NA MALTĘ!

Święta Bożego Narodzenia są na Malcie obchodzone z taką oprawą (czy też pompą), że wyspa została uznana za European Christmas Destination 2018.

Przypomnijmy – to kraj katolicki, z 95% ludności deklarującymi wiarę, a legalnie można się na Malcie rozwodzić dopiero od 2011 roku. Tak, 2011. I – żeby było ciekawiej – w przeprowadzonym referendum za legalnością rozwodów opowiedziała się o prawda większość głosujących, ale większość minimalna, 53%. Ciekawe.

Zwyczaje

No więc Święta obchodzi się tam troszkę inaczej niż u nas, w powietrzu jest jakaś atmosfera radości, dopiero zaczęta zima już potrafi pachnieć wiosną, a Norwedzy i Szkoci to nawet chodzą w szortach, przebąkując coś o nieznośnym cieple. Iluminacje Valletty i innych miejscowości są równe piękne jak na warszawskim Nowym Świecie, a że Malta to właściwie jedno wielkie, choć nieco „porozrywane”, miasto – więc jadąc przez wyspę wydaje się, że świątecznymi gwiazdkami błyszczy cała. Trochę się też inaczej na Malcie w Święta jada, odniosłem wrażenie, że najważniejszym rodzinnym posiłkiem jest ten (jak go nazwać? Śniadanie?) jedzony po pasterce, o 1 w nocy mniej więcej i bardzo wiele knajpek i ekskluzywnych restauracji na ten czas przygotowuje specjalne menu, miasta są pełne ludzi składających sobie życzenia, i w środku tej wyjątkowej nocy – jedzących pyszne rzeczy, zapewne ku zgrozie dietetyków. No a potem jest świąteczny obiad, odbywają się procesje z Dzieciątkiem, dzień później jest święto Stefana, ale właściwie kraj funkcjonuje zupełnie normalnie, z większością sklepów, przynajmniej w Valletcie, otwartych. No cóż, ten potok turystów nie tylko lubi jeść, ale i robić zakupy, prawda? Tyle tytułem wstępu, gdybyście szukali inspiracji na święta tegoroczne.

Oczywiście, że na Malcie jest mnóstwo atrakcji i naturalnie nie napiszę o wszystkich, bo przecież każdy wybierze sobie sam to, co chce zobaczyć. Mam tylko pragnienie pchnięcia Was tamże, bo to miejsce niesłychanie chilloutowe, przyjazne, fotogeniczne i – wybaczcie za egzaltację – w jakiś sposób szlachetne. Nowoczesne, w końcu to zachodnia Europa, a jednak jakoś mocno zakorzenione w historii, ba, jedno z drugim to tutaj pięknie współgra, uzupełnia. Są fantastyczne muzea, to dla zainteresowanych, ale i atrakcje dla ceniących wypoczynek aktywny.

To co najpiękniejsze

Moim numerem 1. na Malcie jest Mdina. 1000 lat przed Chrystusem Fenicjanie zbudowali fortecę i ona sobie właściwie stoi do dziś, Rzymianie dobudowali miasto i oto mamy… No dobrze, w ciągu dnia trochę trudno jest się przecisnąć, ale owego grudniowego wieczoru, gdy turyści już sobie pojechali, gdy sklepiki się zamknęły, i działały tylko dwie czy trzy restauracje, gdy zapłonęły lampy – no można było tam zastygnąć w tej ciszy, wsłuchując się w kroki ostatnich spacerowiczów też rozegzaltowanych tym miejscem. O widoku z owej fortecy na całą nieledwie wyspę już nie wspominając. Pobliski Rabat też jest całkiem fajny, turystów ściągają tam katakumby, naturalnie udostępnione do zwiedzania, to także jedno z maltańskich „must-to-see”.

