywozi z Duz daktyle, z których to miejsce słynie, do kupienia w każdym warzywniaku. Bezdyskusyjnie pyszne.

Wracamy przez Tauzar, duże, gwarne miasto, z mnóstwem knajp i hotelików, z piękną pochodzącą z XIV wieku starówką, jeśli tak można tę część miasta nazwać, nie starcza już niestety czasu na Neftę, jakby wyjętą z baśni o 1000 i jednej nocy, a chęci – na budowle z Gwiezdnych wojen, które były kręcone właśnie tutaj. Ściągają co prawda tysiące fanów, nawet jest hotel, w którym można spać pod ziemią wewnątrz skały (zupełnie niedrogi), ale trudno, żebym się tym pasjonował, skoro nie widziałem ani jednej części. Podobno zabawne.

More from Rafał Turowski

Ameryka Środkowa na bardzo własną rękę – część I

Do Ameryki Środkowej pojechałem, bo… znalazłem tani bilet do Meksyku. Właśnie ten...
Czytaj wiecej