NA 78 RÓWOLEŻNIKU

Spojrzawszy na mapę, pomyślimy - to daleko. Lepiej jednak odległość z Oslo do Longyearbyen określa czas lotu, trzy godziny, dokładnie tyle samo lecimy z Warszawy na Maltę.

I to jest najdłuższa krajowa trasa po Norwegii, choć zauważmy, że ze względu na specjalny status Spitsbergenu pasażerowie przechodzą przez odprawę paszportową. Można o tym statusie napisać cały wykład, ale mówiąc najkrócej – jak masz się z czego tam utrzymać i chcesz tam mieszkać, nikogo nie musisz pytać o zdanie. Dlatego maleńki Longyearbyen jest niesłychanie kosmopolitycznym miejscem, z przedstawicielami około 50 narodowości. Norwegia „tylko” pilnuje tam porządku i dba o środowisko.

Położenie

Dla porządku geograficznego – Svalbard to nazwa archipelagu, Spitsbergen – największej nań wyspy, a Longyearbyen – stolicy, największej i jednej z trzech na całym terenie zamieszkałej osady, z około 2500 mieszkańcami i zdumiewająco dużą liczbą turystów, w tym – przez kilka styczniowych dni – piszącym te słowa. Longyearbyen był od dawna jakimś mrocznym przedmiotem mego pożądania, dopiero teraz mi się udało tam pojechać, bo z Oslo latają low-costy i można tę podróż odbyć w bardzo dobrych cenach i pojawiły się noclegi na każdą właściwie kieszeń, więc nie jest to już miejsce dostępne tylko dla ekskluzywnej grupy zamożnych turystów, co – jak słyszałem – wzbudza w miejscowych lęki, że „wkrótce barbarzyńcy zadepczą archipelag, zupełnie jak Islandię”, ale nie sądzę, żeby w najbliższej przyszłości tak się stało.

Życie

Powody są co najmniej dwa. Po pierwsze – jednak pieniądze. O ile dolecieć i mieszkać w Longyearbyen można dość tanio, o ile – jedzenie – jak to w Norwegii – jest drogie, ale i tak tańsze (jak mi się wydawało) niż w Danii czy na Islandii; w miejscowym świetnie zaopatrzonym supermarkecie można w zupełnie rozsądnych cenach zrobić zakupy – o tyle już usługi turystyczne są na Spitsbergenie bardzo drogie. Samo bowiem zwiedzanie miasteczka zajmie nam góra dwa dni, a i to z zaprzyjaźnieniem się z każdym przydrożnym kamieniem, więc jeśli chcielibyśmy coś więcej, np. wybrać się do Barentsburga (rosyjskiej osady na archipelagu), przejechać psim zaprzęgiem na sankach albo na kółkach, wypożyczyć quada itp., szykować musimy się na daleko idące wydatki. Oczywiście warto, bo możecie sobie wyobrazić, że piękno Arktyki jest „epickie” (zachwyciłem się tym przymiotnikiem absurdalnie użytym w reklamie jednego z biur podróży). Ja podczas swojego długiego weekendu wykupiłem jedną z najtańszych atrakcji (ok. 600 zł/os) – jazdę na sankach ciągniętych przez psy i była to cudowna przygoda, jechaliśmy przez okolice miasteczka, w zaśnieżonej kotlinie otoczonej przez monumentalne góry, może tyle opisu wystarczy, bo słusznie zarzucicie egzaltację. Po tej przejażdżce turystów zaproszono na kawkę/herbatę/koniaczek i dostalismy do głaskania szczeniaczki, z których potem wyrastają piękne pociągowe psy i jedna z puchatych kulek zsikała się irlandzkiej turystce na kombinezon, wywołując ogólna wesołość i wszystko to razem było naprawdę fantastyczne.  W każdym razie – samodzielna wyprawa poza miasteczko nie wchodzi w rachubę, prawdopodobnie bowiem nie umiecie się posługiwać strzelbą, a jest ona wyposażeniem obowiązkowym, poza tym ludzina jest dla niedźwiedzi polarnych ciężko strawna. Trochę suche, przepraszam. No, ale wiadomo, o co chodzi, tutaj misie są u siebie, nie ludzie.  Ten drugi powód, o którym wspominałem, jest bardziej prozaiczny, otóż – jak sadzę – zainteresowanych taką formą turystyki wcale nie ma tak wielu, nie można tu wsiąść w samochód i sobie pojechać, jak na Islandii na przykład, bo po prostu nie ma dróg. To jest koniec świata i choć są przygotowane szlaki, są mapy, przewodniki itd., to jest to miejsce dla naprawdę prawdziwych mężczyzn (oczywiście płci obojga), no – chyba, że ktoś przyjeżdża tylko na chwilę, żeby zobaczyć „tak ogólnie”. W sumie – tak jak ja.

Klimat

Tak, też myślałem, że będzie tam zimno, przygotowałem odpowiednia garderobę, tymczasem w Oslo było minus 11, a na Svalbardzie – minus jeden. Amerykanie zabrali nam mróz – mruknął ktoś znad piwa w pubie, jak pokazywali w telewizji skute lodem Chicago z 35 stopniami mrozu. Więc – nigdy nie wiadomo. Ale śnieg na szczęście był, a psie zaprzęgi są odwoływane nie ze względu na temperaturę, a wówczas, gdy gęsta mgła uniemożliwia dojrzenie pierwszego pieska. No więc z temperaturą i pogodą jest różnie, jak to na północy, natomiast ze słońcem – zawsze tak samo. Zimą go tu nie ma i jest coś egzotycznego w tym, że jest godzina powiedzmy 14, a na zewnątrz ciemno, prawie noc. W styczniu tak szarawo się robiło między 11 a 13. Śmiesznie, spałbym bez końca.

Atrakcje

W Longyearbyen jest wszystko, co potrzebne do życia, z wyjątkiem teatru. Ale np. podczas mojego pobytu trwał w miasteczku festiwal jazzowy i koncerty gromadziły w rozmaitych salach komplety. Są knajpy na każdą właściwie kieszeń, są takie, gdzie można zostawić i 500 euro za kolację dla dwojga z winem, są i tańsze, wszystkie karmią wyśmienicie, do dziś nie mogę zapomnieć smaku ryby (ale jej nazwę już tak…), którą zarekomendowała mi polska kelnerka w jednej z restauracji. Piwo do ryby nie pasuje, ale winnic na Spitsbergenie brak, jest za to lokalny browar, który zresztą można zwiedzać, oczywiście z degustacją lokalnych trunków. Są muzea, jest czynna cała dobę biblioteka (sic!), są sklepy z tym i owym, kiosk z hot-dogami, basen, wszystko. Przeciętnie ludzie mieszkają na Spitsbergenie siedem lat. Przyjeżdżają, żyją, wyjeżdżają, ja po kilku dniach miałem jakiś dojmujący niedosyt, ale nie wiem, czy umiałbym w takim miejscu żyć na stałe, na dłużej. Może trzeba mieć w sobie pewien rodzaj spokoju? A może ten spokój przychodzi właśnie dopiero tam?

Przeczytajcie Białe Ilony Wiśniewskiej. I jedźcie, zanim barbarzyńcy zadepczą.

More from Rafał Turowski

Nasze Żony w komedii

Od razu mówię, że o żonach w tym spektaklu za wiele się...
Czytaj wiecej