Numerem 2. dla piszącego te słowa były klify Dingli, leżące nieopodal Rabatu, można tam dojechać miejską komunikacją. Akurat mieliśmy piękną i bezwietrzną pogodę, więc okoliczności i piękno sprzyjały rozważaniom o sprawach pierwszych i ostatnich, no cóż, jak wieje, trzeba uważać, żeby nas nie zdmuchnęło do morza. Przedrzeźniając nieco foldery biur podróży donoszę, że to miejsce i „dramatyczne” i „epickie”.

Także na podium maltańskich doświadczeń pozwalam sobie umieścić stolicę wraz z okolicami. Spójrzcie na mapę – zarówno Valletta jak i Birgu czy Isla leżą na niewielkich półwyspach, na terenie zdecydowanie pagórkowatym, są szczelnie zabudowane kamieniczkami, wśród których można bez końca błądzić wąskimi uliczkami, zaglądać w maleńkie podwórza, przekąszać w sąsiedzkich knajpkach i gawędzić w lokalnych sklepikach. Jeśli uznacie, że Valletta jest zbyt zatłoczona, weźcie prom do Birgu (Vittoriosy), zdecydowanie nieodkrytej jeszcze przez masy zwiedzające, a równie pięknej, z tak pokręconym układem urbanistycznym, że nie sposób się tam nie zgubić. A następnie niechcący się odnaleźć przy drzwiach swojego hotelu. No i cóż, o zachwytach nad fotogenicznością tego miejsca, pięknych iluminacjach, ogrodach Barakka z których rozpościerają się pocztówkowe kadry itp. itd. może już pisać nie będę, bo ile można się zachwycać?

No cóż, jest też na Malcie turystyka zorganizowana, może nawet jest przede wszystkim, wiecie, taka z charterami i biurami podróży. Przyjeżdżają tu w sezonie blade ciała nabrać kolorów, wymoczyć się w ciepłym morzu, dobrze podjeść. Akurat maltańskie kurorty urodą specjalnie nie grzeszą, a może uczciwiej byłoby powiedzieć, że są takie same, jak na całym świecie. Grudzień (i w ogóle zima) nie jest dla takiej turystyki sezonem, więc znaczna część hoteli jest zamknięta. Ale te, które działają, oferują naprawdę świetne ceny, możecie zobaczyć w Internecie. Co prawda z owych maltańskich kurortów do Valletty trzeba dojechać, komunikacją miejską zajmuje to zwykle od 30 do 60 minut, ale za to w okolicach stolicy zapłacimy za nocleg o podobnym standardzie zwykle znacznie więcej.

Koszta

Skoro o cenach – jakkolwiek to zabrzmi, niektóre rzeczy na Malcie są tanie, a inne – dość drogie. Dość tanio zjemy, nawet na głównym placu Valletty lekkie śniadanie w knajpie kosztuje niecałe 4 euro, duży lunch można zjeść za mniej niż 10, artykuły spożywcze są dość tanie, w każdy razie – jak na zachód Europy. Jeśli chodzi o ubranie – Maltańczycy latają do outletów na Sycylii (sic!), kilkanaście samolotów dziennie łączy wyspy, leci się dosłownie 20 minut. Kultura kosztuje tyle co na Zachodzie – możliwość zobaczenia Caravaggia, który bawił tu w 1607 roku, uszczupli nasz portfel o 10 euro. No ale być na Malcie i nie widzieć tego obrazu to jakby nieporozumienie, prawda? No zdolny facet, ale jakby pogubiony – skonstatowała moja teściowa.

Na Maltę lecimy z Polski bezpośrednio liniami WizzAir i Ryanair, w sezonie – także rejsami charterowymi. Można też oczywiście lecieć z przesiadką, najczęściej we Frankfurcie albo Wiedniu, w obu wypadkach im wcześniej kupimy bilet, tym będzie on tańszy.

More from Rafał Turowski

Dokąd? Do Burkina Faso!

Być w Burkina Faso i nie zobaczyć Bobo, to tak jakby być...
Czytaj wiecej